|
|
strona: 1 z 3
Nie będzie charkotów i wysławiania pana Szatana, nie będzie dusznej mroczności i bezmyślnej quasi-poezji, nie będzie... basta! Będzie za to jedyne i prawdziwe piękno muzyki płynącej z najdalszych pokładów człowieczego(?) jestestwa(?). Ktoś kiedyś powiedział, że każdy wiek ma taka dekadencję, na jaką sobie zasłużył. Święte(!) słowa, pod którymi podpisuje się dwoma rękami, sercem i duszą w nadziei, że ów fin de siecle będzie trwał wiecznie w swej industrialnej agonii. Tak więc moi drodzy, jeżeli jesteście gotowi podążyć krętymi ścieżkami do świata elfów, duchów i wampirów, świata pierwotnych uczuć, w którym najsilniejsze namiętności - miłość i nienawiść - rządzą ludzkim życiem, "follow me to the other side!".
Nie będę ukrywa, że moja obłąkańcza miłość do death metalu jest stosunkowo młodą namiętnością, więc niektórym z Was moje "świeże spojrzenie" na ten gatunek może wydać się zbyt spontaniczne. Ale o ileż uboższy byłby ten nasz świat bez owej spontaniczności... Nie wiem, czy nagły napływ uczuć spowodowany był tym, że "dorosłam" do tej muzyki, czy tym, że po 10 latach wszechwładzy Króla Diamonda, otworzyłam się na nowe doznania, czy wreszcie spowodowała to ewolucja, jaką niewątpliwie przeszedł death, sięgając po nowe instrumenty i zagłębiając się w gotyku. Nieważne są jednak powody, ważny jest jedynie skutek: death na długo pozostanie moim inkubem. Zanim zacznę Was oprowadzać po ulubionych albumach, zaznaczę, że NIE znajdzie się tu żadna grupa amerykańska, czego proszę nie tłumaczyć sobie zbyt pochopnie. Po prostu twórczość takich zespołów jak Death, Morbid Angel, Massacre czy Brutality nie jest mi na tyle bliska, żebym zdecydowała się o niej pisać. Aha, jeszcze jedno - ogólnej nazwy death metal będę używać także w stosunku do grup określających się jako doom, gothic czy symphonic.
Kryształowo czyste powietrze i tajemnicza mitologia Wikingów wpłynęła niewątpliwie na to, ze Skandynawia stała się kuźnią młodych talentów o profesji muzycznej spod znaku death i black metalu. Nikt chyba nie zaprzeczy, że to właśnie oni wiodą prym w metalowej Europie. I chwała im za to! Kto zna choć trochę skandynawskie granie, ten wie o czym mowa, kto nie zna - niech żałuje. Najbardziej klimatyczną bodaj grupa jest Theatre of Tragedy, którą tworzy siódemka Norwegów. Podczas gdy ich pierwsze wydawnictwo, zatytułowane po prostu "Theatre of Tragedy" (1995), wciąż podbijało moje serce (i uszy rzecz jasna), na rynku ukazał się powalający na kolana LP "Velvet Darkness They Fear" (1996). Co takiego niesamowitego jest w tych krążkach, że nigdy nie mam dosyć ich słuchania? Chyba to, że wraz ze zdecydowaną studnią (czyt. growlingiem) Hein Frode Hansena, przewija się anielski wręcz sopran Liv Kristine, przenosząc moje astralne ego wprost do niebios. A wszystko to wkomponowane jest w kawał dobrej muzyki, potężnie rozbudowanej i perfekcyjnie zaaranżowanej. Do tego należy dorzuci jeszcze dwa fakty: 1. wszystkie teksty napisane są angielszczyzną pamiętającą jeszcze burzliwe czasy Shakespeare?a; 2. cztery utwory, które znalazły się na nowym albumie, zostały nagrane wraz z rosyjskim kwintetem smyczkowym. To już swego rodzaju moda (a i pewne zaprzeczenie ogólnej teorii, że death metal to muzyka dla bezmózgowców), że zespoły grające zdecydowaną i mocną muzykę korzystają z pomocy orkiestr czy chórów (odsyłam z niekłamaną przyjemnością do największego dzieła symfonicznego metalu lat 90-tych "Theli" (1996) zespołu Therion).
autor: Vampire
tutaj od 24.05.1997
|
|
|