Jak oceniasz tę płytę?
| ocen "plus": |
74% |
| liczba ocen: |
359 |
|
|
|
| recenzje płyt, wybierz literę:
|
0-9
A
B
C
D
E
F
G
H
I
J
K
L
M
N
O
P
Q
R
S
T
U
V
W
X
Y
Z
| recenzja: HIM "Razorblade Romance"
|
Nazwa zespołu: HIM
Tytuł płyty: "Razorblade Romance"
| Utwory: |
I Love You (Prelude to Tragedy); Poison Girl; Join Me in Death; Right Here in My Arms; Gone With the Sin; Razorblade Kiss; Bury Me Deep Inside Your Heart; Heaven Tonight; Death Is In Love With Us; Resurrection; One Last Time |
| Wykonawcy: |
Ville Hermanni Valo - wokal; Mige Amour - gitara basowa; Lily Lazer - gitara; Zoltan Pluto - instrumenty klawiszowe; Gas Lipstic - instrumenty perkusyjne |
Wydawcy: BMG Entertainment
Rok wydania: 2000
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 7
Pierwszy raz z muzyką tego fińskiego zespołu zetknąłem się parę miesięcy
temu "przerzucając" w tv kanały. Zaintrygował mnie głos wokalisty oraz
jego wygląd. Ville Valo - o nim własnie mowa - wyraźnie kreowany jest
na "łamacza serc" nastoletnich panienek z dobrych domów. Nomen omen
człowiek, o którym mowa, stał się pózniej "nowym męskim symbolem seksu"
(no comment). No, ale do rzeczy...
Płyta "Rezorblade romance" (druga w karierze zespołu) zaczyna się
piosenką "I love you" (nie wiem dlaczego, ale kojarzy mi się z "I love
you do bólu" R. Chojnackiego. :). Utwór ten wpada w ucho - trzeba
przyznać - nie mogłem się od niego "opędzić" przez kilka dni. Idziemy
dalej. "Poison girl" - następny potencjalny hit - czego jak czego,
od hitów na tej płycie roi się jak od mrówek. Dalej "Join me in death"
z delikatnym, uspokajającym pianinkiem w tle. Już widzę oczami wyobraźni
te wszystkie zakochane pary "pląsające" w rytm tego kawałka. Następnie
mamy "Right hear in my arms" - drugi (pewnie nie ostatni) singiel -
jak dla mnie zupełnie przeciętny. Po tych paru dynamicznych utworach
czas na zwolnienie. Może jakaś ballada? Jasne, czemu nie... Przy "Gone
with the sin" drgnie serduszko niejednemu metalowemu "wyjadaczowi",
podobnie jest przy "Bury medeep inside your heart" - spokojna, wręcz
motoryczna perkusja i tak jakby galopujący w zwolnieniu bas - i znowu to
pianinko. Swoją drogą jest to najbardziej mroczny kawałek na tej i tak
nie do końca optymistycznej płycie. Później mamy jeszcze przyspieszenie,
całość standardowo w takich produkcjach kończy nastrojowa ballada ("One
last time").
Warstwa muzyczna - perkusista Gay Lipstic wybija nam proste aż do przesady
rytmy, perkusyjnej ekwilibrystyki tu nie znajdziemy. Jeśli chodzi o gitary
- mimo, że Lily Lazer gra na Gibsonie Flying V, nie ma tu miejsca dla
"szaleńczych" solówek, ale może to i dobrze, nie jest to w końcu heavy
metal tylko muzyka na pograniczu "klimatycznego" rocka. Wokal w niektórych
momentach zawodząco-wyjący, nie przeszkadza nam. Jeśli chodzi o teksty -
traktują o "ciemnej stronie miłości", śmierci etc. - czyli normalka.
Płyty, które słucha się zbyt często (czyt. "Rezorblade romance"), mają to
do siebie, że szybko się nudzą. Tak było z Guano Apes i ich "Proud like a
God" (pamięta to ktoś jeszcze?) - taki los może spotkać HIM. Nie wiem
czy to dobrze, czy źle... Z pewnością źle dla tych wszystkich "nastek",
tatuujących sobie teksty w stylu "666" oraz "Kocham Cię Szatanie"...
autor: Mariusz "Marduk" Rękas
Uwaga!
Nie zgadzasz się z autorem recenzji? Uważasz, że ocena
płyty jest za wysoka lub za niska? Sądzisz, że jesteś
w stanie opisać ten album lepiej? Spróbuj swoich sił, napisz
własną recenzję
i wyślij do nas!
Dodaj swój komentarz!
|
|

| materiały dotyczące zespołu:
|
|