Jak oceniasz tę płytę?
| ocen "plus": |
96% |
| liczba ocen: |
255 |
|
|
|
| recenzje płyt, wybierz literę:
|
0-9
A
B
C
D
E
F
G
H
I
J
K
L
M
N
O
P
Q
R
S
T
U
V
W
X
Y
Z
| recenzja: My Dying Bride "The Dreadful Hours"
|
Nazwa zespołu: My Dying Bride
Tytuł płyty: "The Dreadful Hours"
| Utwory: |
The Dreadful Hours; The Raven And The Rose; Le Figlie Della Tempesta; Black Heart Romance; The Cruel Taste Of Winter; My Hope The Destroyer; The Deepest Of All Heart; Return To The Beautiful |
| Wykonawcy: |
Aaron "Aaron" Stainthorpe - wokal; Andrew Craighan - gitara; Hamish Glencross - gitara; Adrian "Ade" Jackson - gitara basowa; Shaun Steels - instrumenty perkusyjne; Yasmin Ahmid - instrumenty klawiszowe |
Wydawcy: Peaceville Records
Rok wydania: 2001
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 6
Początek lat 90. - zmienił zupełnie obraz muzyki metalowej. W jej obrębie znalazły się zespoły, które parę lat wcześniej byłyby kompletnie niezrozumiałe dla metalowej publiczności - z powodu stylistyki, która czerpać zaczęła z zupełnie innych źródeł, takich jak ambient, elektronika, czy muzyka współczesna. Impulsem do zmian stała się legendarna już płyta szwajcarskich awangardzistów z Celtic Frost - album "Into The Pandemonium". Na tym krążku usłyszano operowe wokale, symfoniczne instrumenty i w końcu pewną dawką ambient- elektronicznej awangardy.
Pierwsze albumy i EPki My Dying Bride wydawały się czerpać z podobnego ducha, zawierały również surową muzykę, która okraszona brzmieniem smyczków i szczyptą elektroniki podobnie wymykała się jednoznacznym interpretacjom. Posiadała dodatkowo specyficzny klimat, który dodawał jej uroku. Po drugim pełnoczasowym albumie "Turn Loose The Swans", będącym ukoronowaniem muzycznego rozwoju i oryginalności, Brytyjczycy zaczęli kręcić się w kółko, co kilkanaście miesięcy wypuszczając w świat podobnie brzmiące albumy. Wyjątkiem był jedynie "34,788... Complete", próbujący unowocześnić charakterystyczne już brzmienie grupy. Lecz był to eksperyment wedle członków kapeli nieudany, gdyż spowodował niepokój niektórych fanów. Więc kolejną płytą "The Light At The End Of The World" grupa powróciła na łono posępnego doomu, przywracając nawet zagubiony gdzieś po drodze brutalniejszy sposób śpiewania Aarona.
Poprzedni album był raczej nudnawy, tym razem jest nieco lepiej, lecz panie i panowie - bez żadnych fajerwerków, grupa gra tak samo, w tym samym stylu i poświęcając swoją uwagę w tekstach tym samym problemom. To w takim razie czym "Dredziarskie Godziny", jak kiedyś w przypływie lingwistycznego humoru przetłumaczyłem powyższy tytuł, różnią się od swojej poprzedniczki, skoro to podobny album? Tym razem w niektórych momentach brzmienie jest jakby łagodniejsze, na przykład w "La Figlie Della Tempesta", gdzie główną rolę odgrywa bas, natomiast schowana gitarowa melodia przypomina, i to nawet bardzo, główny motyw z "The Cry Of Mankind", tylko zagrany w innym tempie. Z kolei w utworze "The Raven And The Rose" może intrygować gra drugiej gitary, która na tle charakterystycznego, ciężkiego riffu, brzmi brudno, wygrywając nieharmoniczne zlepki dźwięków. Właśnie są na tym albumie fragmenty jakby przybrudzone, brzydkie, których na poprzedniej płycie nie było, są jakieś zawieszenia wypełnione niepokojącymi, niemuzycznymi brzmieniami, których w twórczości My Dying Bride nie słyszało się od czasów "Turn Loose The Swans".
I mógłby to być jeden z lepszych, choć oczywiście zostający daleko w tyle za wczesnymi dokonaniami, album Anglików, gdyby nie jeden, chciałoby się powiedzieć, mały zgrzyt. Z tym, że ten zgrzyt jest wcale potężny, trwa 14 i pół minuty. Już wszyscy wiedzą o co chodzi? Nie rozumiem, jaki cel każe zespołom nagrywać nowe wersje starych utworów, a potem umieszczać je na regularnych albumach. Od czego są minialbumy, single, w końcu płyty koncertowe, jak nie od zabiegów tego typu? Tym bardziej, że nowa wersja "The Return Of The Beautiful" (tu ze zmienionym spójnikiem) niczym nie różni się, poza lepszym brzmieniem, od starej. Tak mogą robić dinozaury, wydające płyty ze starymi przebojami, kierując je do młodzieży. Po to istnieją Abba Teens. Cholera mnie bierze, gdy widzę, że takie "autocovery" zajmują prawie jedną czwartą albumu, w miejscu, gdzie mogłaby znaleźć się nowa muzyka. No chyba, że nowej muzyki nie było, a jedynie kompleks, że kiedyś było lepiej. No i po co to było? Po co?
autor: Michu
Uwaga!
Nie zgadzasz się z autorem recenzji? Uważasz, że ocena
płyty jest za wysoka lub za niska? Sądzisz, że jesteś
w stanie opisać ten album lepiej? Spróbuj swoich sił, napisz
własną recenzję
i wyślij do nas!
| Lubisz tę plytę? Zobacz recenzje:
|
Dodaj swój komentarz!
|
|

| materiały dotyczące zespołu:
|
|