|
|
| relacja: UFO, Kaufbeuren "Zeppelinhalle" (Niemcy) 17.01.1998
|
| wystąpili: |
UFO; Diving Ducks
|
miejsce, data: Kaufbeuren, Zeppelinhalle, 17.01.1998
Zastanawiam się, ile osób przyszłoby, gdyby koncert UFO zorganizować
w Polsce. Przypuszczam, że mało... zdecydowanie za mało. Menadżerowie grupy
zapewne doszli do podobnych wniosków, bo nie przewidzieli w programie trasy
występów w żadnym z państw Europy Wschodniej, tak że w efekcie musiałem
gonić za "latającym spodkiem" aż do Niemiec. Chociaż podobne grupy,
jak oni po latach odgrzebane z lamusa, odrodzone w najlepszym składzie,
również nie zapełniają dziś u nas największych hal i stadionów, to jednak
legenda UFO zawsze przyciąga te wierne "parę tysięcy". Ale legendy UFO
u nas w kraju jakby nie widać... a szkoda, bo przecież grupa ta na początku
lat 70-tych w znacznym stopniu współkreowała, wraz z takimi zespołami jak
Deep Purple czy Black Sabbath, obraz dzisiejszego hard rocka. Co więcej,
to chyba właśnie przede wszystkim im zawdzięczamy dziś istnienie tego
stylu grania, w którym typowy rockowy "czad" pozwala zastąpić rozbudowane
aranżacje i symfoniczne brzmienia, tak powszechne w rocku tamtych lat.
Koncert w Kaufbeuren był jednym z kilkunastu na niemieckiej trasie,
dlatego też zastanawiałem się, czy kilkunastotysięczne bawarskie
miasteczko jest w stanie zapełnić tego wieczora miejscową Zeppelinhalle,
mieszczącą ponad tysiąc osób. Na szczęście zapełniło, a to zapewne
trochę dzięki obecności w grupie niemieckiego herosa gitary - Michaela
Schenkera, bez wątpienia rockowej dumy Niemiec, a przed laty zdecydowanie
mocnego punktu w składzie UFO, które opuścił w 1979 roku.
Przed występem gwiazdy wieczoru zaprezentowała się na scenie brytyjska
grupa Diving Ducks, grająca dość zabawną odmianę rock'n'rolla, niestety,
potwornie uwiązana w schematach i dlatego brzmiąca na dłuższą metę
cokolwiek nużąco. Z zadowoleniem przyjęto więc koniec ich występu
i rozpoczęło się niepokojąco długie wyczekiewanie na głównych bohaterów.
W końcu zgasły światła... i pojawili się, w nagłym blasku, startując ostro
niezapomnianym, klasycznym już początkiem - "Natural Thing", roztaczając
wokół, jak przed laty, aurę niezwykłej werwy i młodzieńczej energii. Od
lat nikt nie oglądał ich razem na scenie (razem tzn. z Schenkerem),
dlatego też publiczność ogarnął niesamowity entuzjazm i radosny
szał. Wszystko było jak dawniej... i ten wywijający statywem Phil
Mogg, i dominujący na estradzie Pete Way, skradający się kocimi ruchami
po dosłownie całej scenie ze swym zawieszonym na wysokości kolan basem,
przyciągający zdecydowanie najwięcej uwagi publiczności... wszystko
prócz Schenkera. Tu uwaga: jeśli ktoś uważa, że wie, jak wygląda Michael
Schenker, to niech zapamięta, że jest on obecnie krótkowłosym brunetem,
preferującym dobrze skrojone garnitury. Jeśli został rozpoznany, to
chyba tylko dzięki swojej charakterystycznej czarno-białej gitarze.
Po porywającym początku już wiedzielśmy, że tego wieczora rockowi
weterani na pewno nas nie rozczarują. Posypały sie dalsze klasyki UFO,
których przecież tak wiele jest w ich dorobku; oczywiście grano materiał
wyłacznie z płyt zrealizowanych wraz z Schenkerem, z czego usłyszeliśmy
trzy kawałki z najświeższej płyty grupy "Walk On Water", którą de
facto trasa miała promować: "Self Made Man", zagrany jako pierwszy z
nich, a także "Venus" i "Pushed to the Limit", mniej więcej w połowie
występu. Resztę wypełniły takie klasyki jak "Mother Mary", "Electric
Phase","Out in the Street", "This Kids", "One More for the Rodeo",
czy "Too Hot to Handle" (w którym miałem okazję wrzasnąć sobie "too
hot!" do podstawionego mi pod nos przez Mogga mikrofonu). Nie zabrakło
oczywiście porywającego przeboju "Only You Can Rock Me", odśpiewanego
z niemałym udziałem publiczności, czy megaklasyka, wyczekiwanego na
pewno z napięciem od początku koncertu przez każdego z widzów
- "Love to Love". Ogromny ryk przywitał zapowiedź tego utworu przez
Mogga, a potem przez ponad 8 minut każdy chłonął z rozkoszą dźwięki
najsłynniejszej ballady UFO. Na zakończenie usłyszelśmy jeszcze jeden
wielki klasyk - "Lights Out", w refrenie którego Mogg mimo wszystko
nie zedecydował się na tradycyjną zmianę tekstu adekwatną do miasta,
w którym odbywa się koncert. Chyba słusznie, "lights out, lights out
in Kaufbeuren..." rzeczywiście brzmi niezbyt korzystnie, no i nie do
rytmu...
Oczywiście były bisy... no a jakimże innym utworem mogliby równie
efektownie powrócić na scenę, jak nie nieśmiertelnym "Doctor Doctor"...
a na koniec ostry riff wydobyty z gitary Schenkera wywołał raz jeszcze
ogromny ryk entuzjazmu z gardeł publiczności - zabrzmiał "Rock Bottom",
w końcówce którego jak zwykle przyszła pora na długie gitarowe solo
Schenkera. Mistrz pokazał, że jest wciąż naprawdę wielkim gitarzystą,
w co mogli wątpić co poniektórzy, widząc jego dość oszczędną tego wieczora
grę i skromne zachowanie na scenie.
Po dwóch bisach publiczność gromkimi okrzykami i oklaskami raz jeszcze
wywołała muzyków na scenę, usłyszeliśmy porywający "Shoot Shoot",
na pożegnanie naprawdę udanego koncertu piątki doskonałych artystów,
którzy po latach (prawie) nic nie stracili z dawnej energii i radości
grania.
Jeszcze raz mogliśmy przekonać się, że zdumiewająca energia i swoboda
emanująca z muzyki UFO pozwala jej wciąż brzmieć świeżo i niebywale
porywająco. Można jedynie żałować, że były to "tylko" dwie godziny
spędzone z legendą odrodzoną w klasycznym składzie po tylu latach...
no i że Michael Schenker, choć mimo wszystko wciąż zachwycający techniką
i pasją gry, jakby na zawsze stracił coś ze swej dawnej mocy...
autor: Maciej Mąsiorski
Uwaga!
Nie zgadzasz się z autorem relacji? Sądzisz, że jesteś
w stanie opisać ten koncert lepiej? Spróbuj swoich sił, napisz
własną relację z koncertu
i wyślij do nas!
Dodaj swój komentarz!
|
|
| materiały dotyczące zespołów:
|
|