Jak oceniasz tę płytę?
| ocen "plus": |
87% |
| liczba ocen: |
199 |
|
|
|
| recenzje płyt, wybierz literę:
|
0-9
A
B
C
D
E
F
G
H
I
J
K
L
M
N
O
P
Q
R
S
T
U
V
W
X
Y
Z
| recenzja: Anathema "We're Here Because We're Here"
|
Nazwa zespołu: Anathema
Tytuł płyty: "We're Here Because We're Here"
| Utwory: |
Thin Air; Summernight Horizon; Dreaming Light; Everything; Angels Walk Among Us; Presence; A Simple Mistake; Get Off, Get Out; Universal; Hindsight |
| Wykonawcy: |
Vincent Cavanagh - wokal, gitara; Daniel Cavanagh - gitara; Les Smith - instrumenty klawiszowe; Jamie Cavanagh - gitara basowa; John Douglas - instrumenty perkusyjne; Lee Douglas - wokal |
Wydawcy: Kscope
Rok wydania: 2010
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 7
Z nieskrywanym niepokojem sięgałem po nowe wydawnictwo Anathemy. Jestem z zespołem prawie od samego początku, czyli od lat 90-tych. Pamiętam, jak z wypiekami słuchało się "Eternity" i "Alternative 4", jakie tam były świetne numery. Albo gdy ukazał się "Judgement" i Anathema w jednej chwili stanęła absolutnie ponad wszystkim, co wtedy grało na świecie. Taki album tworzy się raz w życiu, wiadomo - ale przecież następny, "A Fine Day To Exit", to też kawał dobrej muzyki na wysokim poziomie. Prawdziwa klęska (a natural disaster?) przyszła trochę później.
Gdy na przełomie 2003 i 2004 roku oglądałem zespół na koncertach we Wrocławiu i słuchałem wydanej wtedy tzw. "czerwonej" płyty, wyraźnie już dawało się odczuć, że z braćmi Cavanagh dzieje się coś bardzo niedobrego, nadszedł jakiś kryzys twórczy, brak weny. Do dziś dnia, w ciągu ostatnich siedmiu lat, jako stały bywalec różnych festiwali i koncertów, obejrzałem Anathemę z tuzin razy. Oni byli już po prostu wszędzie do absolutnego zanudzenia. I każdy następny występ był gorszy od poprzedniego, aż do momentu, gdy na "Brutal Assault 2008" uznaliśmy z kumplem, że tego najzwyczajniej w świecie nie da się oglądać i poszliśmy na piwo.
Zespół zagubił się, nieskutecznie szukał swojego miejsca. Cały czas narastały problemy z ukończeniem pracy nad płytą w studio i jej wydaniem, a muzyczne próbki nowego wydawnictwa - czy te dostępne w sieci, czy grane na koncertach - raczej nie napawały optymizmem. Były takie nijakie, bez mocy i charyzmy dawnej Anathemy.
I dlatego, gdy do wiadomości podano, że album o dziwacznym tytule "We're Here Because We're Here" jednak ukaże się wiosną 2010 roku - z jednej strony nie mogłem się doczekać, a z drugiej obawiałem się. Przecież ta płyta miała ostatecznie określić status zespołu w muzycznym świecie i to już na zasadzie "być albo nie być". Powiem tak - kompakt przyszedł, wylądował w odtwarzaczu - wątpliwości się rozwiały - nie jest źle.
Pierwsza sprawa, która z miejsca rzuca się w uszy, to produkcja, sposób i jakość realizacji dźwięku. Jeszcze nigdy Anathema nie brzmiała tak dobrze. Jednym zdaniem: rewelacyjnie mistrzowie konsolety im tę muzykę zrobili i nie ma co tu kryć - najbardziej znaczący jest wpływ Stevena Wilsona, co słychać od razu i w każdym dźwięku. To już zresztą sprawdzona i solidna firma, która ma to do siebie, że wszystko czego dotknie, zamienia w złoto. Nie inaczej jest tym razem. Oprócz Wilsona (ale bardziej takiego z rejonów Blackfield czy "Insurgentes", niż z Porcupine Tree) jest tutaj zresztą wszystko: cały ten kryzys twórczy i chaos, siedmioletnie zmagania z ukończeniem płyty, mozolna i ciężka praca, nadzwyczajna dbałość o każdą nutę, nawet wszystkie te setki tysięcy euro wyłożone przez ten czas na nagranie albumu. "We're Here..." to kontynuacja Anathemy z "A Fine Day To Exit", na pewno nie tej z "Judgement" czy "Alternative 4". Próżno szukać tutaj mocniejszych, przebojowych akcentów czy sprawiających zawrót w głowie miażdżących, gitarowych solówek, czyli tego, za co tak naprawdę przed laty pokochaliśmy tę kapelę. Ale są za to klimaty, nastroje. Piękne, zachwycające, dopracowane w każdym calu i co trzeba przyznać - tej muzyki po prostu samej w sobie świetnie się słucha (ta gra sekcji smyczkowej w tle, cudo!). Tylko że niestety, nie oszukujmy się - doskonała produkcja, brzmienie czy nastrojowe klimaty to nie wszystko. To tylko jakaś tam część decydująca o ogólnym charakterze. Siłą Anathemy zawsze były poszczególne pomysłowo i emocjonalne skonstruowane, takie przysłowiowe "młoty na czarownice", jak "Angelica", "Fragile Dreams" czy "One Last Goodbye". To one decydowały o potędze zespołu. I właśnie to Anathema zostawiła już daleko za sobą. Poza paroma wyjątkami, główną i bolesną wadą "We're Here..." jest brak konkretnie wyróżniających się z całości fragmentów, czegoś, co na dłużej mogłoby zapaść w pamięć i sprawić, że będzie się po tę płytę sięgać w przyszłości.
Album, który można podzielić na trzy zasadnicze części wygląda tak: początek jest w jakiś sposób zachowawczy. "Thin Air" i "Summernight Horizon" to bardzo dobre utwory, które z powodzeniem mogłyby znaleźć się na "A Fine Day To Exit". Potem sprawa ma się trochę gorzej i to jest właśnie to, o czym pisałem wcześniej. Dobrze zrobione, przyjemnie się słucha, ale brak konkretu, czegoś co wbiłoby w ziemię. "Dreaming Light" i "Everything" odrobinę, jak na mój gust, chłopcy przesłodzili, ale nie powinno mieć to większego wpływu na zadowolenie żeńskiej części ich fan clubu. Ja w każdym razie ten rozdział mogę sobie podarować, bo za chwilę...
Wiedziałem, że będzie w zestawie jakiś killer - coś, co nie pozwoli się od tej płyty zbyt szybko uwolnić - i nie mogło być inaczej! "Angels Walk Among Us" i ja już nie mam żadnych pytań. Jedyny taki moment tutaj, gdy pokrętło głośności idzie mimowolnie w górę na max. Genialny motyw, duch starej Anathemy chociaż na chwilę powrócił. Całe szczęście, że dali jeszcze kilka takich chwil na złapanie oddechu ("Presence"). Nawiedzona melodia "A Simple Mistake" niepokoi, jak się za chwilę okaże, tylko po to, by roztrzaskać się w ogniu gitarowych ostrzy. Świetna rzecz. I chyba najbardziej "jeżozwierzowa" ("Russia On Ice"?). Co ciekawe, te utwory (mam na myśli środkowe 15 minut) były już wcześniej dostępne w sieci w wersjach demo i za żadne diabły nie robiły takiego wrażenia, jak na oficjalnym wydaniu. I to jest właśnie kwestia całej tej produkcji, miksów, ostatecznego dopracowania. Wielkie brawa dla Stevena Wilsona, ale także dla Jona Astleya i Dave'a Stewarta.
Ostatnia część to "Get Off, Get Out" - taka miniaturka-wariacja psychodelicznych tematów Radiohead - późnego The Beatles. Kilka minut odprężenia, zanim znowu powrócą smyki i jazgotliwe gitary ("Universal"). Takie patenty, jak te z solowego Roberta Planta czy ostatniego Guns'N'Roses. "We're Here..." wieńczy monumentalny, gitarowy, psychodeliczny, latający gdzieś w przestrzeni, instrumentalny "Hindsight". Szczerze? Dziwne to historie dla Anathemy. Przecież są zespoły, które naprawdę po mistrzowsku grają taką muzykę, więc może lepiej by było, gdyby bracia Cavanagh komuś innemu zostawili takie tematy, a sami skupili się na tym, co jednak zdecydowanie wychodzi (wychodziło) im najlepiej? Myślę, że wszyscy by na tym zyskali, ale to już nie mnie oceniać.
Ważna, aczkolwiek nie wybitna płyta. Powrót Anathemy, który zdecydowanie zatrzyma ich w pierwszej lidze. Doskonała produkcja i realizacja dźwięku (kurcze, jak to musi brzmieć w 5.1). Pierwsza część: raczej typowo i bez rewelacji, za to środkowe 15 minut to jest właśnie to, za co ten zespół się wielbi i ceni. Ba, stwierdzę nawet, że już dawno takich emocji nikt nie zagrał. Końcówka, powiedzmy: eksperymentalna. Całość jest różnorodna i wielowymiarowa, komfortowo się jej słucha, chociaż w zasadzie na "We're Here..." brak jest ostrzejszych i w jakimkolwiek sensie "przebojowych" utworów.
W dziwnym kierunku poszedł ten zespół. Chociaż, aby wyjść z gitarowych, mrocznych, gothic - doommetalowych brzmień i osiąść z większym (mniejszym?) efektem w nazwijmy to atmosferyczno - progresywnych rejonach - trzeba mieć w sobie coś więcej niż talent i czyste szaleństwo. Przy wszystkich plusach i minusach, już dawno nie było takiej płyty, której recenzja zajęłaby mi aż tyle miejsca. A to też o czymś świadczy. O tym, jakie jest nowe wcielenie Anathemy - każdy musi się przekonać osobiście.
autor: Paweł Kuncewicz
Uwaga!
Nie zgadzasz się z autorem recenzji? Uważasz, że ocena
płyty jest za wysoka lub za niska? Sądzisz, że jesteś
w stanie opisać ten album lepiej? Spróbuj swoich sił, napisz
własną recenzję
i wyślij do nas!
| Lubisz tę plytę? Zobacz recenzje:
|
Dodaj swój komentarz!
| |
dziwne jest to, że autor dziwi się, że Anathema
się zmienia. gdzie był przez ostatnie 20 lat? a może - co pił przez te 20 lat? najpierw był etap - co to jest te Eternity?! Crestfallen i S.Enigma - to było granie! później Eternity to było coś! a A4 to komercja. Judgment? no niezłe, ale S.Enigma to było dopiero! a teraz, że prawdziwa Anathema to AFDtE - prawdziwa Anathema to wszystko od Crestfallen po WAHbWAH. każda pływa warta przeżycia, emocje biją z każdego dźwięku. Słychać tego nie warto - warto to przeżyć. o ile "to" poczujecie. jak nie - trudno, nie każdemu to poprostu pasuje. na dzisiaj dla mnie ostatni album to kontynuacja Silent Enigma, jutro odnajdę pomost z Judgment, pojutrze coś z AFDtE. nie myślcie za dużo przy tej muzyce - czujcie. jak powiedział Mistrz "let the metal flow" a że to metal lżejszy od powietrza? who cares...
|
| |
Anathema ruleee!!!
winterrrrr (gość, IP: 95.49.162.*), 2010-10-04 17:31:29
| odpowiedz | zgłoś
no i zagrali cały nowy krążek na koncercie.. a niech im będzie:) jak było 30(!) numerów w setliście to mieli do tego prawo;) a w ogóle: A Simple Mistake - po raz kolejny-zniszczył! zdecydowanie najlepszy kawałek z tego albumu!!
|
| |
re: Anathema ruleee!!!
To oczywiście nie jest najlepszy kawałek z tego albumu, ale są gusta i ...Cała płyta to mieszanina A Natural..., Fine Day oraz....Eternity - czyli wyszła naprawdę porządnie, bo Eternity nie miała tego co miały dwie przedostatnie, a dwie przedostatnie tego co miała Eternity heheh. Tej płycie trzeba dać parę przesłuchań, by wyłowić jej piękno,. Początkowo mi się nie podobała, ale dzisiaj 3 godz. myłem okna ze słuchawkami na uszach i w końcu zaskoczyła na dobre.
|
| |
re: Anathema ruleee!!!
winterrrrr (gość, IP: 95.49.162.*), 2010-12-12 15:21:15
| odpowiedz | zgłoś
no widzisz.. to jestem zaskoczony pozytywną reakcja, nie ważne w jakich okolicznościach sluchaleś tego krążka;) to fajny album choć wiecej niz 7 (może 8) bym chyba nie dał.. btw. ale forma koncertowa anathemy to dla mnie 10 jeśli chodzi o ostatnie koncerty.. dla przykladu ich koledzy z paradise lost wydali niby (bo nie moge sie ciągle przekonac) świetny ostatni krązek -taki w starym stylu - ale ten gig jaki widziałem (wspolnie z samaelem) jakiś czas temu.. hmm -jak dla mnie- był troche na odwal.. choc pewnym usprawiedliwieniem niech będzie, że wtedy grali bez Grega
|
| |
re: Anathema ruleee!!!
To nie koniec zaskoczeń dla mnie jeżeli chodzi o starą ekipę tzw. "klimatowców". Na ten przykład niewiele sobie obiecywałem także po nowej płycie The Gathering West Pole, bo jak dla mnie spokojnie mogli zakończyć karierę po Nighttime Birds i którejś tam z kolei trasie koncertowej u nas w 2 połowie lat 90 - tych. Tym razem bez Anneke i nikt sobie tego w głowie pomieścić nie mógł, a... nagrali niesłychanie udany dla mnie krążek. Przy tym żaden nowy Mandylion czy coś.
|
| |
ana
na początku wchodził dziwnie, podobna sytuacja, jak z "ADHD" Riverów i "incydentem" Porców. Zresztą wszystko podobna liga. A teraz to moja ukochana trójca, słucham jej w kółko, w domu, w samochodzie... Doskonała muza, trzeba tylko trochę dać ją na przeczekanie.
|
| |
?
marcin_w (gość, IP: 94.75.81.*), 2010-10-01 23:31:16
| odpowiedz | zgłoś
Czytając recenzję, niejednokrotnie zastanawiałem się, czy mam na myśli tę samą płytę... trudno porównywać ją do wcześniejszych albumów, bo jej nastrój i temat jest zupełnie inny i nowy w Anathemie. Mi to bardzo odpowiada i im więcej jej słucham, tym większe wrażenie nie mnie robi. Szczególnie Hindsight niemal powala z nóg. Podobnie Universal... jest tam tyle szczegółów i smaczków, że można słuchać dziesiątki razy i wciąż znajdzie się coś nowego. Lubię (mało powiedziane) wszystkie albumy Anathemy, ale ten wydaje mi się wyjątkowy, z przyczyn, o których wspomniałem :)
|
| |
Powrót w wielkim stylu!
Dżaret (gość, IP: 79.173.26.*), 2010-08-30 23:09:01
| odpowiedz | zgłoś
Jak dla mnie płyta genialna! Tutaj nie ma słabego numeru. Doszukiwanie się na siłę słabych momentów nie ma sensu. Ten kto wciska next, albo nigdy nie lubił Anathemy, albo już jej nie lubi. Ja słucham tej płyty "jednym tchem". Polecam!
|
| |
rozczarowanie ehhhh...
gutek_nie_film (gość, IP: 129.7.217.*), 2010-08-12 13:53:05
| odpowiedz | zgłoś
Zgadzam się z autorem w jednej kwestii - ta płyta to w pewnym sensie kontunuacja "A fine day..." i jako taka to wg. mnie druga najgorsza płyta w dyskografii zespołu. I nie chodzi o to by kapela wracała do perełek w stylu "The Silent Enigma" czy "Alternative 4", dwie arcygenialne płyty i dużo bardzo dobrych to i tak ewenement jak na jeden zespół. Nie chodzi o to by stać w miejscu, "A Natural Disaster" uważam za dobrą płytę, dużo eksperymentów, zróżnicowanie, jest się w co wgryzać. A "We're Here..." to niestety nuda prawie na całej lini. Co lepsze momenty to zazwyczaj (słabe) kalkowanie pomysłów z poprzednich płyt z odpowiednią dozą przynudzania. Najlepszy element na tej płycie to wręcz popowy (?) "Get Off Get Out" - zaskoczył mnie i ucieszył bo jak na Anathemę to taki mały smaczek. Reszta do dłużyzna Panie, jak tak dalej pójdzie to zespół skończy na wieczorkach samotnych serc. Niepokojące już było angażowanie się w wydawnictwa typu "the best of" i przearanżowywanie własnych numerów - takie wystawianie sobie ołtarzyka przekonuje, że świeże pomysły są na wyczerpaniu a najnowsza płyta tylko to potwierdza. Wydaje mi się, że lepiej byłoby gdyby kapela się rozpadła, muzycy wylądowali w oddzielnych projektach bo szkoda talentów, a Anathemie pozwoliliby żyć (piękną) legendą.
|
| |
Dobra
Płyta jest dobra (nawet bardzo) ale jeden utwór bym z niej wywalił - mianowicie "Get Off, Get Out" - najpierw zajeżdża nazbyt ostentacyjnie Radiohead a potem jeszcze mamy jakieś wstawki jak z Blackfield albo Porcupine Tree. I to wszystko w jednym utworze.
|
|
|

| materiały dotyczące zespołu:
|
|