|
|
| relacja: Rammstein, Clawfinger, Katowice "Spodek" 13.11.2001
|
| wystąpili: |
Rammstein; Clawfinger
|
miejsce, data: Katowice, Spodek, 13.11.2001
Zespoły muzyczne można podzielić na kilka kategorii. Niektóre kapele
zdobywają popularność poprzez kontrowersyjność swoich poczynań,
którymi nadrabiają brak dostatecznych uzdolnień muzycznych. Inne
natomiast prezentują bardzo wysoki poziom muzyczny, ale nie potrafią go
sprzedać na scenie. Jest jeszcze trzecia, najmniej liczna kategoria,
w której znajdują się zespoły potrafiące i jedno, i drugie. Taki
właśnie jest Rammstein, o czym mogłem się przekonać podczas jednego
z najbardziej widowiskowych spektakli muzycznych roku 2001 w Polsce.
Występ rozpoczął się, o dziwo, w miarę punktualnie. Mniej więcej około
godziny 20:15 na scenę z wielkim hukiem wkroczył Clawfinger. Widać
było, że to jest ich żywioł. Nawiązanie kontaktu z publicznością,
skakanie po scenie, pozowanie do zdjęć to tylko niektóre z elementów na
to wskazujących. Wokalista Zak Tell wie, jak zwrócić na siebie uwagę.
Już od pierwszego utworu rozgrzał publiczność do czerwoności. Jedno
apogeum miało miejsce już podczas trzeciego kawałka, którym był głoszący
antyrasistowskie hasła - "Nigger" - utwór, który pozwolił wybić się
Clawfingerowi. Niestety nie dane mi było obejrzeć całego występu, gdyż
za sprawą organizatora ochrona "wyprowadziła" (dziennikarzy - red.) nas
z sali, ale już nie wpuściła z powrotem. Na szczęście taka sytuacja nie
powtórzyła się podczas występu gwiazdy wieczoru.
Nadeszła godzina zero. Po kilkunastominutowej przerwie ponownie
zgasły światła. Po bokach scen zaświeciły zielonkawe inkubatory
z płodami nienarodzonych dzieci. Na scenę wszedł pan Lorenz w przebraniu
stukniętego doktora. Podszedł do swoich klawiszy i... w tym momencie
zaczęło się przedstawienie, na które czekało ponad 5000 fanów z całej
Polski. Rozbrzmiały psychodeliczne dźwięki... pojawił się Christoph. Na
głowie miał maskę, która sprawiała wrażenie jakby muzyk przeszedł szereg
eksperymentów medycznych... powłóczystym krokiem przemieszczał się po
scenie, by w końcu dotrzeć do swojego instrumentu. Rozbrzmiała perkusja.
W ciągu kolejnych 2-3 minut na deski "Spodka" w równie teatralny
sposób wkroczyła reszta zespołu. Zawieszone nad sceną punktowe światła
oświetlały dokładnie każdego z muzyków. Zapanowała atmosfera grozy
i niepewności. Wszystko miało się zaraz wyjaśnić, właśnie skończyło
się intro.
Dzień przed całym wydarzeniem TVP2 wyemitowała koncert Rammstein z
Berlina - "Live Aus Berlin". Ci, którzy go obejrzeli, wiedzieli czego mogą
się spodziewać. Reszta publiczności pozostawała w wielkim szoku (włącznie
z ochroną "Spodka"), gdy buchnęły pierwsze płomienie. Podczas wykonywania
"Mein Herz brennt" wokalista Till Lindemann stanął na środku sceny
i spektakularnie wyrwał sobie fikcyjne, migające na czerwono serce,
które następnie trzymał w dłoni do końca utworu. Rammstein zagrał swoje
najlepsze utwory ze wszystkich płyt. Nie zabrakło takich piosenek jak
"Asche zu Asche", podczas którego w płomieniach stanęły mikrofony,
"Sehnsucht", czy "Engel".
W jednym z utworów Rammstein zaprezentował bardzo kontrowersyjne
zachowanie. Lindemann podszedł do klawiszowca i na smyczy wyciągnął
go na środek sceny. Następnie zmusił do klęknięcia, po czym dawał
mu klapsy w pupę oraz wykonywał ruchy jednoznacznie wskazujące na
chęć kopulowania... na tym się jednak nie skończyło. Lider Rammstein
puścił smycz, rozpiął sobie rozporek i wsadził prawą rękę w spodnie,
z których wyjął penisa... pomarańczowego i do tego z gumy. Równolegle
ze śpiewem, wykonywał ręką dzierżącą w dłoni sztuczne przyrodzenie
pusuwisto-zwrotne ruchy. Po pewnym czasie nastąpiła kulminacja całej
scenki i z gumowego fallusa trysnął strumień wody, który Lindemann
kierował na publiczność, resztę kapeli, własną jamę ustną (był spragniony)
i pare innych miejsc.
W katowickim "Spodku" nie zabrakło osławionego pontonu, do
którego w pewnym momencie wsiadł Lorenz i popłynął po "morzu"
publiczności. Ciekawostką jest, że na jednym z brzegów "pojazdu" widniał
napis "KURSK". Niestety polscy fani nie wykazali sie zrozumieniem
wobec zamiarów i znaków migowych dawanych przez Lindemanna oraz
głównego zainteresowanego, znajdującego się w pontonie. Zamiast
kierować go jak najdalej od sceny, zatrzymali ponton mniej więcej
po 10-15 metrach. Zdezorientowany muzyk nie wiedział co robić, na
jego twarzy pojawił się odcień strachu, gdy morze rąk zaczęło kołysać
"łódeczką". W rezultacie ponton został "zatopiony" wśród publiczności,
a Lorenz przy pomocy ochroniarzy ponownie stanął na scenie.
Moim marzeniem było zobaczyć show prezentowane przez niemiecką grupę
Rammstein. Miałem w stosunku do nich duże wymagania, szczególnie po
obejrzeniu "Live Aus Berlin". Myślę, że nie tylko ja muszę przyznać,
że dostałem dwa razy więcej niż się spodziewałem. Pokaz, który dane mi
było zobaczyć, będę przeżywał jeszcze długo. Był to jeden z najlepszych
koncertów, jakie widziałem. Jeśli ktoś miał możliwość pojechać,
a nie zrobił tego - niech teraz żałuje, bo jest czego.
autor: Darkeye dE Tereasee
Uwaga!
Nie zgadzasz się z autorem relacji? Sądzisz, że jesteś
w stanie opisać ten koncert lepiej? Spróbuj swoich sił, napisz
własną relację z koncertu
i wyślij do nas!
Dodaj swój komentarz!
|
|
| materiały dotyczące zespołów:
|
|