|
|
| relacja: Vader, Decapitated, Trauma, Poznań "Eskulap" 20.03....
|
| wystąpili: |
Vader; Decapitated; Trauma
|
miejsce, data: Poznań, Eskulap, 20.03.2001
Dokładnie godzinę temu wróciłem z koncertu, który odbył się w poznańskim
"Eskulapie", więc póki pamięć świeża, parę słów o tym show. Krótko mówiąc
- byłoby wspaniale, gdyby nie problemy natury technicznej, ale po kolei.
Jako pierwsza o godzinie 18:00 miała zagrać Trauma. Nikt
nie był chyba zdziwiony, gdy z półgodzinym opóźnieniem pojawili się
na scenie. "Cześć Poznań, wita was Trauma" i koncert wreszcie się
rozpoczął. Właściwie tylko rozpoczął, bo nie dając żadnych szans na
rozgrzanie się muzyków, dokładnie po pięciu minutach grania zrobiło
się bardzo cicho. Zwyczajnie skończył się prąd. To, co działo się
przez kolejne pół godziny, gdy ekipa techniczna usiłowała przywrócić
dopływ energii elektrycznej na scenie, można było nazwać "latającym
mięsem". Wreszcie jednak około 19:05 Trauma ponownie stanęła na
scenie i z groźnym okrzykiem wokalisty "zmiażdżymy to miejsce"
rozpoczęli. Niestety moja znajomość dyskografii tej kapeli ogranicza
się do debiutu "Invisible reality", ale to, co usłyszałem, było
trzydziestominutowym setem porządnego death-thrashowego grania. Jak
każda kapela występująca tego wieczoru, oddali hołd tym Największym,
wykonując cover "Silent scream" Slayer. Panowie grali bardzo żywiołowo,
porywając ze sobą zniecierpliwioną, liczną publiczność. Jedynym
słabym elementem ich występu była fatalnie wręcz nagłośniona perkusja
- słuchać dane nam było niemal wyłącznie dźwięku werbla (a dodać wypada,
że obie kapele poprzedzające Vader używały osobnej perkusji, ustawionej
z boku sceny).
Po około dwudziesto minutowej przerwie pojawili się nastolatkowie
z Decapitated. W pięcioosobowym składzie przez pół godziny
otaczali publikę prawdziwym podziemnym death metalem. Ta dała się porwać
ogromnej młodzieńczej energii płynącej ze sceny, na której chłopaki
cały niemal czas nie pozwalali swoim karkom odpocząć. Usłyszeliśmy
między innymi "Winds of creation", "The eye of horus", "Nine steps"
oraz cover "Mandatory suicide" bogów metalu maści wszelakiej
- Slayer. W czasie ich występu doświadczyłem cofnięcia w czasie
o jakieś 10 lat, kiedy tak właśnie grało się koncerty deathowe. Prawdziwa
rzeź! Zespołowi, jako jedynemu, udało się zagrać bez żadnych przeszkód
natury technicznej. Tym razem panowie akustycy oprócz werbla pozwolili nam
o dziwo posłuchać także głuchych uderzeń stopy. W sferze technicznej
nie pozostało mi nic innego, jak mieć nadzieję, że może podczas występu
gwiazdy wieczoru dane mi będzie posłuchać brzmienia całego zestawu
perkusyjnego...
I nie zawiodłem się. Po groźnym, mi kojarzącym się z "Gwiezdnymi
wojnami", intrze, uderzyła mnie potężna fala dźwięku. Rozgrzana już
dostatecznie publika po prostu szalała. W "Eskulapie" zwyczajnie
wrzało, gdy uraczeni zostaliśmy największymi "hitami" Vader
- "Sothis", "Carnal", "Silent empire", "Forward to die", czy kultowy
"Dark age". Nie zabrakło też nowego "Reign forever world", który
w wersji live wydaje się jeszcze bardziej niszczący. Szambo, z gitarą
basową wiszącą na wysokości kolan, wydawał się wprost niezmordowany
ciągłym headbandingiem, pomimo że był to już osiemnasty, przedostatni
w tej trasie koncert, grany dzień po dniu. O braku kondycji nie mogło być
mowy także w przypadku przekraczającego w swoich uderzeniach prędkość
światła Docenta. Odnoszę dziwne wrażenie, że ten genialny pałker za
każdym razem gra coraz szybciej... Problemy zaczęły się mniej więcej
w połowie przeszło siedemdziesięciominutowego występu. Ledwo słyszalna
była gitara Mausera, który z wściekłości kopał stojące na scenie butelki
z wodą. Między kawałkami techniczni coś poprawili i było OK, ale tylko
do następnego utworu. Koncert został więc przerwany, a panom akustykom
udało się w pięć minut(!) zamienić dwa kabelki, Peter powrócił na scenę
i teraz było już wszystko dobrze. Ostygłą nieco atmosferę rozgrzał na
nowo "Reborn in flames". Nie muszę chyba dodawać, co panowie zagrali na
bis - legendarny "Black Sabbath" Black Sabbath, oraz "Reign in blood"
genialnego, wspaniałego, najbardziej legendarnego.... Taaak... Podczas
coveru Slayer(!) poznański klub opanował dziki amok. Chyba w bardziej
ekstremalny sposób nie można było zakończyć tego wspaniałego, chociaż
nieco krótkiego "misterium".
autor: Lahtysz
Uwaga!
Nie zgadzasz się z autorem relacji? Sądzisz, że jesteś
w stanie opisać ten koncert lepiej? Spróbuj swoich sił, napisz
własną relację z koncertu
i wyślij do nas!
Dodaj swój komentarz!
|
|
| materiały dotyczące zespołów:
|
|