|
|
| relacja: Slayer, Warszawa "Stodoła" 12.06.2002
|
miejsce, data: Warszawa, Stodoła, 12.06.2002
Mimo iż do "Stodoły" wpuszczano od godziny 19:00, warto było zjawić się
tam kilkadziesiąt minut wcześniej, by ustawić się grzecznie w kolejce
i bez problemu znaleźć się w środku jeszcze przed rozpoczęciem koncertu,
który zaplanowano na 20:30. O tej godzinie na wejście do klubu wciąż
jednak oczekiwało mnóstwo osób i to prawdopodobnie było przyczyną blisko
półgodzinnego opóźnienia, chociaż nikt o takowym nie poinformował.
Parę minut przed 21 zgasły światła, a gdy scenę spowił dym, ponownie
w ciągu ostatnich dwóch tygodni usłyszałem rozpoczynające koncert
Slayer "Darkness Of Christ". Wolnym krokiem weszła cała czwórka,
a Dave Lombardo, tym razem bez czapeczki, zajął miejsce za umieszczonym
na podeście zestawie perkusyjnym. Chwilę potem w zatłoczonej i dusznej
"Stodole" rozpoczęło się szaleństwo przy dźwiękach "Disciple". Dalszy
ciąg należał do Toma drącego się w "War Ensemble", "Stain Of Mind"
i niezbyt szybkim "Threshold". Kolejne kilkanaście minut to po prostu miód
dla uszu, a to za przyczyną takich klasyków, jak "Postmortem", "Raining
Blood", "Hell Awaits" i "Die By The Sword". Nie sposób przy nich stać
bezczynnie. Zdarzały się czasem dłuższe przerwy między utworami, podczas
których muzycy znikali za sceną, by chwilę odetchnąć, ale trudno im się
dziwić w takim zaduchu, szczególnie gdy gra się takie numery, jak oni.
A przecież wykonany za moment "Born Of Fire" też do zbyt wolnych nie
należy. Mile zaskoczyło mnie oświetlenie, przy pomocy czerwonych,
niebieskich i białych reflektorów udało się stworzyć ciekawy efekt,
jak chociażby spływająca czerwienią sala przy następnym w kolejności
"Bloodline". Jeszcze jeden utwór z nowego krążka - "God Send Death" -
i już rozpoczęła się muzyczna wędrówka po zawartości "Seasons In The
Abyss": "Spirit In Black", a także śpiewane wspólnie "Dead Skin Mask"
(aż mi ciarki chodziły po plecach) oraz numer tytułowy. Właściwie
pomijając warunki cieplarniane tego wieczoru w "Stodole" koncert miał
tylko jeden słabszy moment, było nim umieszczenie w setliście dość
marnego utworu "Payback", reszta nowszych kawałków na koncercie broni
się bardzo dobrze. Kiepskie wrażenie poprawiły sztandarowe "Mandatory
Suicide" oraz "Chemical Warfare", szaleństwo.
I na tym koniec, pożegnanie z publicznością i zejście ze sceny. Ale
przecież tak skończyć się nie mogło. Zespół postanowił sprawdzić
cierpliwość polskich fanów, kazał na siebie czekać ponad pięć minut. Bis
był pięknym ukoronowaniem tych dziewięćdziesięciu minut w pocie
i tłoku, warunki wynagrodziły dwa zabójcze numery: "South Of Heaven"
i "Angel Of Death". Teraz jednak już był to naprawdę koniec. Fantastyczny
koncert, zdecydowanie lepszy niż kilkanaście dni wcześniej w "Spodku". Tym
razem Slayer zabrzmiał z kopem, potężnie i czytelnie, czego niewątpliwie
brakowało katowickiego występowi. Znowu jednak zabrakło "Black Magic",
szkoda. Niech żałują ci, którzy odpuścili sobie ten koncert.
autor: m00n
Uwaga!
Nie zgadzasz się z autorem relacji? Sądzisz, że jesteś
w stanie opisać ten koncert lepiej? Spróbuj swoich sił, napisz
własną relację z koncertu
i wyślij do nas!
Dodaj swój komentarz!
|
|
| materiały dotyczące zespołu:
|
|