Jak oceniasz tę płytę?
| ocen "plus": |
75% |
| liczba ocen: |
80 |
|
|
|
| recenzje płyt, wybierz literę:
|
0-9
A
B
C
D
E
F
G
H
I
J
K
L
M
N
O
P
Q
R
S
T
U
V
W
X
Y
Z
| recenzja: Marillion "Marillion.com"
|
Nazwa zespołu: Marillion
Tytuł płyty: "Marillion.com"
| Utwory: |
A Legacy; Deserve; Go!; Rich; Enlightened; Built-in Bastard Radar; Tumble Down The Years; Interior Lulu; House |
Wydawcy: Castle Music
Rok wydania: 1999
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 5
Oj, za szybko. Ten kultowy niegdyś zespół chyba troszkę zbyt często
zaczął wydawać kolejne albumy. Obawiam się, że znajduje to odbicie w
nienajlepszej jakości kompozycji, które znalazły się na najnowszym jak
dotąd studyjnym albumie Marillion. Dobrych, własnych pomysłów jest jakby
coraz mniej, a coraz więcej zapożyczeń od współcześnie grających młodych
zespołów, takich jak np: Radiohead. Zespół, korzystając z pomysłu swego
starego wokalisty, zaprosił tym razem również między innymi Stevena
Wilsona z Porcupine Tree do pomocy przy miksowaniu płyty.
Co na płycie? Rozpoczynamy utworem "A Legacy". Najpierw spokojny wokal,
ale później wykorzystanie rodzaju wokodera. Ten utwór w niczym nie
przypomina starego Marillion. Czasami miałem wrażenie (przy partiach
wokalnych), że słucham The Beatles. Bardzo gwałtowne zmiany nastroju,
bardzo nowocześnie zaaranżowany. Średnio skomplikowana partia gitary nie
porywa. Raczej za dużo perkusji, basu i klawiszy, choć fakt zastosowania
organów Hammonda należy zapisać na plus. W kolejnej kompozycji "Deserve"
pojawia się sekcja dęta (saksofon) z całkiem fajną solówką. Poza tym jest
to kolejny dynamiczny utwór, może nieco ciekawszy od pierwszego ale i tak
mało przypominający to, co Marillion grał dla nas przez lata. Tajemniczy
początek "Go!" z delikatnymi klawiszami i gitarą. Hogarth śpiewa wyjątkowo
spokojnie. Czyżby jednak wreszcie coś w stylu Marillion? Chyba tak. Powoli
pojawiaja się coraz więcej wspaniałej gitary Steve'a Rothery, coraz więcej
klimatu, jakiego fan Marillion mógłby oczekiwać po zespole. Następny -
"Rich" to, jednym słowem, przebój. Sporo w nim energii, ale mnie osobiście
średnio się podoba. Odnoszę wrażenie, że Hogarth próbuje być kimś,
kim nie jest. Za bardzo chce odejść od stylu, w jakim śpiewał do tej
pory w zespole. Solówka gitarowa zupełnie nie przekonuje. "Enlightened"
to znowu spokojny początek, który zapowiada kolejną propozycję bardziej
marillionową. Mimo wszystko jednak nie zachwyca. Solówka gitarowa zbyt
dobra jak na całość kompozycji, przypomina nieco karmazynowy klimat. Nieco
mocniejsze wejście gitary w "Built-in Bastard Radar", o brzmieniu
coraz bardziej ostrym i zaskakującym. Znowu zastosowany przetwornik
wokalu. Naprawdę nie rozumiem po co. Hogarth śpiewa idealnie i naprawdę
nie potrzebuje tego urządzenia. "Tumble Down The Years", to, zdaje się,
najładniejsza kompozycja na płycie. Ta piosenka przypomina nam o latach,
kiedy nie było powodów krzywić się nad dokonaniami Marillion. Typowa
dla zespołu melodia, bardzo przyjemne brzmienie klawiszy, gitara niczym
nie "zanieczyszczona" no i Hogarth śpiewa bardzo naturalnie. Do tego
utworu Steve Rothery mógł się bardziej przyłożyć, ale i tak jest całkiem
dobrze. Wolny początek "Interior Lulu" zagrany jest za pomoca basu i
perkusji, do których dołączają spokojne klawisze i gitara. Zapowiada
się jednak znowu dość egzotycznie i mało marillionowo. Po chwili jednak
utwór okazuje się lepszym niż się wydawało. Głównie za sprawą gitary i
klawiszy, które od czasu do czasu potrafią stworzyć to "coś". Kolejne
zabrudzenie wokalu przetwornikiem można przeboleć. To jednak utwór
bardzo długi. Tutaj postanowił popisać się swoimi umiejętnościami również
Mark Kelly, ale według mnie nie wyszło mu to zbyt pięknie. Gitara broni
się dużo lepiej. Na tym albumie jedynie ten instrument powoduje, że nie
spiszę jeszcze "Marillion.com" na straty. Ogólnie mówiąc, ta kompozycja
nie zasługuje jednak na porównanie z równie długimi arcydziełami jak
"Grendel" czy "This Strange Engine". Ostatni, zamykający płytę "House",
również bardzo długi. Tu jednak jego bardzo oniryczny charakter powoduje,
że jeśli przy słuchaniu płyty dotrwaliśmy do niego, to tym bardziej
wysłuchamy albumu do końca. Kompozycja, w której co prawda nie ma nic, co
powalałoby na kolana, jednak klimat, zapożyczony wyraźnie od kameralnych
ballad George'a Michaela, jest jak najbardziej znośny dla wysublimowanego
ucha. Ciekawe partie trąbki.
Album z całą pewnością uderza swoją świeżością. Ale czy na pewno to, co
świeże, jest zawsze dobre? Jeżeli zespół zamierza za pomocą rewolucyjnych
jak na Marillion rozwiązań muzycznych zdobyć znudzoną rockiem progresywnym
część słuchaczy, to być może w jakimś, mniejszym czy większym stopniu,
mu się to uda. Jeśli jednak chce zatrzymać przy sobie starych fanów, to
nie wolno im wydawać więcej takich płyt. Na każdej płycie Marillion był
przynajmniej jeden taki fragment, że aż ciarki rozkoszy przechodziły po
całym moim ciele. Tutaj z przykrością muszę stwierdzić, że nic takiego
nie poczułem. Nawet pomoc Stevena Wilsona przy tworzeniu albumu nie była
tu chyba na najwyższym poziomie, ale możliwe również, że nie był on i
tak w stanie nic zrobić z kompozycjami, które dostał do zmiksowania. Po
wielokrotnym przesłuchaniu płyty nie jestem w stanie zdobyć się na wysoką
ocenę, ale będąc zawsze niepoprawnym optymistą, liczę na więcej na
następnym albumie Marillion.
autor: Przemysław Semik
Uwaga!
Nie zgadzasz się z autorem recenzji? Uważasz, że ocena
płyty jest za wysoka lub za niska? Sądzisz, że jesteś
w stanie opisać ten album lepiej? Spróbuj swoich sił, napisz
własną recenzję
i wyślij do nas!
Dodaj swój komentarz!
|
|

| materiały dotyczące zespołu:
|
|