zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku wtorek, 17 października 2017

recenzja: Anathema "The Optimist"

14.07.2017  autor: Megakruk
okładka płyty
Nazwa zespołu: Anathema
Tytuł płyty: "The Optimist"
Utwory: 32.63N 117.14W; Leaving It Behind; Endless Ways; The Optimist; San Francisco; Springfield; Ghosts; Can't Let Go; Close Your Eyes; Wildfires; Back to the Start
Wykonawcy: Daniel Cavanagh - fortepian, gitara, wokal; Vincent Cavanagh - instrumenty klawiszowe, gitara, wokal; Jamie Cavanagh - gitara basowa; Lee Douglas - wokal; John Douglas - instrumenty klawiszowe, instrumenty perkusyjne; Daniel Cardoso - instrumenty perkusyjne
Wydawcy: Kscope
Rok wydania: 2017
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 9

Miałem koszmarny, męczący sen. Danny i Vincent Cavanagh postanowili zdjąć łyżwy i uciec z rozmarzonej Narni. Słuchając ostatnich kilku płyt dawnych kumpli z Peaceville i MFN, czyt. Paradise Lost, postanowili zamknąć rodzinną, muzyczną cukiernię, prowadzoną wespół z młodszą siostrą Johna Douglasa, i zadzwonili po Darrena White'a i Duncana Pattersona. Potem, wracając w glorii chwały, pierdolnęli sobie rewelacyjny, przekrojowy materiał na dwa wokale, łączący najlepsze momenty kariery od "Crestfallen" po "Eternity". Wtem jednak odezwał się telefon z wytwórni, a w słuchawce zamiast Hammy'ego odezwał się Tomasz Zubilewicz cedząc przez swoją diastemę, że mają nagrać nowe "Weather Systems", bo spodobało się Dorocie Wellman i Marcinowi Prokopowi, a jeżeli nie potrafią, to przynajmniej niech zrobią powtórkę z "Distant Satellites". Ponoć sny to między innymi odzwierciedlenie marzeń i lęków, w tym wypadku moich. W łapach dzierżę ani trochę nierzucające się w oczy pudełko z najnowszą propozycją Anathemy, przewrotnie zatytułowaną "The Optimist", i po trosze z lekkim zawodem, ale i przede wszystkim z ogromną ulgą stwierdzam, że Angole w żadną ze skrajności nie popadają, ba - dźwiękowo nawet się do nich nie zbliżają.

Prasówki zapowiadały "The Optimist" jako kontynuację dla wielu ostatniej w pełni udanej płyty Anathemy - "A Fine Day To Exit", co zresztą potwierdzają sami twórcy. Ale o ile koncept historyjki rozpoczyna się w miejscu kończącym wydawnictwo sprzed 16 już lat, o tyle pod względem muzycznym próżno tutaj szukać jakichś oczywistych paraleli.

Ale od początku. Pierwsze, na co zwróciłem uwagę już w sekundę po wybrzmieniu zapodanego pod koniec marca singla "Springfield", to produkcja nadająca muzyce Anathemy tego niepowtarzalnego czaru, jaki roztaczała w moim mniemaniu ich najlepsza pod tym względem płyta - "Judgement". Krystaliczna czystość, przestrzeń, doskonałe uwypuklenie wszystkich instrumentów, siła klimatu. Po prostu bomba. Co do samych kompozycji - odetchnąłem, bo "Optymista" nie jest boleśnie przewidywalny, a do owej przewidywalności niebezpiecznie zbliżały się już na całego dwa poprzednie krążki ("Weather Systems", "Distant Satellites"), które mimo tej wady i tak polubiłem. Owszem, muzyką znów w ogromnej większości steruje zwiewność i delikatność, wzmacniane głosem Lee Douglas, ale bez skręcającego kichy słodzenia bądź silenia się na hity. To, czego sam poszukiwałem od zawsze na płytach Anathemy, to emocjonalny ferment, niepokój, drażnienie ośrodków mózgowych odpowiedzialnych za obrazy powstające pod zamkniętymi powiekami oraz płynna "wynikowość" kawałków następujących po sobie. Zawsze, kiedy pojawia się kolejny krążek zespołu, robię taki test - siadam sobie wygodnie, zakładam słuchawki i wyczekuję bombardowania wzruszeniem, nostalgią i organicznym pięknem. Takie właśnie momenty udaje mi się odnaleźć na tej płycie.

Już sam początek "The Optimist" wprowadza nerwową atmosferę przy pomocy zastosowanych we wstępie "32,63N 117,14W" "elektropatentów" (plumkania, beaty, sample etc.). Oto okazuje się, że tragiczny bohater "A Fine Day To Exit" nie zakończył swojego żywota w morskich odmętach. Ciężko zipiąc wsiada do pozostawionego na plaży samochodu, nerwowo poszukując stacji radiowej, ostatecznie odnajdując audycję z muzyką Braci, która dynamicznym, galopującym rozpaczą, zaskakująco drapieżnym "Leaving It Behind", namawia go, żeby zostawić wszystko za sobą. Dalej w ogromnej większości materiału zapada nad nim mieniący się klimatycznymi barwami woal refleksji, nostalgii i melancholii. "Endless Ways", numer tytułowy - wszędzie pierwsze "skrzypce" gra fortepian Danny'ego Cavanagha i wokalizy Lee Douglas. Wszystko zaaranżowane jest z wielkim smakiem i - wbrew tytułowi albumu - pozbawione banalnej "cukierkowatości". Partie żeńskie są wykorzystane bardziej jako kolejny instrument i na tyle subtelnie, że czasami wręcz nie zauważam ich istnienia ("Springfield"). W pewnym momencie efekt rozmarzenia, wsparty symfonicznymi smaczkami, jest na tyle dominujący, że mam wrażenie obcowania wręcz z rozmachem muzyki filmowej ("Ghosts", finałowy, jedenastominutowy "Back To The Start"). Najważniejsze okazują się prawdziwe emocje, których pozornie spokojna eskalacja następuje na pułapie przepięknego, ozdobionego genialną, acz prostą zagrywką fortepianową "Close Your Eyes", i horyzontalnie przestrzennego "Wildfires", przy którym nawet przydrożny kamień łzę uroni.

Nie wiem, czy "The Optimist" to płyta na miarę naszych czasów. Nie mam tutaj na myśli wymiaru jej zajebistości lub - jakby wielu wolało - chujowości. Bardziej chodzi mi o wymiar praktyczny w podchodzeniu do muzyki. Dzisiaj wszystko zapierdala w zawrotnym tempie. Słuchasz teasera na YouTube, trawisz dźwięki, wydalasz, zapominasz itd. Anathema proponuje tym razem płytę dla słuchaczy... którzy mają czas. Słuchanie tych nagrań po łebkach, w roztargnieniu, nie zaprowadzi was do żadnych konkretnych wniosków, prócz takich, że Brytole nagrali sobie kolejny ładny album, przy którym dobrze się zasypia, względnie na który można od biedy połasić się na wyrwanie jakiejś romantycznej dupy. Ja jakimś cudem ten czas wygospodarowałem i nie żałuję. W ogólnym rozrachunku rozpoznałem w niej wszystko to, za co pokochałem ten zespół ponad 20 lat temu, a więc szczere, piękne, niezniszczone komercyjnym plastykiem emocje. Choć zespół ten tak drastycznie zmieniał z płyty na płytę środki ekspresji (od doom-deathu aż po lekkiego rocka), w centrum pozostało to samo bijące w rytm melancholii serce. Takiego poruszenia nie czułem od czasu premiery, w moim mniemaniu opus magnum Braci, płyty "Judgement" 18 lat temu. Nie powinniście się specjalnie nastawiać do tej płyty (sercem czy dupą)... Powinniście po prostu ofiarować jej swój czas... A jeżeli nie? Cóż... Nowy Incantation już na dniach.

Komentarze
Dodaj komentarz »
re: Anathema "The Optimist"
pik (gość, IP: 79.184.161.*), 2017-07-19 20:06:18 | odpowiedz | zgłoś
aha, płyta dobra tylko niewiele osób ją docenia heh podobnie jak 'dobry trener, tylko wyników nie ma' ;) ok. płyta nie jest zua ale daleko jej do tego co tworzył ten zespół na przełomie wieku. niemniej ja i tak na koncercie (bo chyba pójdę) będę krzyczał ''Sleepless'' i A Dying Wish'' hehe ok, nie będe, bo bracia się wkurzą i nie zagrają bisów :P
re: Anathema "The Optimist"
CozzY
CozzY (wyślij pw), 2017-07-19 15:29:07 | odpowiedz | zgłoś
A mi najbardziej na płycie podoba się opluwany przez większość "Can't let go". Płyta niezła, dobrze że odeszli od wyeksploatowanych patentów z ostatnich płyt, ale trochę za mało urywa. U mnie 7/10 bo niestety znalazły się słabe momenty jak "Leaving it behind" (najsłabszy na płycie) czy instrumentalny "San Francisco".
re: Anathema "The Optimist"
Bungo (gość, IP: 149.156.194.*), 2017-07-15 09:38:12 | odpowiedz | zgłoś
Wyrwanie romantycznej dupy... Nie wiem, czy na to byś choć wyrwał romantycznego ślimaka ;-) A płytka jest znakomita do pracy lub czytania książek.
re: Anathema "The Optimist"
Megakruk
Megakruk (wyślij pw), 2017-07-15 10:18:02 | odpowiedz | zgłoś
O tym też tam jest... :)
re: Anathema "The Optimist"
zuska (wyślij pw), 2017-07-18 09:06:25 | odpowiedz | zgłoś
Faktycznie trzeba być optymistą by na takie mdłe granie wyrywać dupy.
Fakt, że po przyjemnie trzeszczących Serenadach Anathemy nie kupowałam. Wyrywkowo ktoś mi podsuwał i kończyło się słuchanie po kwadransie. Tak jest i teraz. Z szacunku dla recenzenta i jego telewizyjno popkulturowej recki (której zresztą nieskumałam) poświęciłam czas.

Kobita ma przeciętny wokal, a kolega męcząco wqrwia, więc jest dobrze gdy się nie odzywają, ale jednak się odzywają i czar pryska.

No cóż widocznie nie jestem romantyczna. Ostatnio dałam się wyrwać na nowego Solstafira, zdecydowanie przyjemniejsze poprockowe granie
re: Anathema "The Optimist"
Megakruk
Megakruk (wyślij pw), 2017-07-19 21:18:24 | odpowiedz | zgłoś
no i już wiem na co wyrwać zuskę ;)
re: Anathema "The Optimist"
jarema37 (wyślij pw), 2017-07-14 22:01:34 | odpowiedz | zgłoś
Megakruk, jak szanuje Twoje recenzje... Nie napisze "szanowałem", bo tej profilaktycznie nie przeczytam.
Wystarczy, ze zobaczyłem ocenę
Od ponad ćwierć wieku jestem die-hard'em Anathemy. Ale to co teraz z siebie wydalili...
R.I.P. Anathema
Niech żyje PL! :p
re: Anathema "The Optimist"
Megakruk
Megakruk (wyślij pw), 2017-07-15 06:10:53 | odpowiedz | zgłoś
Podoba mi się ta płyta. Kupiłem sobie ją, jak każdą inną, którą na tych łamach opisałem. Spodobała mi się baaardzo, co postanowiłem wyrazić w tych kilku słowach. Nie napisałem, że to płyta dla każdego, nawet fana tylko dla...i broń Pazuzu nie twierdzę, że spodoba się tylko tym którzy się znają, spodoba się tym którym się spodoba.
re: Anathema "The Optimist"
Markowski (gość, IP: 83.20.21.*), 2017-07-15 22:03:18 | odpowiedz | zgłoś
o co chodzi z tym "ana...thema", czy oni wstydzą sie swojej nazwy, czy (na siłę) ma byc 'tajemniczo" ??
re: Anathema "The Optimist"
Nopasaran
Nopasaran (wyślij pw), 2017-07-17 00:53:32 | odpowiedz | zgłoś
Może taka symboliczna zmiana nazwy ma być ostatecznym odcięciem się od korzeni?
3
Starsze »