|
|
| relacja: Porcupine Tree, Kraków "Kinoteatr UPC" 8.04.2001
|
| wystąpili: |
Porcupine Tree
|
miejsce, data: Kraków, Kinoteatr UPC, 8.04.2001
Zespół Porcupine Tree na samodzielny koncert promujący album
"Lightbulb Sun" miał do nas przyjechać już na jesieni zeszłego roku. Kiedy
jednak pozostawało tylko dograć szczegóły trasy, muzycy dostali propozycję
wspólnego tournee po Europie z Dream Theater. Ofertę tę jak wiadomo
przyjęli i w pierwszej połowie października 2000 roku mieliśmy przyjemność
oglądać te właśnie dwie grupy występujące na jednej scenie. Od razu
podniosło się wiele głosów - w końcu oba zespoły prezentują odmienny styl
muzyczny i Porcupine Tree jako support winien był zaprezentować raczej
swoje żywsze kompozycje, aby zadowolić fanów cięższych brzmień, którzy
przyszli wyłącznie z myślą o gwieździe wieczoru. Po wizytach Stevena
i jego przyjaciół na jesieni 1997 i wiosną 1999 roku, zdążyliśmy już
przyzwyczaić się do tego, że koncertowe aranżacje utworów studyjnych są
właśnie naładowane ogromem emocji i mają znacznie wzmocnione brzmienie,
niemalże metalowe, lecz równocześnie niesamowicie inteligentne. I
takiego właśnie grania spodziewali się fani na koncertach z Dream
Theater. Natomiast one... na przekór wszystkiemu charakteryzowały się
czymś zupełnie innym. Sam dobór utworów - rozpoczęcie nieco lżejszym niż
wcześniej "Even Less", dalej z nowej płyty "Shesmovedon", "Hatesong"
oraz zmienione aranżacje "Up The Downstair", "Tinto Brass", a nawet
"Signify", wszystko to świadczyło o jakimś przełomie w koncertowym
wizerunku grupy. Niestety w ciągu tego skróconego występu niemożliwym było
dokładne wyczucie "o co im tak właściwie chodzi". Nawet jednak wówczas,
nikt nie przeczuwał raczej że Porcupine Tree, którego kolejne koncerty
w Polsce Steven wówczas zapowiedział, będzie już zupełnie innym zespołem
niż ten święcący na naszych scenach triumfy w 1997 i 1999 roku.
Mamy dzień 8 kwietnia 2001 roku, sala krakowskiego Kinoteatru UPC. Zaczęło
się od spóźnienia, około 15 minut po godzinie 19, co jest już tradycją
dla koncertów odbywających się w tym miejscu i raczej nie można mieć
za to do nikogo pretensji. Ten dodatkowy czas pozwolił wszystkim na
załatwienie własnych spraw, jak odszukanie znajomych, kupienie płyty
lub koszulki. Podczas polskiej części trasy Porcupine Tree, muzyków nie
wspomagała żadna inna kapela. Inaczej rzecz miała się na zachodzie. W
Holandii zespołowi towarzyszyła rewelacja roku 1999 Karnataka, zaś w
Niemczech - również świetnie przyjęty debiutant - RPWL. Kinoteatr był
całkiem szczelnie zapełniony, na koncert wybrało się naprawdę sporo
osób, choć nie jestem w stanie oszacować ich liczby. Mogło ich być
jednak około tysiąca. Na szczęście nie było kłopotów z tłokiem, kto się
spóźnił i mimo to pragnął dostać się w pobliże sceny, nie natrafiał na
poważniejsze przeszkody. Kto jednak spóźnił się więcej niż te 15 minut,
niech żałuje. Początek był bowiem cudowny. Tak jak przed dwoma laty,
tak jak na jesieni, "Even Less". Intro przechodzi w mocny lecz melodyjny
riff, a kiedy rozbrzmiewa głos Stevena Wilsona, wiadomo już że to będzie
niezapomniany wieczór. Uwagę zwracają lżejsze, delikatniej grane solówki
gitarowe, które stanowią świetne wprowadzenie dla reszty widowiska. Utwór,
jak i na płycie, kończą sample odczytującej wskazania jakiejś maszyny
kobiety. Następuje druga kompozycja ze "Stupid Dream" - "Slave Called
Shiver". Wciąż błądząca gdzieś w zakamarki duszy ściana dźwięku, znów
wygładzona nieco brzmieniem w stosunku do poprzedniej trasy. Zgromadzeni w
sali fanowie grupy oczekiwali w kolejności "Shesmovedon", tak jak miało
to miejsce na koncercie w studiu im. Agnieszki Osieckiej, który dwa
dni wcześniej transmitowany był przez radiową Trójkę. Zostali jednak
mile zaskoczeni. Pierwsze dźwięki... chwila namysłu, tak, to "Up The
Downstair", jeden z absolutnych klasyków zespołu. W sercach pojawił się
błogi spokój, który zmąciła uprzednio złożona jedynie z nowych kompozycji
godzina transmisji. Jak grany był "Up The Downstair"? Potężnie. Od
pierwszej do ostatniej sekundy wszystko przemyślane, zgrana machina
czterech muzyków. A kiedy nastaje cisza - nie słychać oklasków. Bowiem
to dopiero przygrywka przed pasjonującym, patetycznym finałem, który
rozegrał się w uszach i na oczach publiczności. Chciało się prosić
o więcej.. o "Moonloop" choćby. Jednak nadszedł czas na materiał z
ostatniej płyty zespołu.
Tę część spektaklu otwiera wspomniane już "Shesmovedon". Eksponująca
gitarę aranżacja nie stanowiła najlepszej z możliwych, podobnie jak
ta którą słyszeliśmy w październiku. Odrobinę za duża dawka agresji,
próbująca wyrwać się z okowów reszty warstwy brzmieniowej. Jednak na
twarzach pojawia się kolejny uśmiech, przy ślicznym refrenie, który
wprowadza błogi nastrój i każe czekać na kolejne ballady. Jako piąty
słyszymy "Lightbulb Sun". Świetna kompozycja; niestety, choć mogłoby
wydawać się inaczej, niezbyt nadająca się do grania podczas koncertów i
odrobinę w tej wersji nużąca. Wilson zapowiada natomiast kolejny utwór
i następuje zdecydowanie najciekawszy fragment koncertu. "Last Change
To Evacuate Planet Earth Before It Is Recycled". Wokół tego nagrania
i "Russia On Ice" zespół budował całą atmosferę koncertu, i są to
bez wątpienia szczytowe osiągnięcia jego obecnej "edycji". Naprawdę
doskonała aranżacja jakże cudownego utworu. Drugi, wspomniany "Russia
On Ice" - rozpoczął wstęp Richarda Barbieri na klawiszach... ten sam co
na płycie, przypominający pierwsze dźwięki "Fiesty" Chica Corea. Kiedy
dołącza zespół, wszystko zdaje sie po prostu płynąć w powietrzu, dziesięć
minut, które na zawsze zostają w pamięci. Na tle tych dwóch pereł ubogo
prezentowała się natomiast "Where We Would Be". Piosenka dość monotonna
i choć w zamierzeniu miała stanowić kontynuację, rozwinięcie wrażeń z
dotychczasowych propozycji, nie sprawdziła się wcale. "Hatesong" Wilson
zapowiedział jako własną reakcję na wszystkie błache piosenki o miłości,
gwiazdeczek takich jak Britney Spears, Mariah Carey, Enrique Iglesias,
dołożył do tej listy również polski Just 5. I utwór prezentował się
świetnie, nie tylko na ich tle, ale stanowił jeden z lepszych fragmentów
koncertu.
Wtedy nastąpił powrót do "Stupid Dream". Wilson zapowiedział utwór
który "część obecnych mogła już słyszeć w piątkowej transmisji".
Okazało się że prawie cała sala znała świetnie ten materiał i wszyscy
doskonale wiedzieli, że kolejny będzie niegrany dotychczas w Polsce
finał przedostatniej płyty - "Stop Swimming". Klimat idealnie pasujący do
nastroju wieczoru, czyste piękno, utwór dla którego naprawdę warto było
przyjść tego dnia na koncert. Wśród nieco cichszych sampli smyczków lekko
wyeksponowana została gitara, ogólnie wyjątkowo udana aranżacja. Aż do
ostatniej sekundy wszystko płynęło w powietrzu, kojąc zmysły. I wciąż
"Stupid Dream", stanowiące niejako kontynuację "Up The Downstair" -
"Tinto Brass". Tę wersję znamy z drugiego krążka edycji specjalnej
"Lightbulb Sun", choć w sali koncertowej nabiera oczywiscie nowego
brzmienia. Nie jest to już to, z czym mieliśmy do czynienia przed dwoma
laty, niemniej jednak to kawał solidnej roboty. Lecz co to? Steven
dziękuje publiczności, muzycy wychodzą przed scenę, kłaniają się, czyżby
to był koniec? Nie minęło jeszcze nawet półtorej godziny. Gromkie brawa,
choć zespół schodzi do szatni stanowczo przed czasem.
Po dłuższej chwili wychodzą znów. Już na bisy, skończyła się główna
część koncertu. Steven zapowiada utwór, którego długo nie grali. "Fade
Away"... istotnie, nie przypominam sobie, abym słyszał go w Krakowie kiedyś,
nie jest to jednak stanowczo to, na co wszyscy czekali. Ballada nie
komponuje się z tym, co do tej pory wybrzmiało. A przecież w repertuarze
jest tyle świetnych piosenek, które znacznie lepiej pasowałyby do
przyjętej konwencji niż "Where We Would Be", "Lightbulb Sun" czy "Fade
Away". Wrażenie w jakie wprowadzały widzów "Last Chance..." czy "Russia
On Ice" zamiast zostać spotęgowane, doznało raczej przytępienia. Teraz
natomiast publiczność domaga się już klasycznych utworów. Dla wielu ten
koncert dopiero miał się w tej chwili zacząć. I otrzymują "Voyage34". Ta
półgodzinna suita została wykonana w wersji około dwunastominutowej, wybór
najciekawszych fragmentów umiejętnie połączonych ze sobą, opowiadający
praktycznie całą historię Briana. Lecz znów scena pustoszeje. Publiczność
denerwuje się, po oklaskach i prośbach o jeszcze, zespół wychodzi po raz
kolejny. Grają "Radioactive Toy", który publiczność w całości zgodnie
wyśpiewuje wraz ze Stevenem. Jednak po części wokalnej następuje od razu
finałowa solówka i... to już koniec.
Zapalono światła, zrezygnowani ostatecznie wywoływaniem zespołu do
odegrania kolejnych bisów słuchacze kierują się do szatni, wymieniając
uwagi dotyczące wydarzenia, w którym właśnie wzięli udział. Część
zostaje, by czekać na sesję autografów. Liczne, dość sprzeczne ze sobą
opinie - począwszy od "absolutnej rewelacji" aż po "mimo
wszystko porażkę". Jaki był ten koncert? Bez wątpienia wielki. Nowe
brzmienie zespołu, choć lżejsze, choć odmienne od tego, do czego przywykli
starsi fanowie, stanowi z kompozycjami zgraną całość, pokazując że ta
muzyka zmierza może nie w tym najbardziej akceptowanym przez fanów,
jednak zdecydowanie interesującym kierunku. Liczne długie jego momenty
na zawsze pozostaną w pamięci nawet najbardziej wybrednych miłośników
grupy i zapewne będą oni często wracać wspomnieniami do tego wieczoru,
wciąż zafascynowani tym niesamowitym wrażeniem. Jednak... to nie było
to. Dało się odczuć spory niedosyt. Tym, że to wszystko tak krótko
trwało? Że muzycy zeszli ostatecznie ze sceny zanim na dobre minęły
dwie pełne godziny? Że ze starszych kompozycji, z koncertowych klasyków
Porcupine Tree, usłyszeliśmy tylko "Up The Downstair", wyjątki z "Voyage
34" oraz okrutnie pociętą wersję "Radioactive Toy"? Czy nawet, że mimo
wszystko tak naprawdę brakowało kilku bardziej lirycznych momentów? To
była szczególna trasa. Ostatecznie zakończyła pewien rozdział w historii
zespołu - rozdział dzięki któremu zaszedł tak daleko. Muzycy Porcupine
Tree od zawsze dążyli do progresji, wciąż poszukując nowych jakości. Jeśli
któryś z akcentów ich muzyki wysuwał się zbytnio przed inne, jeśli
ktoś szufladkował jakąś płytę w konkretnym nurcie - następna odcinała
się od poprzedniego nurtu. Przed tym zespołem jest jeszcze wiele do
zrobienia. Za każdym razem rezygnują jednak z czegoś, do czego miłośnicy
grupy długo będą tęsknić. Byliśmy świadkami klęski starego oblicza grupy -
tak naprawdę ten koncert był stanowczo za krótki i nie piszę tego żeby
wykazać, iż chciałoby się przeżyć to jeszcze raz, ale po prostu to był
skrót. Dość okrutny. I mimo wszystkich cudownych chwil, w jakie ten
występ obfitował, Porcupine Tree sprawiło swoim fanom zawód. Z drugiej
strony, czy warto było przyjść na ten koncert? Tydzień po wydarzeniu mogę
stwierdzić, że darłbym sobie włosy, gdybym tego nie doświadczył. To było
coś niepowtarzalnego i wielkiego. Moment wprawdzie przejściowy między
jedną stylistyką i drugą, jednak godny tego, co stanowi sobą nazwa
Porcupine Tree. Jeśli Wilson zdecyduje się kontynuować obecny kierunek,
wróży to naprawdę niesamowite wrażenia i następną trasę, jak po każdym
koncercie grupy, notuję sobie w pamięci jako obowiązkową.
autor: Dariusz "Brajt" Wędrychowski
Uwaga!
Nie zgadzasz się z autorem relacji? Sądzisz, że jesteś
w stanie opisać ten koncert lepiej? Spróbuj swoich sił, napisz
własną relację z koncertu
i wyślij do nas!
Dodaj swój komentarz!
|
|
| materiały dotyczące zespołu:
|
|