|
|
| relacja: HIM, John Porter Band, Warszawa "Centrum Targowe Mo...
|
| wystąpili: |
HIM; John Porter Band
|
miejsce, data: Warszawa, Centrum Targowe Mokotów, 13.12.2001
Na koncert wybierałem się tylko z jednego prostego powodu, suportem miał
być niemiecki zespół Oomph!. Jednak na dzień przed imprezą dowiedziałem
się, że nie zagrają. A wejściówka była, więc iść trzeba. "Centrum Targowe
Mokotów" znane mi było tylko z którejś edycji targów "Komputer Expo"
i ciekawy byłem, jak przygotowane jest ono na tego rodzaju wydarzenia.
Wpuszczano już od 18, więc przezornie zjawiłem się około 19:15
i spokojnie dostałem się do środka. Oczom moim ukazało się długie,
wysokie pomieszczenie, przywodzące na myśl hangar, nie zrobiło na
mnie dobrego wrażenia. Po lewej stronie stworzono szatnię, a połowę
prawej stanowiły przenośne ubikacje. Rozejrzenie się po hali i wizyta
w czymś w rodzaju baru uświadomiła mi jedno - fani HIM to młodzież
o średniej wieku w okolicach 15-16 lat, czego konsekwencją było, że piwa
na koncercie nie sprzedawano. Niepocieszony kupiłem pepsi, na szczęście
humor poprawił mi widok rodziców oczekujących na swoje pociechy.
O 19:30 na scenie pojawił się John Porter Band. Sądziłem, że takie
rockowe granie nie przypadnie do gustu zgromadzonej publiczności, jednak
trochę się pomyliłem, bo zespół przyjęcie miał raczej dobre. W ciągu
półgodzinnego występu udało mi się wychwycić kilka ciekawych riffów,
a wśród utworów pojawiły się chyba "I Want You" i "Sexual Proposition",
choć mogę się mylić.
Po około czterdziestominutowym oczekiwaniu (obyło się nawet bez
skandowania i piszczenia, co mnie zdziwiło) na scenie pojawił się
HIM. Rozpoczęło się niby intrem, na scenę wyszedł Ville Valo
z papierosem, wstęp przerodził się w "Right Here In My Arms". Cały
koncert był mieszanką utworów z dwóch ostatnich płyt, pojawiły się
"Your Sweet Six Six Six", "Poison Girl", "Salt In Our Wounds",
"Heartache Every Moment" i chyba "In Joy And Sorrow". Nie zabrakło
również coveru Chrisa Isaaca "Wicked Game". Podczas tego numeru
Ville utwierdził mnie w przekonaniu, które nasunęło mi się
w ciągu kilku pierwszych utworów, że jest średnim wokalistą
i przeciętnie odtwarza to, co słychać na studyjnych albumach grupy.
A co do pozostałych muzyków, to mile zaskoczyła mnie gra gitarzysty,
a "podziw" należy się perkusiście, który przez 100 minut grał praktycznie
to samo. Klawisze były nagłośnione słabo, przeważnie ujawniały się
w momentach, gdy cichły gitary, które również brzmiały jak dla mnie zbyt
płasko i mało wyraziście, ale to chyba specyfika muzyki Finów.
Podstawową część występu zakończył radośnie przywitany "Join Me In
Death", a w ramach mało wymuszonego bisu mogliśmy jeszcze usłyszeć
m.in. "Pretending".
Przyznam się, że koncert zwyczajnie mnie znudził. O ile kompozycje
z "Razorblade Romance" są w jakiś sposób rozróżnialne, to od utworów
z "Deep Shadows And Brilliant Highlights" wiało nudą. Są bardzo podobne,
schematyczne, a ich konstrukcja wygląda mniej więcej tak: najpierw
"ostrzej", potem w środku spokojnie i znowu "ostrzej", niekiedy
zdarza się odwrotnie. Ale widać takie granie podoba się nastolatkom
w okresie dojrzewania, skoro Finowie święcą takie sukcesy...
autor: m00n
Uwaga!
Nie zgadzasz się z autorem relacji? Sądzisz, że jesteś
w stanie opisać ten koncert lepiej? Spróbuj swoich sił, napisz
własną relację z koncertu
i wyślij do nas!
Dodaj swój komentarz!
|
|
| materiały dotyczące zespołów:
|
|