Jak oceniasz tę płytę?
| ocen "plus": |
88% |
| liczba ocen: |
60 |
|
|
|
| recenzje płyt, wybierz literę:
|
0-9
A
B
C
D
E
F
G
H
I
J
K
L
M
N
O
P
Q
R
S
T
U
V
W
X
Y
Z
| recenzja: Galahad "Sleepers"
|
Nazwa zespołu: Galahad
Tytuł płyty: "Sleepers"
| Utwory: |
Sleepers; Julie Anne; Live and Learn; Dentist Song; Pictures of Bliss; Before After and Beyond; Exorcising Demons; Middleground; Amaranth |
Wydawcy: Avalon Records
Rok wydania: 1995
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 8
Intryguje już okładka, na której widnieje piękna i nieziemsko spokojna
twarz. Twarz należąca prawdopodobnie do dziewczyny pochodzącej z Europy
Wschodniej. Zdjęcie zostało zrobione w kostnicy... czy już przeszedł
wam po krzyżu dreszcz? Porównania do Laury Palmer wcale nie będą
niedorzeczne. Załóżmy jednak, że nazywała się Julie Anne (choć to mało
prawdopodobne). Jest na płycie piosenka "Julie Anne". Opowiada o osobie,
którą bardzo kiedyś kochaliśmy, na której bardzo nam zależało. Lecz
nie ma jej teraz wśród nas i zastanawiamy się, co mogło się z nią stać.
Przepiękna "Julie Anne" przypomina odrobinę "Cliche" z pierwszej solowej
płyty Derecka Dicka znanego lepiej pod pseudonimem Fish. To za sprawą
powtarzającego się nieustannie motywu gitarowego. "Angelic smile on
your pretty face". Kolejne zwrotki są poprzetykane jednostajnym solem
gitarowym bądź klawiszowymi plamami. Słuchając tej pieśni przymykam oczy,
zaczynam delikatnie się kiwać, a na me usta wypływa uśmiech. Z czasem
tak rozkwitły jak maki na drugiej stronie koperty.
Teraz czas na parę wyjaśnień. Galahad jest brytyjskim
zespołem neoprogresywnym (czy jak go tam zwali). Bynajmniej nie
regresywnym. Jedno z nielicznych dzieci Marillion, które wyrosło na
zdrowego osobnika. Utrzymuje wysoki poziom praktycznie bez przerwy. Płyta
ma w sobie wszystko to, za co kocha się ten rodzaj muzyki. Długie
instrumentalne pasaże, nieoczekiwane zmiany tempa, patos a nawet
brzmienie. Brzmi jak produkcje z lat 70-tych nie będąc ni trochę
archaiczną. Spokojnie lokuje się w naszych czasach. Wizytówką całości
niech będzie utwór "Sleepers", chyba najlepszy fragment wydawnictwa. I
choć na samym początku zespół zamieścił takie cudo, to o resztę wcale
nie należy się martwić. Słucha się doskonale, co raz wyłaniając kolejne
perełki. 12 minut tytułowego utworu przepełnione jest pięknem i cudownymi
pejzażami zmieniającymi się jak w kalejdoskopie. Za pomocą dźwięków
budowany jest spektakl. Widzę jak przesuwają się po ekranie, tworząc
niesamowite zjawisko. Najbardziej czaruje gitarzysta, który momentami
wygrywa przepiękne solówki (absolutnie nie będące wtórnymi). Chwilę
potem atakuje niemalże metalowym brzmieniem i stylem gry. Stało się to
już normą dla współczesnych zespołów rockowych. Nie każdy jednak potrafi
to należycie zaserwować. Czy w ogóle zagrać, jak współczesny Marillion...
Każda z kompozycji ma wstęp, odpowiednie rozwinięcie i dopracowane
zakończenie. Nie czuje się niedosytu, a jedynie chęć kolejnego
przesłuchania. Dłuższe suity poprzetykane są krótszymi formami
doskonale rozładowującymi napięcie. Przygotowują słuchacza na nadejście
kolejnej porcji dźwięków. Jednak to dłuższych kompozycji jest na
płycie przewaga. Druga co do długości pieśń umieszczona jest na samym
końcu. Mowa o "Amaranth", przepięknie rozkwitającym numerze, w którym
pobrzmiewają dyskretne echa genesisowskiego "Baranka" (najlepiej słyszalne
w instrumentalnej impresji). Wraz z końcem utworu jesteśmy pewni jednej
rzeczy. Jeszcze nie raz posłuchamy tego wydawnictwa. Wrócimy do niego.
Echa jak to echa - odbijają się czasem. Głównie ...arillion i ...enesis.
Jednak przyrządzone i podane w odpowiedni sposób. Czyli zarzutu brak. Ja
bawię się bardzo dobrze trafiając na ciekawą kalkę dźwiękową. Odstawać od
reszty może jedynie "Dentist Song", gdzie ...arillion daje się aż nazbyt
we znaki. Reszta w porządku.
Warty wyróżnienia jest również "Exorcising Demons". Opowiada o Franku
Becku, człowieku który przez wiele lat maltretował dzieci. Kolejna
perła na płycie. Bardzo umiejętnie skryta. W którymś momencie grupa
zaczyna pogrywać niczym Iron Maiden. Kolejny dynamicznie zróżnicowany
utwór. Na dodatek bardzo hipnotyczny. Sprawa musiała wstrząsnąć Stuartem
Nicholsonem, skoro padają słowa: "Wolałbym widzieć cię martwym".
Album nie tylko dla Julie Anne. Nie boję się stawiać go na półce obok
wiekopomnych dzieł Marillion czy obok tych, dzięki którym Marillion taką
a nie inną muzykę wykonywali.
PS. Wokalista Stuart Nicholson posiada barwę głosu podobną do
Fisha. Nieprzypadkowo brany był pod uwagę w trakcie poszukiwań zastępcy
na jego miejsce w grupie. Ostatecznie do zespołu nie trafił, dzięki
temu możemy dziś słuchać nagrań Galahad.
autor: Tomasz Klimkowski
Uwaga!
Nie zgadzasz się z autorem recenzji? Uważasz, że ocena
płyty jest za wysoka lub za niska? Sądzisz, że jesteś
w stanie opisać ten album lepiej? Spróbuj swoich sił, napisz
własną recenzję
i wyślij do nas!
Dodaj swój komentarz!
| |
uwielbiam ich
NataliaK (gość, IP: 194.204.152.*), 2009-06-18 14:06:59
| odpowiedz | zgłoś
bardzo bardzo ta płyta wpadła mi w serce... do dziś ją tam mam!
|
|
|

| materiały dotyczące zespołu:
|
zespół: Galahad
"Sleepers"
autor: Tomasz Klimkowski
|
|