Jak oceniasz tę płytę?
| ocen "plus": |
37% |
| liczba ocen: |
8 |
|
|
|
| recenzje płyt, wybierz literę:
|
0-9
A
B
C
D
E
F
G
H
I
J
K
L
M
N
O
P
Q
R
S
T
U
V
W
X
Y
Z
| recenzja: United States Of Mind "Silver Step Child"
|
Nazwa zespołu: United States Of Mind
Tytuł płyty: "Silver Step Child"
| Utwory: |
Beneath The Low; Silver Step Child; Believe It Or Not; The Time Of Our Lives; It's All Over Now; Kiss The Sun; The Weird And The Wonderful; Terrorphobiac; The Other Side Of Paradise; That Paranoia Thing |
Wydawcy: Massacre Records / Metal Mind Productions
Rok wydania: 2000
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 6
United States Of Mind to side-project panów z zespołu o nazwie Balance Of
Power. Taką informacją uraczył mnie na wstępie newslettera wydawca. Nic
mi to nie mówi, ale trudno. Sam wydawca określa tę muzykę jako rock -
i chyba słusznie.
Jak można się domyślać, kapela powstała w 1997 roku, choć pewien być nie
mogę - jest to jedyna data podana w biografii. Niestety, nie przeskoczę
bariery braku informacji...
USM to Tony Ritchie (wokal/bas), Pete Southern (gitary) i Lionel
Hicks. Słychać, że są to zawodowcy, ale tylko rzemieślnicy - trudno mi
nazwać ich artystami. Produkował materiał niejaki Dennis Ward z Pink
Cream 69, co można by uznać za swoistą rewelację, gdyby nie...
Właśnie: tu pierwsza uwaga krytyczna. Może się czepiam, ale produkcja nie
jest dla tej muzyki najlepsza. Przede wszystkim zaskoczyło mnie, że na
okładce wymieniony jest perkusista. Bębny brzmią, jakby grał automat (fakt
- zaprogramowany na poziomie Samaela, ale jednak automat). Najwyraźniej
przy nagrywaniu garów panowie podłączyli się do całej masy elektroniki,
co dało, niestety, taki efekt. Nawet blachy gadają elektronicznie. W
Samaelu mi to nie przeszkadza - tu tak. Oprócz garów można się przyczepić
do wszystkiego - klawisze brzmią jak z trackera, wiosła - dobrze, ale
tylko, jeżeli grają unisono z basem... To jest jedyny aspekt brzmienia,
który mnie satysfakcjonuje. Natomiast dobrze jest wykonany miks - wszystko
jest czytelne i z tego punktu widzenia dobrze się płyty słucha.
Co do samej muzycznej zawartości płytki - wydawca ma rację. Jest to
szeroko pojęty rock w jego cięższej postaci. Pierwsze skojarzenia to
Malmsteen, Faith No More, Alice in Chains (szczególnie ze względu
na wokale, ale też czasem i grę wioseł), Poison i inne tego typu
słodkości. Jeżeli pierwsze trzy skojarzenia można w moich ustach uznać
za komplement, to trzecie takim na pewno nie jest.
Niestety, USM nie dostaje do towarzystwa. Nie jest to płyta zachwycająca
fajerwerkami technicznymi, harmoniami czy melodyką. To generalnie
proste granie w schematach kojarzących się z Zachodnim Wybrzeżem USA,
czasem Bay Area (ale to jest dalekie skojarzenie), chwilami niemieckie
power/heavy. Silne są wpływy grunge spod znaku Alice In Chains. Wokalista
oscyluje między manierą helloweenową i alice'ową.
Przejdźmy do szczegółów. Dwa najostrzejsze kawałki ("Beneath The Low" i
"Terrophobiac") zalatują czasem nawet Testamentem (szkoda tylko, że tym z
"Ritual", a nie "Souls Of Black"). Pojawiaja się też jednakże nieznośny
power metalowy, czy glam rockowy różowy lukier, który sprawdza się
może w Poison, Bon Jovi, Def Leppard, czy Helloween, ale nie tu. Takimi
są kawałki: "Believe It Or Not", "It's All Over Now". Ten ostatni
utwór zabił mnie jednak klimatem jak z piosenki dla dzieci. Takich
dziwnych, moim zdaniem, pomysłów jest więcej: refren w "The Time Of
Our Lives" dochodzi do granic popu, wspomniany przed chwilą "It's All
Over Now" podjeżdża Brianem Adamsem, czasem pojawia się nawet wrażenie,
że panowie nasłuchali się kiedyś Queen... Z kolei "The Weird And The
Wonderful" pachnie chwilami The Cult, a wokale i gitary z początku utworu
można porównać z "Black Hole Sun" Soundgarden - a efekt tego porównania
może być ciekawy... Mógłbym tak kojarzyć bez końca, na każdy kawałek
przypada kilka odniesień.
Jak widać z powyższych wyliczeń, nie jest to muzyka oryginalna. Cały
czas nachalnie wciskają się do głowy skojarzenia, w żadnym momencie nie
miałem wrażenia, że USM wpadli na coś nowego. Odtwarzają tylko schematy
z wymienionych kręgów, łącząc je najprościej, jak się da. Nie
mieszając ze sobą, a właśnie łącząc np. tak: klimat z Soundgarden -
przejście w power metal - zakończenie Brian Adams. Nic więcej. Nie
tworzą w ten sposób żadnej nowej jakości, a i, moim zdaniem, oryginały
nie byłyby zachwycone poziomem tego odtwarzania.
Właściwie chciałem ich ocenić na 5. Ale warsztat (szczególnie sprawnie
- tylko sprawnie - grane solówki) i ogólne wrażenie podbiły trochę
ocenę. Tego jednak nieźle się słucha jadąc samochodem, sprzątając
mieszkanie albo siedząc przy kompie. Tyle, że po piątym razie miałem
dość i chyba nie będę chciał do tego wracać. Jeżeli ktoś jest maniakiem
takiego grania, spodoba mu się na dłużej. Ja... nie jestem, więc...
autor: Qlesh
Uwaga!
Nie zgadzasz się z autorem recenzji? Uważasz, że ocena
płyty jest za wysoka lub za niska? Sądzisz, że jesteś
w stanie opisać ten album lepiej? Spróbuj swoich sił, napisz
własną recenzję
i wyślij do nas!
Dodaj swój komentarz!
|
|

| materiały dotyczące zespołu:
|
|