Jak oceniasz tę płytę?
| ocen "plus": |
86% |
| liczba ocen: |
76 |
|
|
|
| recenzje płyt, wybierz literę:
|
0-9
A
B
C
D
E
F
G
H
I
J
K
L
M
N
O
P
Q
R
S
T
U
V
W
X
Y
Z
| recenzja: Orgy "Candyass"
|
Nazwa zespołu: Orgy
Tytuł płyty: "Candyass"
| Utwory: |
Social Enemies; Stitches; Dissention; Platinum; Fetisha; Fiend; Blue Monday; Gender; All the Same; Pantomime; Revival; Dizzy |
Wydawcy: Elementree - Reprise / Warner Music Poland
Rok wydania: 1998
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 8
Orgy to pierwszy zespół wydany przez Elementree, wytwórnię założoną przez
członków Korn. Wbrew pozorom, nie jest to kolejna kopia tej formacji,
a całkowicie nowe i oryginalne granie, które najwięcej wspólnego ma
chyba z industrialem. Orgy to muzyka mocno elektroniczna. Klawisze
i najróżniejsze sample prowadzą praktycznie wszystkie utwory, są podstawą
większości linii melodycznych w nich zawartych. Gitary, podobnie jak
to miało miejsce np. na "Pretty Hate Machine" Nine Inch Nails,
są tutaj tylko dodatkiem, ale w odróżnieniu od wspomnianej płyty,
występują o wiele częściej i są nieporównywalnie cięższe. Wokal raczej
nie schodzi z klasycznego śpiewu, mało tu jest krzyków i jakichś
mocniejszych akcentów. Jedynymi urozmaiceniami wokalnymi są momenty,
kiedy głos zostaje przepuszczony przez różnego rodzaju elektroniczne
zabawki. Muszę przyznać że efekt jest całkiem niezły, ale mnie osobiście
najbardziej brakowało zwykłego darcia ryja :), co w muzyce granej przez
Orgy mogłoby się doskonale zadomowić. Płyta zahacza o bardzo dołujące
klimaty, wszystko przesiąknięte jest przygnębieniem, nawet "Blue
Monday", który wydaje się początkowo najradośniejszym numerem na
płycie, po kilkunastu sekundach wbija w ziemię atakiem ciężkich gitar.
Płytę otwiera "Social Enemies", wolny, dość długi i nadziany
elektroniką utwór z ciekawymi wstawkami wokalnymi między zwrotkami
("Slave here to save the freaks again"). Ten numer
bardzo mi się podoba, ale trzeba kilka razy posłuchać, żeby go
docenić. "Stitches" to powoli rozkręcający się wałek z ciężkimi
gitarami w refrenach, kojarzącymi mi się z dokonaniami Marilyn Manson
na "Mechanical Animals". "Dissention" to przede wszystkim
niesamowicie szybki i pomysłowy początek. Dalej także jest ciekawie,
według mnie na wyróżnienie zasługuje tutaj sugestywna gra gitar: nie jest
ich za dużo i nie wysuwają się na pierwszy plan, ale znakomicie dopełniają
wokal Gordona. W kolejnym utworze, o nazwie "Platinum", wychwyciłem
dużo podobieństw (nie jeden raz, jak się później okaże) do Marilyn
Manson: zarówno w sferze muzycznej, jak i wokalnej słychać tutaj dużo
z "Mechanical Animals". "Fetisha" to kolejny wolny numer,
choć w refrenach nabiera szybszego tempa i większej dzikości. Znakomita
jest końcówka, kiedy przebłyskujące w tym numerze gitary wreszcie
dochodzą do głosu, tworząc niesamowity klimat nadchodzącej zagłady (tak
to odebrałem :). Zamykający pierwszą część płyty, "Fiend" jest
zdecydowanie szybszy od swoich poprzedników. Kolejny raz muszę pochwalić
gitarzystów, nie wpierdalają się między wódkę a zakąskę, tylko stoją
gdzieś z tyłu i komponując się ze śpiewem wokalisty, znakomicie dopełniają
linię melodyczną (nasuwającą zresztą skojarzenia z "Posthuman"
Marilyn Manson). Następny w kolejce jest Blue Monday, cover zespołu
New Order (tak mi się wydaje), utwór od którego zaczęła się moja cała
przygoda z Orgy. Miałem okazję słyszeć (a raczej widzieć, bo były to
wideoklipy) obie wersje tego kawałka i muszę przyznać że Orgy wypada tu
nieco lepiej (głównie ze względu na niesamowite gitary). Główna linia
melodyczna nasuwa skojarzenia z jakimś dyskotekowym pseudo-bandem,
ale wspomniane gitary rozwiewają wątpilowści, do której szufladki to
zakwalifikować. Mój pierwszy faworyt z tej płyty. "Gender"
to kolejny bardzo elektroniczny numer, wyróżniający się ogromnym
bogactwem dzwięków. "All the Same" nie wywarło na mnie żadnych
konkretniejszych wrażeń, inaczej jest natomiast z "Pantomime",
który charakteryzuje bardzo melodyjny, dołujący, ale z drugiej strony
porywający refren. Skojarzenia z ostatnim Mansonem bardzo na miejscu. Nie
wiem czy to celowe, ale początek "Revival" do złudzenia przypomina
klasyczne "Wild Thing" The Troggs. Krótkie elektroniczne przejście
i włączenie się gitar rwanych w krótkich riffach zmienia jednak całkowicie
oblicze tego numeru. Gdyby nie syntezatory, mógłbym powiedzieć, że
ten utwór zagrał Korn, zresztą Jonathan Davis pojawia się w refrenach,
podkreślając swoim głosem niepowtarzalną atmosferę wałka. Połączenie
dwóch całkiem różnych wokaliz wyszło temu numerowi na dobre, zresztą jest
to jeden z moich faworytów. Płytę zamyka "Dizzy" (był kiedyś taki
jajowaty stworek :), najdziwniejszy i chyba najbardziej dołujący utwór na
płycie. Gordon śpiewa tu zupełnie inaczej, niż do czego przyzwyczaił nas
przez jedenaście kawałków, w bardzo chorym refrenie pojawia się wreszcie
krzyk. Kolejny raz nasuwa mi się tu skojarzenie z Marilyn Mansonem, ale
dla Gordona powinien to być komplement.
Wydaje mi się, że na następnej płycie, powinno być więcej takich numerów,
więcej psychodelicznych wokaliz, a na pewno im to wyjdzie na dobre. Płyta
jest bardzo trudna w odbiorze, nawet ja, mający w pamięci wiele tego typu
kapel, miałem problemy z zaadoptowaniem niektórych utworów. Nie polecam
jej nikomu, kto nie lubi elektronicznej muzy, gdyż nie wytrzyma nawet
do środka płyty. "Candyass" będzie za to znakomitym kąskiem dla
ludzi lubiących połączenie dołujących klimatów ala Korn (z pierwszej
płyty oczywiście) i takich tuzów industrialnego grania jak Nine Inch
Nails, Filter czy Marilyn Manson. Pierwsza płyta ze stajni Elementree
to prawdziwa perełka. Na 23 lutego zapowiadana jest premiera kolejnego
albumu - tym razem uderzy w nas Videodrone. Już zacieram ręce.
autor: Kornik
Uwaga!
Nie zgadzasz się z autorem recenzji? Uważasz, że ocena
płyty jest za wysoka lub za niska? Sądzisz, że jesteś
w stanie opisać ten album lepiej? Spróbuj swoich sił, napisz
własną recenzję
i wyślij do nas!
Dodaj swój komentarz!
|
|

| materiały dotyczące zespołu:
|
|