|
|
| felieton: Dokąd zmierza muzyka gitarowa
|
strona: 1 z 2
Przypomnijmy sobie zamieszchłe czasy (przynajmniej dla mnie). Był rok 1969. Led Zeppelin wydał swoją drugą płytę ("II"). Rozpoczęło się riffowe szaleństwo. Całe rzesze gitarzystów przerabiało riff z "Whole Lotta Love" i umieszczało go w swoich kompozycjach. Nawet w latach osiemdziesiątych można było poznać, czego dany gitarzysta słuchał komponując riffy. Pod wpływem "II" powstał pomnik heavy/hard rocka/metalu "In Rock" Deep Purple. Także młody Tony Iommi, tworząc riffy do "Black Sabbath", "N.I.B" i "Iron Man", korzystał z kierunku wyznaczonego wcześniej przez Jimmy'ego Page'a. W końcu nadszedł rok 1975. Sabbath jakoś się jeszcze miał, Zeppelin miał problemy wewnętrzne (wypadek Planta), Purple powoli dogorywał. Nadszedł Glam Rock.
Tę muzykę grali faceci, dla których ważniejsze były makijaże, buty na koturnach, pirotechnika, świnia na trampolinie (serio!!!) od porządnej pracy gitarzysty. Oprócz tego był też punk, ale tamtejsi gitarzyści walili 4 akordy, co sprawiało że muzyka ta była prosta, szorstka. Oczywiście były też i porządne zespoły (nie mam nic do punka ani glamu, lubię Sex Pistols, The Clash, Kiss), honoru wtedy broniły: AC/DC, Judas Priest. Priest był jednym z pierwszych zespołów, który używał dwóch elektryków. Ciężkie przesterowane riffy, fenomenalne sola. AC/DC, jak wszyscy wiedzą, grało prostą muzę w bluesowymi wpływami (ze względu na prostotę niektórzy uważali ich za zespół punkowy). Angus Young może nie był wirtuozem, ale grał bardzo precyzyjnie riffy i te swoje bluesowe sola.
Przełomem był rok 1978, wtedy wyszedł pierwszy album Van Halen. Tam Eddie Van Halen wyprzedził wszystkich gitarzystów o parę lat. Grał niekonwencjonalnie. Dużo głębokiego tremola, tapping. To typowy szybki gitarzysta. Nie można oczywiście zapomnieć o Joe Satrianim i Steve'ie Vaiu. Ci dwaj panowie grają podobnie, dużo tappingu, flażoletów tremola. Lecz ich muzyka jest typowo instrumentalna. Całość nastawiona jest na popisy gitarowe, praktycznie brak tekstów. Inaczej jest w przypadku Van Halen, gdzie mamy regularne utwory.
Lata osiemdziesiąte. Wybuch heavy metalu. Wtedy wybił się Iron Maiden, zabłysł Priest. Te zespoły nareszcie doceniono. Weźmy Maiden. Super riffy, melodyjne sola, technika Dave'a Murray'a i Adriana Smitha, a później Janicka Gersa Na tych zespołach oparł się drugi przodujący gatunek lat osiemdziesiątych - thrash. I chyba wtedy metal najbardziej zbliżył się do punku. Metallica, czerpiąca garściami z tradycji rockowej (Sabbath, Purple, Zeppelin) i z amerykańskiego punka (Misfits), Slayer zrzynający z Judas Priest i z alternatywnego podziemnego, i cholera wie jeszcze jakiego punku. W Slayer przede wszystkim kręcą popisy Kinga i Hannemana, piorunujące, szybkie sola.
autor: Wickerman
tutaj od 21.10.2000
|
|
|