zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku czwartek, 19 stycznia 2017

recenzja: J. D. Overdrive "Fortune Favors The Brave"

12.06.2016  autor: Verghityax
okładka płyty
Nazwa zespołu: J. D. Overdrive
Tytuł płyty: "Fortune Favors The Brave"
Utwory: Bad Karma; Born To Destroy; Funeral Stopper; Beware The Boozehound; Standing Tall; Call Of The South; Shadow Of The Beast; The Revelation; Like Heroes To The Slaughter; Hope For The Best, Prepare For The Worst
Wykonawcy: Wojtek "Suseł" Kałuża - wokal; Michał "Stempel" Stemplowski - gitara; Łukasz "Peo" Pomietło - gitara basowa; Łukasz "Joorek" Jurewicz - instrumenty perkusyjne
Wydawcy: Metal Mind Productions
Rok wydania: 2013
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 8

W muzyce jak w życiu, pewne rzeczy ulegają przewartościowaniu. Ulubione miejscówki z biegiem lat tracą blask i swój pierwotny urok, ulubione żarcie powszednieje i nie smakuje tak dobrze, jak dawniej, niektóre albumy z czasów wczesnej młodości zaczynają trącić myszką, a rozrzewnienie towarzyszące ich słuchaniu nieraz ustępuje miejsca pobłażliwemu uśmiechowi. Nie dlatego, że coś się w nich zmieniło, nic z tych rzeczy. To my się zmieniliśmy.

Jednym z przypadków takiego muzycznego przewartościowania jest dla mnie album "Sex, Whiskey & Southern Blood", pełnoprawny debiut śląskiej formacji J. D. Overdrive. Wiem, że gdyby ta płyta zagościła dziś w moim odtwarzaczu po raz pierwszy, z całą pewnością nie wystawiłbym jej tak wysokiej noty. Powodów jest kilka, jednak to nie czas i miejsce na wyliczanie jej błędów. Dość powiedzieć, że różnica między nią a jej następczynią, "Fortune Favors the Brave", jest zdecydowanie większa, niż mógłbym to odzwierciedlić w obecnej skali punktowej.

Podobno jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale na "Fortune Favors the Brave" wiosnę czynią już same kompozycje, znacznie bardziej przemyślane i dojrzałe, niż na debiucie. Panowie przeprosili się z polską sceną stonerową i odrzucili głupią łatkę, którą sami sobie nieopatrznie przypięli. Dziewięciu utworom sznytu dodaje przybrudzony miks i mastering, za który odpowiada Piotr Gruenpeter z "Satanic Audio", w moim odczuciu jeden z najlepszych i najbardziej charakterystycznych obecnie producentów muzycznych w naszym kraju. Dobry wybór, dobra zmiana.

"Fortune Favors the Brave" rozpoczyna się fragmentem komunikatu radiowego z "Nocy żywych trupów" George'a Romero, kultowego horroru z 1968 roku. Craig Charles przedstawia najświeższe doniesienia, podczas gdy Duane Jones barykaduje się w domu. Główny bohater wygląda przez okno, rozlega się cykanie świerszcza, dźwięk pracującego młotka płynnie przechodzi w nabijany przez perkusję rytm i kończy się intro "Bad Karma", a z kopyta rusza "Born To Destroy". Numerowi temu bliżej do rozbujanego rock and rolla, niż klimatów rodem z Nowego Orleanu, co nie zmienia faktu, że "Born To Destroy" to naprawdę solidny otwieracz. Szczególnie zaskakuje jego finałowa część, kiedy to tempo zwalnia, a brzmienie i wokal nabierają walcowatego ciężaru, jakiego nie powstydziłby się Kirk Windstein ze swoim Crowbar.

"Funeral Stopper" stanowi niejako kontynuację tego, co słychać na początku "Born To Destroy", z tą jednak różnicą, że tutaj gitara płynniej i z godną podziwu lekkością prowadzi słuchacza przez kolejny etap podróży. Wokale Susła rozchodzą się bardziej przestrzennie, wprowadzając szczyptę luźnej atmosfery. Koncertowy pewniak.

"Beware The Boozehound" to bez wątpienia największy przebój na "Fortune Favors the Brave". Duża w tym zasługa trzech zaproszonych do udziału gości. Spośród nich pierwsze skrzypce, czy też raczej Hammondy, gra Voltan, klawiszowiec Leash Eye. Kombinacja jego partii i gitarowych zagrywek Stempla brzmi niczym psychodeliczny rock z lat 60. na kwasie. Smaczku dodają złowieszcze wokale Rufusa, dawnego frontmana Corruption.

Zakładam, że kwas nie miał jednak nic wspólnego z pomyłką, jaka zaszła we wkładce do płyty przy numerze piątym, choć nie wykluczałbym wpływu whisky Jack Daniel's. Otóż utwór opisany na liście jako "Call Of The South" to w rzeczywistości "Standing Tall", co łatwo zweryfikować po tekście. Właściwy "Call Of The South" piastuje na liście miejsce numer sześć. Wracając jednak do "Standing Tall", mamy tu do czynienia z jednym ze słabszych kawałków na płycie. Nie jest zły, ale też niczym szczególnym się nie wyróżnia. Na tle pozostałych kompozycji sprawia wrażenie wypełniacza.

Zamieniony kolejnością "Call Of The South" jest już zdecydowanie lepszy od "Standing Tall". Więcej się tu dzieje, klimat zbacza na południe Stanów Zjednoczonych, a Suseł ściga się wokalnie z Bartonem, dawnym krzykaczem Lostbone. Pomysł z dwugłosem zdecydowanie wyszedł temu utworowi na dobre.

"Shadow Of The Beast" to mój osobisty faworyt na "Fortune Favors the Brave" i najbardziej płomienny romans J. D. Overdrive ze stoner i doom metalem. Ta trwająca niespełna siedem minut bestia mozolnie toczy się do przodu, zgniatając wszystko na swojej drodze. Wolne tempa, malująca piaszczyste pejzaże gitara i gniewne wokale. W tej kompozycji nie ma ani jednego niepotrzebnego dźwięku.

Po "Shadow Of The Beast" muzycy J. D. Overdrive ponownie wrzucają słuchacza do kolejki górskiej, tym razem za sprawą "The Revelation". Mimo nagłej zmiany muzycznego charakteru jest to jedno z lepszych dokonań na krążku. Dominują rozbuchane riffy, przy których nóżka sama chodzi. Kolejny koncertowy strzał. Przy okazji "Like Heroes To The Slaughter" zespół powraca do swojego ulubionego amerykańskiego stand-upowca, nieżyjącego już Billa Hicksa - utwór rozpoczyna i wieńczy fragment jego występu z trasy "Revelations". Sam numer to na przemian szybsze i wolniejsze tempa, a także jeden z lepszych popisów wokalnych Susła w historii formacji.

W zasadzie nie miałbym nic przeciwko, gdyby "Like Heroes To The Slaughter" był ostatnim utworem na "Fortune Favors the Brave". Byłoby to idealne zakończenie. Tymczasem album zamyka "Hope for the Best, Prepare for the Worst", niezbyt składna kompozycja, brzmiąca jak zlepek kilku niepasujących do siebie elementów.

Pomijając "Standing Tall" i "Hope for the Best, Prepare for the Worst", drugi longplay studyjny J. D. Overdrive to kawał solidnego materiału, który wchodzi dobrze już przy pierwszym odsłuchu. I wiem, że w przeciwieństwie do "Sex, Whiskey & Southern Blood" będę do niego wracał jeszcze nieraz.

Komentarze
Dodaj komentarz »