Jak oceniasz tę płytę?
| ocen "plus": |
90% |
| liczba ocen: |
139 |
|
|
|
| recenzje płyt, wybierz literę:
|
0-9
A
B
C
D
E
F
G
H
I
J
K
L
M
N
O
P
Q
R
S
T
U
V
W
X
Y
Z
| recenzja: Tony Iommi "Iommi"
|
Nazwa zespołu: Tony Iommi
Tytuł płyty: "Iommi"
| Utwory: |
Laughing Man (In The Devil Mask); Meat; Goodbye Lament; Time Is Mine; Patterns; Black Oblivion; Flame On; Just Say No To Love; Who's Fooling Who; Into The Night |
Rok wydania: 2000
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 8
Tony Iommi po 30 latach działalności w macierzystej formacji, jako ostatni
z członków legendarnego Black Sabbath, wydał swoją solową płytę. Co
prawda gitarzysta planował nagranie takiego albumu już w 1986 roku,
jednak wtedy wytwórnia wymusiła na nim sygnowanie albumu "Seventh Star"
nazwą Black Sabbath. Tym razem Tony nie miał już takich problemów, żaden
producent albo wytwórnia nie odważyłaby się w chwili obecnej zadzierać z
ojcem chrzestnym i pośrednim twórcą wszystkich rodzajów metalu i grunge'u.
Na swoim "debiutanckim" krążku Iommi postanowił "skopiować" genialny
pomysł Carlosa Santany i zaprosił różnych wokalistów z każdym z
nich komponując po jednym utworze. Od nazwisk muzyków towarzyszących
"królowi riffów" może się zakręcić w głowie: Philip Anselmo z Pantery,
Peeter Style z Type O'Negative, Billy Idol, Ian Astbury z The Cult,
a nawet sam Ozzy Osbourne - to tylko połowa zaproszonych śpiewaków. A
nie zapominajmy, że gdzieniegdzie na gitarze udziela się Brian May,
a na perkusji w utworze z Ozzym gra nie kto inny, jak Bill Ward! I o
ile Iommi może zapomnieć o takim sukcesie komercyjnym, jaki stał się
udziałem latynoskiego mistrza gitary, to pod względem artystycznym jego
dzieło jest równie udane. W końcu bowiem wyszedł z "przeciętniactwa"
i wtórności, które cechowało ostatnie płyty Black Sabbath, a powrócił
do wielkiej formy, którą zgubił gdzieś w drugiej połowie lat 80.
Nie spodziewajcie się jednak żadnej rewolucji. Na nowym albumie wciąż
rządzą charakterystyczne riffy Tony'ego, wciąż zaskakujące swoim
"ciężarem" ("Patterns") i agresją ("Laughing Man"). Nowością jest
wykorzystanie elektronicznych sampli i automatycznych perkusji. Większość
utworów rozpoczyna się od elektronicznych wstępów, mających nadać utworom
odpowiednio mroczny klimat. I mimo że w większości przypadków sample
wzbogaciły utwory, myślę że można było spokojnie się bez nich obejść. Mnie
to po prostu nie przekonuje, wolę gdy utwór zaczyna się "tradycyjnie"
- od iommowskiego riffu i gdy nie ma w nim różnych współczesnych
pseudododatków w stylu sampli. Nieprzypadkowo największe wrażenie robią
kompozycje "tradycyjne": utrzymany w klimacie "Psycho Man" z "Reunion" -
"Who's Fooling Who" z Ozzym na wokalu oraz niezwykle drapieżny "Laughing
Man (In The Devil Mask)", gdzie Iommi raz za razem "atakuje" ostrymi jak
brzytwa dźwiękami Henia Rollinsa udzielającego się wokalnie. Natomiast
utwory "elektroniczne" ("Meat" czy "Goodbye To Lament") niewątpliwie są
dobre i mogą się podobać, ale cały ich urok zaczyna się dopiero wtedy,
gdy do akcji wkracza gitara Mistrza. Wszystkie utwory prezentują równy
wysoki poziom. Rozczarowały mnie jedynie "Time Is Mine", gdzie mimo
genialnego riffu i sola w miarę upływu czasu piosenka traci energię i
po prostu nudzi oraz kompletnie nieudany "Just Say No To Love".
Pod względem wokalnym płyta wypada znakomicie. Zresztą wystarczy spojrzeć
na nazwiska - same sławy. Wśród nich nikt nie zawiódł, wszyscy wypadają
znakomicie. Nieoczekiwaną perełką okazał się utwór z udziałem stosunkowo
mało znanego Serja Tankiana z System Of A Dawn ("Patterns"), który
popisuje się bardzo interesującym sposobem śpiewania z przeciąganiem
poszczególnych fraz. Jednakże obecność tylu wokalistów ma zawsze jedną
zasadniczą wadę - płyta traci spójność. Nie jest to jednak wada tego
"krążka", wręcz przeciwnie. Z pewnością album wypadłby mniej ciekawie,
gdyby wszystkie kawałki wykonywał jeden wokalista.
Wracając do samej muzyki, nie można nie wspomnieć o solówkach. Prezentują
one tradycyjnie wysoki poziom, a czasami ("Meat") pozytywnie zaskakują,
częściej sprawiają jednak wrażenie, że "gdzieś" już to słyszeliśmy (a
konkretnie na którymś z albumów Black Sabbath). Co ciekawe, w niektórych
utworach (np."Patterns") solówek po prostu nie ma. Wydaje mi się to co
najmniej dziwne. Czyżby Iommi uległ niezdrowej - mówmy wprost - głupocie
współczesnych zespołów, które solówek po prostu nie grają? Co prawda
już wcześniej (chociażby w "Sabbra Cadabra") Tony'emu zdarzało się nie
zagrać sola, a jego obecność nie świadczy o wartości utworu, ale brak
takowego w "Gododbye To Lament", gdzie Mistrzowi towarzyszy Brian May,
trochę denerwuję. W ogóle Brian May, mimo obecności w dwóch piosenkach,
jest tutaj prawie niezauważalny. Szkoda.
Album "Iommi" z pewnością nie zawiedzie fanów Iommiego i Black
Sabbath. Z pewnością bliżej mu do dokonań z Ozzym, niż tych z Dio, czy
Martinem. Obserwuję także niezwykłą popularność tego "krążka" u osób,
które raczej Black Sabbath się nie interesują. Mogę go z czystym sumieniem
polecić każdemu fanowi dobrego metalu. Teraz pozostaje nam oczekiwanie
na wydanie nowego studyjnego albumu Sabbath w oryginalnym składzie,
miejmy nadzieję że tym razem już bez sampli.
autor: Elwood
Uwaga!
Nie zgadzasz się z autorem recenzji? Uważasz, że ocena
płyty jest za wysoka lub za niska? Sądzisz, że jesteś
w stanie opisać ten album lepiej? Spróbuj swoich sił, napisz
własną recenzję
i wyślij do nas!
Dodaj swój komentarz!
|
|

| materiały dotyczące zespołu:
|
zespół: Tony Iommi
"Iommi"
autor: Elwood
|
|