Jak oceniasz tę płytę?
| ocen "plus": |
93% |
| liczba ocen: |
49 |
|
|
|
| recenzje płyt, wybierz literę:
|
0-9
A
B
C
D
E
F
G
H
I
J
K
L
M
N
O
P
Q
R
S
T
U
V
W
X
Y
Z
| recenzja: David Coverdale "Into The Light"
|
Nazwa zespołu: David Coverdale
Tytuł płyty: "Into The Light"
| Utwory: |
Into The Light; River Song; She Give Me...; Don't You Cry; Love Is Blind; Slave; Cry For Love; Living On Love; Midnight Blue; Too Many Tears; Don't Lie To Me; Wherever You May Go |
| Wykonawcy: |
David Coverdale - wokal, gitara; Doug Bossi - chóry, gitara; Marco Mendoza - gitara basowa, chóry; Earl Slick - gitara; Danny Saber - gitara, gitara basowa; Dylan Vaughan - gitara; Tony Franklin - gitara basowa; Denny Carmassi - instrumenty perkusyjne; Derek Hilland - instrumenty klawiszowe; John X - instrumenty klawiszowe, instrumenty perkusyjne; Mike Finnigan - organy; Jimmy Z - harmonijka |
Wydawcy: EMI
Rok wydania: 2000
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 7
Nie ma już Whitesnake, ale ciągle jest David Coverdale... Każdemu,
kto tęskni za "Białym Wężem", polecam sięgnąć po najnowsze wydawnictwo
Coverdale'a "Into The Light", w którym można znaleźć choć część z tego,
czym wokalista rodem z Redcar zachwycał nas przez te lata...
To, co od razu uderza na płycie, to niezwykłe przesycenie niektórych
kompozycji wpływem Jimmiego Page'a, z którym zresztą Coverdale'owi
przyszło kiedyś współpracować i popełnić jedną płytę. Już krótkie
instrumentalne preludium "Into The Light" narasta stopniowo w bardzo
Page'owski riff, po chwili przechodzący w utwór następny... Nie pozbawione
tego wpływu pozostaje i "River Song", z wstępem aż za bardzo kojarzącym
się z Hendrixowskim "Little Wing", potem jednak wchodzącym typowy,
bluesowo-smętny wokal Davida. Nie może być zresztą inny, gdyż ten
numer to właśnie klasyczny blues, w którym przecież Coverdale czuje
się tak świetnie... Numer to długi, niemniej jednak naprawdę udany,
pełen klimatu, przejmujący... słuchając go ciągle jednak (może i
dobrze?) gdzieś wokół unosi się duch Jimmy'ego Page'a, zwłaszcza gdy
słuchamy głównego riffu. Zupełnie inny, ale wciąż bardzo, bardzo bluesowy
klimat znajdujemy w "She Give Me..." - szybkim, pełnym energii numerze, ze
świetnie rozpoczynającą dwunastostrunową gitarą akustyczną. A Jimmy Page
wita nas tym razem znacznie, znacznie wyraźniej... Jego wpływ powraca
jeszcze w "Living On Love", co pozwala przypuszczać, że ex-Zeppelin
najwyraźniej trwale namieszał w odpowiedzialnej za muzykę cześci mózgu
Davida Coverdale'a. Dodać należy, że te najbardziej zdradzające jego
wpływ kompozycje na płycie należą zarazem do najbardziej udanych. Jakieś
wnioski...?
Pozytywne wrażenie przygasa niestety w innych utworach - wyjątkowo mało
przekonywującej balladce "Don't You Cry", w stylu najmniej ciekawych
pozycji z "Restless Heart" (ostatnia płyta Whitesnake z 1997 roku), a
nawet jeszcze poniżej tego stylu. "San Remo" w najgorszym wydaniu... Na
tym tle nie lepiej wypada następna, ogniskowa balladka "Love Is Blind",
która razi schematem "zaczynamy akustycznie, potem wchodzą bębny
i reszta", nie ratują jej też całkiem miło brzmiące smyczki. Wraz
z "Midnight Blue" powraca na płycie balladkowa tandeta - to kolejny
wybitnie nieciekawy numer, z pianinkowym wstępem i niczym, absolutnie
niczym, co mogłoby przyciągnąć. Łagodne oblicze płyty ratuje jednak,
zaproponowana na samo zakończenie, niezwykle udana ballada "Wherever You
May Go", bardzo oryginalnie zaśpiewana w dwugłosie z miękkim, kobiecym
wokalem i takimiż wokalizami w tle...
Nadzieja wraca jeszcze w innych momentach - przy "Slave", który
jest chyba jedną z najlepszych kompozycji na płycie, ze zróżnicowaną
dynamiką i (wreszcie!) świetnie rozwrzeszczanym Coverdalem. Pozytywne
wrażenie utrzymuje również "Cry For Love" - znów udany, pełem czadu
i energii hardrockowy numer, choć (oczywiście) o silnie bluesowym
zabarwieniu. Jeszcze żeby tylko David dodał wokalowi nieco więcej
drapieżności... Humor odzyskujemy jednak całkowicie przy pełnym ognia,
rewelacyjnym "Don't Lie To Me". Doprawdy, numer wybitnie ratuje płytę i
plasuje się wśród zdecydowanie udanych kompozycji w dorobku Coverdale'a. I
nawet od Page'a się uwolnił...
Coverdale proponuje dodatkowo w nowym brzmieniu szlagierową "pościelówę"
z "Restless Heart" - "Too Many Tears". Uderza przede wszystkim nieco
"dyskotekowa" sekcja, bardziej akustyczne brzmienie... Nowa wersja
traci w stosunku do pierwowzoru smutny, przejmujący klimat i właściwie
nie zyskuje nic w zamian.
Płyta na pewno może się podobać, głownie jednak entuzjastycznym
zwolennikom Coverdale'a i to tego z początków kariery Whitesnake lub z
"Restless Heart". Dużo, bardzo dużo bluesa, mniej niestety ostrego,
przenikliwego śpiewu, obecnego raczej na "1987" czy "Slip Of The
Tongue". Na pewno nie można posądzić Coverdale'a o zdradę ideałów,
pójście za modą czy niepewne eksperymenty. David konsekwentnie gra to,
do czego nas przyzwyczaił - i za to należy mu się szacunek.
autor: Maciej Mąsiorski
Uwaga!
Nie zgadzasz się z autorem recenzji? Uważasz, że ocena
płyty jest za wysoka lub za niska? Sądzisz, że jesteś
w stanie opisać ten album lepiej? Spróbuj swoich sił, napisz
własną recenzję
i wyślij do nas!
Dodaj swój komentarz!
|
|

| materiały dotyczące zespołu:
|
|