|
|
| relacja: Travis, Turin Brakes, Berlin "Columbiahalle" 14.11....
|
| wystąpili: |
Travis; Turin Brakes
|
miejsce, data: Berlin, Columbiahalle, 14.11.2001
Na rozgrzewkę zagrał zespół Turin Brakes - pięciu młodych
panów, którzy nie starali się ukryć, że możliwość supportowania
Travisa to dla nich nobilitacja. Wyszli na scenę, zajęli swoje miejsca
i pokazali co potrafią. Ich debiut "Optimistic LP" to płyta przynosząca
dobre akustyczne granie i taki też był ich występ. Koncert jako widowisko
był skromny - chciałoby się powiedzieć, że był "przesiedziany". Na pięciu
muzyków, trzech większość czasu spędziła na "krzesłach" - perkusista
i klawiszowiec za swoimi instrumentami oraz drugi gitarzysta, który
prawie w połowie kompozycji wspomagał wokalnie kolegę. Ale kiedy
w repertuarze ma się tak dobre piosenki, więcej nie potrzeba. Magia muzyki
wystarczy. Brzmieniowo Turin Brakes kojarzy się ze Starsailor. Można by
zaryzykować stwierdzenie, że Starsailor jest szerzej znany tylko dzięki
aktywniejszej promocji. Muzycznie Turin Brakes nie ustępuje kolegom
z Wielkiej Brytanii. Dzięki "Emergency 72" (kończący występ), "Underdog
(Save Me)", "State Of Mind" czy "Slack" zespół może być uznany za jeden
z ważniejszych debiutów 2001 roku. Zapewne nie tylko Fran Healy, który
zachęcał do kupienia ich płyty, jest oczarowany kompozycjami Turin
Brakes, ale i większość osób zgromadzonych w Columbia Halle. Jednak
wieczór należał do Travisa.
Zaczęło się od krótkiego wykładu na temat gry na gitarze - na scenie
ciemność, tylko z głośników męski głos instruuje jakie to proste. Ten
palec na tej strunie, drugi na innej i powstaje muzyka. "I'm gonna
write a song / Gonna sing it to everyone" ("Napiszę piosenkę,
zaśpiewam ją wszystkim" - z "Last Train"). Szczere, gitarowe,
melodyjne granie z niepowtarzalnie dużą dawką emocji. Prosty przepis,
prawda? Ale tylko dla nielicznych, między innymi dla muzyków szkockiego
Travisa.
Pojawili się na scenie i po krótkim przywitaniu zagrali w jednym
secie "Sing", "Writing To Reach You" i "Pipe Dreams". Wyczuwalny
był wtedy jeszcze podział na oni - zespół, my - publiczność. Do
czasu. Czwartą piosenką było "Happy Birthday", zainaugurowane przez
wokalistę, na cześć basisty Dougiego Payne'a. Od tamtej chwili zespół
i publiczność "stali się jednością". Travis był organizatorem zabawy,
my gośćmi, którzy jak najdłużej chcą zostać na imprezie.
Zagrali ponad dwadzieścia utworów, głównie z "The Man Who"
i ostatniej płyty "The Invisible Band". Fran lubi dedykacje i tak
między innymi "The Cage" było dla kobiet, bo to my mamy ostateczną
i największą władzę ("the ultimate power"). "Side" było dla
uświadomienia, że to co stało się w Stanch jedenastego września dotyczy
nas wszystkich, niezależnie od miejsca zamieszkania - "we all live
under the same sky" (wszyscy żyjemy pod tym samym niebem). "All
I Want To Do Is Rock" dla przyjaciela zespołu - dziennikarza The Rolling
Stone. "Flowers In The Window" dla przyszłej teściowej Frana... Fran
Healy jest chyba po prostu jednym z najbardziej gadatliwych wokalistów,
ale dzięki temu ma zupełną władzę nad publicznością. Z łatwością nawiązuje
kontakt, byliśmy mu podporządkowani. Gdyby mógł, przed każdym utworem
opowiedziałby jakąś historię. Wspominał wcześniejsze wizyty w Berlinie,
żalił się, że musiał zapuścić zarost, żeby wyglądać doroślej (gdy chce
kupić alkohol, proszony jest o okazywanie dowodu). Opowiadał również
o dzieciństwie, miłości, marzeniach, życiu w harmonii... Travis należy
do jednego z nielicznych zespołów, które roznoszą wokół siebie aurę
pozytywnych myśli. Przypuszczam, że nie jedna osoba, widząc przeogromny
entuzjazm bijący ze sceny, naładowała swoje baterie na najbliższe
miesiące.
Przy nastrojowym "Slide Show" ktoś z tłumu postanowił wtórować cichemu
śpiewowi Frana gwizdaniem. A ten nie zawahał się przerwać piosenki niby
gniewnym "shut up", po czym wokalista Trvisa udzielił niesfornemu
fanowi lekcji właściwego zachowania na koncertach. Publiczność należała
do nich tego wieczoru. I pomimo tego, że Niemcy nie są bardzo aktywni
w okazywaniu zadowolenia, nie było chyba osoby, która by nie dała się
porwać przy dźwiękach "Why Does It Always Rain On Me". Kilka utworów
zostało wykonanych przy zapalonych górnych światłach - zespół chciał
widzieć dla kogo gra. Swój popis wokalny miał również solenizant
- wyśpiewał "All Young Dudes" Davida Bowiego. Uśmiech cały czas gościł
na jego twarzy - w końcu raz obchodzi się dwódzieste ósme urodziny.
Na początku koncertu ktoś na scenę wrzucił "flagę" z napisem:
"Tonight Travis is visible" ("dzisiejszego wieczoru Travis
jest widzialny"). I rzeczywiście, "The Invisible Band" (niewidzialny
zespół) stał się "visible" (widzialny). Nie można było nie zauważyć
ogromnej radości, jakiej muzykom przynoszą występy. Koncerty nie są dla
nich pracą, obowiązkiem jaki niesie ze sobą granie w zespole. Oni po
prostu kochają muzykę. Nie było więc żadnego wyreżyserowanego widowiska,
a całkowita spontaniczność, żywiołowość i szczera radość z grania. Dla
Frana Healy'ego (wokalista - przyp. aut.) i kolegów tworzenie oraz granie
muzyki są czynnościami równie naturalnymi jak oddychanie.
Pozostaje mieć tylko nadzieję, że w niedalekiej przyszłości ktoś
z polskich organizatorów koncertów przebudzi się i postanowi ściągnąć
zespół do Polski. Warto.
PS: Serdeczne podziękowania dla Przemka Kazanowskigo z Sony Music Polska,
Jacka Osadnika, Ani Dziewitt.
autor: Aneta Grzyb
Uwaga!
Nie zgadzasz się z autorem relacji? Sądzisz, że jesteś
w stanie opisać ten koncert lepiej? Spróbuj swoich sił, napisz
własną relację z koncertu
i wyślij do nas!
Dodaj swój komentarz!
|
|
| materiały dotyczące zespołów:
|
|