|
|
| relacja: Jimmy Page i Robert Plant, Katowice "Spodek" 26.02....
|
| wystąpili: |
Jimmi Page i Robert Plant; Abraxas
|
miejsce, data: Katowice, Spodek, 26.02.1998
Przed godzina 18:00 przed katowickim "Spodkiem" oczekiwały tłumy
ludzi. Minuty dłużyły się straszliwie. W końcu otworzono bramy.
Ścisk był niemiłosierny. Szczęśliwie wpadłem w dobry nurt i już po
chwili byłem w środku. Szybko pobiegłem na płytę - niestety jak
się okazało inni byli szybsi, ale co tam, 3 metry od sceny to jeszcze
nie tragedia. Ktoś z tłumu mówi, że koncert opóźni się o godzinę.
Z początku nikt nie daje wiary tym informacjom, z każdą minutą rośnie
jednak niepokój. Gdzieś koło godziny 19:30 tłum zaczyna falować,
czułem się jak prasowana sardynka oczekująca na zalanie olejem
i zamknięcie wieka.
Krótko po godzinie 20:00 zgasły światła, na scenie
pojawił się polski Abraxas. Polski band został przyjęty raczej
chłodno, ludzie wokół domagali się Page'a i Planta. Z tłumu dobiegały
pytania: "Co za ciężki kretyn pozwolił na występ kogokolwiek przed
gwiazdą (gwiazdami) wieczoru?!?". Wokalista zespołu zapewnił publiczność,
iż mimo wielkiej tremy dają z siebie wszystko. Publiczność nie
miała jednak ochoty bawić się przy muzyce polskiego bandu. Po
którymś z utworów wokalista Abraxas powiedział, że nie dadzą odebrać
sobie szansy, którą im dano i wykonają swój set do końca. Nie wiem,
czy wykonali wszystkie utwory, które planowali, faktem jest,
że zeszli ze sceny już po 4 kompozycjach. Abraxas zagrał bodaj dwie
kompozycje z nowego albumu, nie wzbudziły one jednak we mnie jakiś
emocji. Przyznam szczerze, że cieszyłem się kiedy zeszli.
Na scenie pojawili się techniczni, coś przestawili, coś usunęli.
W końcu zgasły światła i zjawili się dwaj starsi panowie wraz ze
swoim zespołem. Page miał na sobie czarny T-shirt i czarne spodnie,
Plant biały T-shirt z napisem (chyba, pamięć już nie ta co kiedyś)
Wisconsin i czarne skórzane spodnie. Zaczęli dosyć ostro od "Wanton
Song". Już od samego początku publiczność była rozgrzana do czerwoności.
Potem zagrali "How Many More Times" i "Rumble On".
Następnie Plant zapowiedział utwór tytułowy z najnowszej płyty
"Walking into Clarksdale". Nowy utwór przyjęto dosyć ciepło,
ale podejrzewam, że gdyby tego wieczoru zagrali jakiś utwór z repertuaru
Miecia Foga, to publiczność i tak oszalałaby z zachwytu.
Z nowego albumu usłyszeliśmy jeszcze "Burning Up" oraz "Most
High" - utwory niezłe, chociaż daleko im do tego, co nagrywali przed
laty. Niestety nie pamiętam kolejności, w jakiej pojawiły się kolejne
piosenki, ale mam nadzieję, że to chyba zrozumiałe - emocje wzięły
górę nad mędrca, szkiełkiem i okiem. Co jeszcze było? Usłyszeliśmy
niesamowity "No Quarter" (na widowni pojawiły się zapalniczki),
"Heartbreaker", "Bring It On Home", "Since I've Been Loving You". Gdzieś
tam w międzyczasie wykonali set akustyczny: "Going to California",
"Tangerine" oraz "Gallows Pole". Szczęka opadła mi do ziemi, gdy usłyszałem
pierwsze takty "Baby I'm Gonna Leave You", byłem wniebowzięty. Utwór
powoli dobiega końca i nagle zaczyna przeradzać się (nie, to chyba
niemożliwe, tłum zaczyna wrzeszczeć jak oszalały - więc może jednak
wykonają utwór, którego na pewno nie mieli wykonać...) w "Stairway To
Heaven". Niestety to tylko żart - kilka taktów i jedziemy dalej.
Na osłodę mamy "Whole Lotta Love".
Plant nie okazał się specjalnie gadatliwym facetem, swoje komentarze
ograniczył jedynie do krótkich opisów poszczególnych utworów,
przedstawienia zespołu oraz rzucanego co jakiś czas "Do you feel
it?". Chociaż z drugiej strony, trzeba przyznać, wykazał się pewną
znajomością geografii (a może przeczytał tylko nazwy miast
z transparentów, które pojawiły się na widowni)- na koniec podziękował
za przybycie ludziom z Katowic, Gdańska, Warszawy i Krakowa. Nie
było żadnego męczenia się z polskim "cześć", "dzień dobry" czy
czymkolwiek innym. Jak już wspomniałem wcześniej, nie pamiętam
kolejności, wiem jednak, że na bis zagrali "Thank You" oraz niesamowity
"Rock And Roll" - ten utwór poruszył nawet kamienie. Na twarzach
muzyków widać radość, ale w końcu trudno się dziwić, publiczność
była rewelacyjna.
Mnie jednak ten koncert nie do końca porwał, nie zatraciłem się
w muzyce tak, jak zwykle. Nie chodzi nawet o to, że koncert był zły,
że miał jakieś braki. Myślę, że po prostu legenda przerosła sam
zespół. Spodziewałem się sam nie wiem czego, a otrzymałem tylko
niezły rockowy koncert. Z drugiej strony, często łapałem się na
tym, że oczekuję na te niesamowite popisy wokalne Planta, tak dobrze
znane z płyt Led Zepp, a tu nic - no cóż, lata lecą, rockowe życie
odcisnęło swoje piętno na herosach rockowego świata.
Czy wybrałbym się jeszcze raz na ten koncert? Oczywiście, takiej
okazji nie można przepuścić, mimo że są to już tylko popłuczyny
po tym, co można było zobaczyć i usłyszeć przed laty.
autor: Roman Milowski
Uwaga!
Nie zgadzasz się z autorem relacji? Sądzisz, że jesteś
w stanie opisać ten koncert lepiej? Spróbuj swoich sił, napisz
własną relację z koncertu
i wyślij do nas!
Dodaj swój komentarz!
|
|
| materiały dotyczące zespołów:
|
|