Jak oceniasz tę płytę?
| ocen "plus": |
94% |
| liczba ocen: |
409 |
|
|
|
| recenzje płyt, wybierz literę:
|
0-9
A
B
C
D
E
F
G
H
I
J
K
L
M
N
O
P
Q
R
S
T
U
V
W
X
Y
Z
| recenzja: Dream Theater "Awake"
|
Nazwa zespołu: Dream Theater
Tytuł płyty: "Awake"
| Utwory: |
6:00; Caught In A Web; Innocence Faded; Erotomania; Voices; The Silent Man; The Mirror; Lie; Lifting Shadows Off A Dream; Scarred; Space Dye Vest |
| Wykonawcy: |
James LaBrie - wokal; John Petrucci - gitara; Kevin Moore - instrumenty klawiszowe; John Myung - gitara basowa; Mike Portnoy - instrumenty perkusyjne |
Wydawcy: Elektra Records
Rok wydania: 1994
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 9
Przyznaję, że początek był trudny. To nie jest płyta, która od razu
wpada w ucho, ale im dlużej się w nią zaglębiam tym bardziej jestem
nią oczarowany. Zacznę zatem od początku.
"6:00". Przyznaję, że to fantastyczny kawałek. Jak na DT (przynajmniej ten
który znam) trochę nietypowy, choć jego struktura przypomina mi zapętlone
utwory z "Images & Words", czy nawet ostatniego "Metropolis pt 2: Scenes
From A Memory". Rewelacyjnie się tego słucha, przynajmniej jak na pierwszy
raz. Jeden z trzech utworow z tej płyty, który od razu wpadł mi w ucho.
"Caught In A Web". Fajny, ostry kawałek, choć mówiąc obiektywnie, trochę
za mało w nim mieszania. Fajny riff, melodyjny refren, ale brakuje mi
trochę solówek Petrucciego. Ale już po chwili...
"Innocence Faded". "Wyblakła niewinność" jest znakomita. Piękna melodia, w
miarę spokojny klimat, ma stanowić tylko uwerturę do "Erotomanii", ale gdyby
wszystkie uwertury były takie... I wreszcie Petruccii wyciskający siódme
poty ze swojej gitary w końcówce utworu. Jeden z najlepszych momentów
na płycie, choć moim zdaniem to i tak tylko przedsmak najlepszego.
"Erotomania". To moj faworyt na "Awake". Przede wszystkim dlatego, ze John
może sobie wreszcie poszaleć. Drugi utwór, który pokochałem od pierwszego
usłyszenia. Początek jeszcze spokojny. Petrucci gra niezbyt skomplikowany
riff, a Moor fajnie przygrywa na hammondzie. Potem solówka Moora staje
się wyraźniejsza, a w tle John wygrywa coraz bardziej zapętlony podkład.
Później akustyczne uspokojenie i bardzo piękna solówka, grana przy
akompaniamencie fortepianu. Dla takich chwil warto żyć!!! Piękniejszą
solówkę Petrucciego słyszalem tylko w "Lines In The Sand". I wreszcie
końcówka, przypominająca mi trochę "Fatal Tragedy". Na pewno nie jest tak
ostra i skomplikowana jak ta na "Scenes...", ale robi świetne wrażenie. A
potem ni z tąd ni z owąd pojawia sie "Voices".
"Voices". Płynne przejście z "Erotomanii" w "Voices" sprawia wrażenie
że nic się nie zmieniło, ale to tylko przelotne wrażenie. Ciarki mnie
przechodzą, kiedy słyszę pierwsze frazy śpiewane podnieconym głosem
Jamesa. W tle fortepian, Petrucci odpoczywa i ogólnie rzecz biorąc
jest pięknie, i tak cholernie nastrojowo. Kiedy La Brie zaczyna swoje
"Like a scream" ciarki przechodzą po moim grzbiecie po raz drugi. I
te niesamowite głosy w tle. Ale w końcu to "Głosy". To dobra chwila,
zeby napisać wreszcie coś o tekstach. Nie studiowałem ich jeszcze zbyt
wnikliwie, ale przyznaję, że tekst "Voices" zaciekawił mnie najbardziej.
"Milość, właśnie nie patrzy"
Tak miał w zwyczaju mówić do mnie
Każdego niedzielnego poranka
Pająk w oknie
Anioł w basenie
Starzec zażywający truciznę.
"Więc mów, jestem tutaj"
Tak zwykle mawiała do mnie
Nie słowo, nie słowo
Judasz na suficie
Diabeł w moim łóżku
Zgaduję, że Wielkanoc nigdy nie nadejdzie
Więc będę po prostu czekał w mojej głowie
Jak krzyk, ale taki cichy
Mieszkający z moimi koszmarami
Głosy pytają mnie:
"Czujesz zagrożenie?
Przynosimy ci nadzieję i strach"
Kurcze, jak ja to lubię! Nie ma czasu tłumaczyć całego tekstu "Voices",
ani tym bardziej całej płyty, ale być może kiedyś się za to wezmę. Nie
ukrywam, że "Voices" to chyba najlepszy utwór na płycie (wespół z
"Erotomanią" - ale ona jest raczej dzieckiem Johna, choć firmuje go
cały zespół). Znakomicie przemyślany, ze wstrząsającym wokalem Jamesa,
sięgającym chwilami podniebnego orgazmu i z tą fantastyczną solowką Johna
w końcówce. Arcydzieło, na miare "Metropolis", czy nawet "Home" (z calym
szacunkiem dla "Scenes..."). I ten nieprawdopodobny klimat. Ciekawe,
ile czasu pozostało mi jeszcze zanim zorientuję się, że "Voices" to
utwór DT, a nie podniebne wizje wynikłe z mojej schizofrenii!!!
"The Silent Man". "Cichy czlowiek" - ten tytuł pasuje do całości utworu,
ale nie za bardzo do Petrucciego. Facet gra na akustyku jak należy, ale
da się odczuć, że wyrywa go trochę w stronę szybszych klimatów. Trzeba
wytrzymać te niespełna 4 minuty, żeby poszaleć w następnym kawałku. Mi
osobiście ten utwór bardzo sie podoba. Akurat świetny moment, żeby
dojść do siebie po "Voices". Symapatyczna balladka, ale nie dorównuje
tej najpiękniejszej, zamykającej album... Mimo to, bezsprzeczenie suita
"A Mind Beside Itself (Erotomania, Voices, The Silent Man)" to najlepszy
moment "Awake"!!! ODLOT.
"The Mirror / Lie". No i znowu dałem się nabrać, bo nie zorientowałem się
kiedy kończy się "Lustro", a zaczyna "Kłamstwo". Pisząc o tych utworach,
stwierdzić należy, że to typowe dreamowskie granie. Szybkie riffy, gnająca
do przodu perkusja, zapętlony basik, no i oczywiście gitara. Z tej dwójki
lepiej moim zdaniem wypada "zwierciadełko", ale tylko dlatego, że jest
bardziej zamotane. Nie tak jak "Metropolis", czy "Dance Of Eternity",
ale zawsze coś. Silną stroną "kłamstewka" jest za to gitara Johna i
perkusja Marka. I te chwile wytchnienia, kiedy pojawia się delikatne
brzmienie organów Kevina, pobrzękujące w tle, podczas gdy Petrucci
przygotowuje się do kolejnej odjechanej solówki. Tej gitary mógłbym
słuchać bez końca. Facet daje w końcówce nieziemski wykop, szkoda tylko,
że nie pociągnął tego tematu jeszcze kilka (albo najlepiej kilkanaście)
minut. Ale i tak było nieźle. Chyba jednak "Lie" jest lepsze od "lustra",
chociaż tak naprawdę te utwory nie mogłyby istnieć bez siebie.
"Lifting Shadow Off A Dream". "Cienie rozwiewające się we snach"
(to moje dość luźne tłumaczenie) zaczynają się bardzo wolno i
nastrojowo. Z początku myślałem, ze to będzie kolejna ballada, ale
do końca wcale nie jest tak spokojnie. Niby cały czas to senne tempo,
ale chłopcy próbują chociaż eksperymentować ze zmianą rytmu, nie tak
jak w "Dance Of Eternity", ale to oczywiste, bo "Dance..." jest nie do
pobicia. Fajnie brzmią organy Moora wygrywające podkład, przez chwilę
zapachniało progresją...
"Scarred". Zaczyna się jakby to był utwór grany przez Roberta Frippa z
King Crimson, ale John szybko wraca do swojego stylu. "Pokiereszowany"
(co za dziwny tytuł) to kolejny utwór, który poznałem najpierw w wersji
koncertowej. Zwrotki takie sobie (nie mówie, że złe, ale...) za to referen
fajny. Robi się ciekawiej kiedy Petrucci zaczyna przyspieszać, wygrywając
coraz szybciej kostkowany podkład i... znowu spowolniony refrenik. Potem
niespodziewana zmiana tempa, przyspieszenie i znowu spowolnienie. Kurcze,
naprawdę fajnie się tego słucha. Przy takiej muzyce nie można sie nudzić.
Czekam na eksplozję Johna. Jest, jest!!, jest!!! Graj chłopie, graj
to jeszcze!!! Petrucci kombinuje jak trzeba. Kilkuminutowa solówka
w "Scarred" to miód dla uszu. Ale znowu za krótko!!! John, chłopie,
popraw się. Wyrzuć zespół i graj sam!!! Dobra, dobra, ktoś w końcu musi
mu trzymać rytm na perkusji, no i podgrywać trochę na klawiszach, a i
basu trochę by się przydało i w wolnych chwilach jakiś wokal. I właśnie
kiedy Moore gra swoja niezbyt skomplikowaną solówkę, ktoś wpadł na pomysł,
żeby wyciszyć utwór. Zbrodnia w biały dzień!!!
"Space Dye Vest". Dobra, przyznaję się, że ten kawałek kopie mnie jak
mało który. Ale to przez moją flojdowską przeszłość. Jeżeli mieliście
kiedykolwiek okazję posłuchać pierwszych płyt flojdów, szczególnie
"Saucerful Of Secret", to wiecie o co mi chodzi. Jest tam taki kawałek
"Let There Be More Light", który pasuje mi do tej układanki jak
żaden. Po pierwszym przesłuchaniu "Awake" oddałem pokłon kompozytorskim
umiejetnosciom Moora. Jego gra na klawiszach, może niezbyt imponująca
pod względem technicznym, eksploduje prawdziwym pięknem i poezją właśnie
w tym utworze. To progresja na 100%. Melodia najbardziej przypomina
mi starych Flojdów, a fortepian tych Flojdów z okresu "The Wall". Piękne,
choć trochę nietypowe zakończenie "Awake", płyty która nie może równać
się ze "Scenes" (bo z nią nic nie może się równać!!!), ale płyty która
jak na tamte czasy tchnie prawdziwą świeżością, polotem, melodyjnością
i nieprawdopodobnym klimatem. W skali od 1 do 10, daję jej 9.
autor: Krzysiek "Loffo"
Uwaga!
Nie zgadzasz się z autorem recenzji? Uważasz, że ocena
płyty jest za wysoka lub za niska? Sądzisz, że jesteś
w stanie opisać ten album lepiej? Spróbuj swoich sił, napisz
własną recenzję
i wyślij do nas!
| Lubisz tę plytę? Zobacz recenzje:
|
Dodaj swój komentarz!
|
|

| materiały dotyczące zespołu:
|
|