|
|
| relacja: Depeche Mode, Warszawa "Wyścigi" 2.09.2001
|
miejsce, data: Warszawa, Wyścigi, 2.09.2001
Obok Marilyna Mansona, Stinga, Tool, czy też kilku innych zapowiadanych
jeszcze występów, koncert Depeche Mode w Warszawie na pewno zostanie ujęty
w plebiscytach na wydarzenie mijającego roku! Po szesnastu latach polscy
fani po raz kolejny doczekali się występu tej uniwersalnej grupy.
Zacznę od razu od krytyki. Występ Anglików przewidziano na warszawskim
Służewcu. Organizator, pomimo szczerych chęci, nie wykazał się zbytnio
troską o bezpieczeństwo i wygodę uczestników koncertu. Zorganizowano
specjalne wejścia dla VIPów, ale nie pomyślano o pospólstwie. Dla
około trzydziestotysięcznego tłumu, który zjawił się przed bramą,
zorganizowano tylko trzy, zastawione metalowymi płotkami wejścia. Wraz
z innymi ludźmi przeskoczyłem przez barierkę, gdyż był to jedyny sposób,
aby dostać się na teren koncertu. Organizacja, jak to u nas bywa, była
na poziomie "polskim" (Iza, dziękuję za to określenie). Szkoda słów...
Od wejścia do sceny dzieliło nas jakieś 100 metrów spaceru. Dołki, górki,
błoto! Tak w trzech słowach można ująć służewiecki krajobraz. Boże! Kto
organizuje takie koncerty na Służewcu? Nie lepiej byłoby wynająć Stadion
Gwardii? Tyle samo miejsca, a o ile wygodniej!
Około dwudziestej jak na złość zaczęło padać! Cholera! Nad tłumem
pojawiły się parasole. Na scenie natomiast smęcił niemiecki support
w postaci dwóch panienek. Jedna udawała, że potrafi śpiewać,
a druga, że potrafi grać na keybordzie. Szkoda czasu. Panienki
nudziły, jak tylko mogły. Smętne, syntetyczne utwory zlewały się
w jedną całość. Na szczęście występowały tylko przez jakieś trzydzieści
minut. Szkoda natomiast, że nie wystąpiła Agressiva 69. Zapewne
wywiązałaby się ze swojego zadania. No cóż... może innym razem.
Zmiana sprzętu przebiegła szybko i sprawnie. Techniczni zabrali keybord
wspomnianych Niemek i na tym koniec. Jeszcze tylko odkryto sprzęt gwiazdy
i zaczęliśmy odliczać minuty...
Równo o 20:45 na scenie pojawił się wzbogacony o kilku muzyków Depeche
Mode. I zaczęło się. Na początek "Dead of Night". Gdy na scenie pojawił
się Dave Gahan, reakcja publiczności była łatwa do przewidzenia. Głośny
ryk szczęścia wydobył się z trzydziestotysięcznego tłumu. Ten ryk
powtarzał się jeszcze kilkukrotnie podczas koncertu, szczególnie przy
starszych kawałkach grupy. A Depeche Mode zaserwował ich tego wieczoru
jak na lekarstwo. Mogliśy usłyszeć między innymi: "Sweetest Condition",
"Hallo", "Walking In My Shoes", "When The Body Speaks", "Waiting For
The Night", czy też "Sister Of Night", który Martin Gore odśpiewał przy
akompaniamencie pianina. Właśnie przy tym utworze mogliśmy zaobserwować
jak emocje targają ciałem Gore'a, jak przeżywa śpiewanie każdej
linijki. Ten moment wprowadził melancholijny, pełen zadumy nastrój.
Z nowszych rzeczy zespół wykonał "Dream On" i "I Feel Loved".
W tym pierwszym zgromadzony tłum mógł pochwalić się znajomością tekstów
i chóralnie odśpiewać "Can you feel a little love", aby za chwilę
głośno zawyć "Dreeeeam On, dream on..." Potem nadszedł czas na jeden
z największych hitów w dorobku zespołu: "Enjoy The Silence". Tu cały tłum
oszalał, śpiewał każdy werset, skacząc i klaszcząc na przemian. Zespołowi
widocznie podobała się atmosfera na widowni. Już na początku koncertu
widać było, że depesze - zarówno ci na scenie, jak i przed nią - świetnie
się bawią. Dowodem tego może być wielokrotne wyciąganie mikrofonu
w stronę tych drugich.
Wydłużona wersja "Enjoy The Silence" przeskoczyła w chyba najbardziej
rockowy utwór Depeche Mode: "I Feel You". Gahan nie szczędził głosu, jak
i swoich sił. Biegał z jednego końca sceny na drugi. Jak najbardziej
żywy koncert. Następnie "In Your Room", "It's No Good" oraz jeden
z moich ulubionych "Personal Jesus". Po nim muzycy opuścili scenę.
Wiadomo było jednak, że wrócą. Na bis Gore wykonał wspaniałą wersję
"Home". Następnie "Clean", "Black Celebration" oraz równie rockowa wersja
"Never Let Me down Again". Widownia szalała od początku do końca. Kto stał
na górce ten wie, co mam na myśli. Las rąk falował z prawej na lewą stronę
i nieważne, że czasem robiło się małe zamieszanie. Wszyscy bawili
się świetnie i tylko to się liczy. Utwór trwał jakieś dziesięć minut,
a zespół rozbrykał się na dobre. Gahan biegał po całej scenie, wyciągał
się ku publice. Gore roztańczył się ze swoją gitarą. Fletcher nie
ukrywał radości, śmiejąc się od ucha do ucha. Reszta muzyków również
miała swoje przysłowiowe pięć minut. Jak najbardziej żywy perkusista,
drugi klawiszowiec oraz wspaniały murzyński chórek zostali nagrodzeni
należytymi brawami. I na tym koncert się skończył...
Pozostało nam tylko wrócić do domu. A powrót tak, jak i wstęp na
koncert był utrudniony. Część ludzi skakała z betonowego płotu, część
przez metrową siatkę... Czy my się kiedyś doczekamy normalności... Może
kiedyś? Nic to! Nie zwracając uwagi na poważne błędy organizacji, należy
powiedzieć, że występ Depeche Mode w Warszawie dla wielu tysięcy ludzi
będzie największym wydarzeniem w życiu. Dla mnie były to wspaniałe chwile.
I chociaż do końca nie jestem fanem takiego grania, to muszę stwierdzić,
że był to jeden z lepszych koncertów, w których uczestniczyłem. Dobre
nagłośnienie, świetna oprawa wizualna, wspaniała forma muzyków oraz
gorąca atmosfera wśród zgromadzonych - tylko tego potrzebowałem...
autor: Rafał Grodek
Uwaga!
Nie zgadzasz się z autorem relacji? Sądzisz, że jesteś
w stanie opisać ten koncert lepiej? Spróbuj swoich sił, napisz
własną relację z koncertu
i wyślij do nas!
Dodaj swój komentarz!
|
|
| materiały dotyczące zespołu:
|
|