zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku czwartek, 21 września 2017

recenzja: Kenziner "The Prophecies"

18.02.2000  autor: Rafał "Negrin" Lisowski
okładka płyty
Nazwa zespołu: Kenziner
Tytuł płyty: "The Prophecies"
Utwory: Live forever; The Razor's Edge; Through The Fire; Trail Of Tears; Race With Time; Eternity; Dimensions; Like A Paradise; Lost In A Fantasy; The Prophecies
Wydawcy: Limb Music Products, Mystic Production
Rok wydania: 2000
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 7

Heavy metal o dużej przestrzeni i barokowym charakterze - tak w pigułce można określić drugą płytę tej młodej, progmetalowej (zdaniem autora dołączonej do promocyjnej płyty biografii) formacji. Gdybym miał po przesłuchaniu albumu zgadywać skąd pochodzi zespół, bez namysłu celowałbym w Niemcy. I tu niespodzianka, bowiem "The Prophecies" jest dziełem czwórki Finów. Nagrane i wyprodukowne zaś zostało w USA.

Gdy we wspomnianej biografii przeczytałem, iż styl gry gitarzysty (i mózgu zespołu) Jarno Kaskinena przywodzi chwilami na myśl Mozarta, Vivaldiego i Beethovena, pomyślałem "Akurat! Ot, promocyjne gadanie". Tym czasem jest w tym twierdzeniu sporo prawdy! Najbardziej charakterystyczną cechą muzyki Kenzinera są ultraszybkie, kunsztowne i - jak już właśnie wspomniałem - barokowe solówki gitarowe. Jednocześnie w tle wciąż słychać instumenty klawiszowe, utrzymane w tym samym duchu, a brzmieniu... klawesynu. Partie te, autorstwa młodziutkiego, 19-letniego Mikko Harkinena, grającego na pianinie od wczesnego dzieciństwa, także osiągają zawrotne prędkości. Często zaś oba instrumenty współgrają ze sobą tworząc pasjonujące unisona. Czasami klawisze wspomagają solo gitarowe, czasem zaś jest odwrotnie.

Materiał zasadniczo sklasyfikować trzeba by jako heavy/power metal. Nad płytą unosi się bez wątpienia duch wielkich tego stylu - w najszybszych momentach (np. "Eternity") - Helloween, w trochę wolniejszych - Iron Maiden. W "Trail Of Tears", jednym z wolniejszych utworów na "The Prophecies", trochę "orientalizujących" wyczułem natomiast pewne analogie do Black Sabbath. Na płycie jest też jedna "pełnoprawna" ballada - "Like A Paradise". Ona z kolei troszkę (ale tylko troszkę) pachnie mi grupą Scorpions i ich wolnymi numerami. Przydługa i smętnawa, jest jednak bodaj najsłabszą pozycją na krążku.

Co mogę zarzucić tej płycie? Dwie rzeczy. Zacznę od tej bardziej konkretnej. Jest nią wokal na "The Prophecies", utrzymany jest w klasycznym heavymetalowym stylu, pobrzmiewający tu i uwdzie gardłowymi wspomnianych zespołów (no, może poza Ozzym). Mamy sporo ("sporo" to mało powiedziane!) równie klasycznych chórków. I co jeszcze mamy? Coś, co nazwałbym... zawodzeniem, również dosyć klasycznym, choć po prostu w zbyt dużym natężeniu. Momentami Stephen Frederick "wypada z melodii", a efekty tego są dosyć rażące.

Drugi problem jest natury bardziej ogólnej. Otóż w gąszczu finezyjnych zagrywek gitarowych i klawiszowych, heavymetalowe rozwiązania bezpowrotnie tracą swój "czad", niezbędną dla takiej muzyki spontaniczność i zdolność natychmiastowego "porwania" słuchacza. "The Prophecies" po prostu troszkę brak "szczerości". Mniej więcej od połowy płyty zagrywki zaczynają się "osłuchiwać", przestają aż tak fascynować. Zdajemy sobie w pewnym momencie sprawę z tego, iż muzycy ogrywają wciąż podobne patenty. Cóż, jak barok, to barok - bez pewnego przerostu formy nad treścią się nie obejdzie.

W ogólnym rozrachunku Kenziner ze swą płytą wypada dobrze. Jest w stanie zaciekawić zwolenników heavy/power, jednocześnie ich nieco zaskakując, a może nawet intrygując. Podobnie może z wielbicielami wzorowej techniki instrumentalnej. Sądzę, że zespołowi należy się trochę większy rozgłos. Żeby tylko nie osiadał na laurach i tchnął w swą muzykę więcej szczerej energii, byłby być może wielki.

Komentarze
Dodaj komentarz »