|
|
| relacja: Anathema, Artrosis, Warszawa "Proxima" 21.02.2000
|
| wystąpili: |
Anathema; Artrosis
|
miejsce, data: Warszawa, Proxima, 21.02.2000
Na występ Anathemy zawsze warto jest czekać. Tak było też i
tym razem. Ostatnio gościli u nas na zeszłorocznej Metalmanii,
potwierdzając tym samym swoją ogromną popularność w Polsce. Trasa
"Judgement Tour 2000" rozpoczęła się 17.02.2000 w Poznaniu. Kilka dni
później zawitali do Warszawy. Dawno nie widziałam takiego ścisku jaki
panował w Proximie. Wydawać by się mogło, że klub nie jest w stanie
pomieścić tylu fanów tej angielskiej grupy. I to właśnie z tego powodu
niemiłosiernie wręcz przedłużało się czekanie na szatnię, a po koncercie
również należało odczekać swoje, razem koło godzinki. Uffffff!!!
Wszystkie koncerty miał otwierać Tower, który z niewiadomych przyczyn
nie pojawił się na żadnym koncercie. Podobno jakieś konflikty wewnątrz
grupy.... a szkoda, bo niewątpliwie wspólna trasa z Anathemą poszerzyłaby
im grono fanów i pomogła w dalszej karierze. Z całej sytuacji, może trochę
przez przypadek, nieumyślnie wręcz, skorzystać mógł Artrosis,
który dzięki nieobecności Tower, miał możliwość zaprezentować znacznie
więcej utworów niż to było wstępnie ustalone. Wydaje mi się, że wyszło
im to na dobre. Ich koncert należy uznać za udany. Zagrali numery ze
wszystkich swoich trzech płyt, ze szczególnym naciskiem na ostatnią
"Pośród kwiatów i cieni". Mnie osobiście wpadły w ucho dwie kompozycje:
"Szmaragdowa noc" i trochę dziwny "Crazy".
Niektórzy bardzo niesłusznie zarzucają zespołowi brak oryginalności. Na
żywo wypadają bardzo dobrze, wszystko jest zgrane, ma sens. A to, że
momentami przypomina Closterkeller... jest według mnie ich dużym plusem
i może świadczyć jedynie o klasie bandu. Wszystko zresztą jest kwestią
gustu. Jedynie, co można im w jakikolwiek sposób zarzucić, to fakt,
że nie mają bębniarza i podczas koncertów wystawiają automat, którego
brzmienie (a nawet istnienie) nie każdemu może się podobać. Osobiście
wróżę im rychły sukces i trzymam kciuki. Artrosis wypełnił prawie godzinę
oczekiwania na główna gwiazdę.
Anathema dała jak zwykle świetny show! Na początek koncertu -
stały ostatnio punkt "Parasienne Moonlight", mający za zadanie rozbujać
publikę. Tuż po nim usłyszeliśmy niemal wszystkie kawałki z najnowszej
płyty "Judgement". Ostro i zadziornie wypadł w tym całym zestawie
"Deep" i "Pitiless". Generalnie Anathema na żywo brzmi o tonę ciężej
niż na płytach. Niesamowity z tego powodu wyraz miał "Inner Silence" z
"Alternative 4", który jest raczej spokojnym numerem, a na żywo zamienił
się w kipiący wulkan! Ciężko było oddychać, tłok niemiłosierny, szalejąca
publika.... to na pewno pozytywnie wpłynęło na kapelę, bo cały czas
utrzymywała niepowtarzalny kontakt ze słuchaczami. Widać, że będąc od
kilku dni w naszym kraju, Vincent podszkolił nasz rodzimy język i co
chwila rzucał jakieś polskie słówka (tego akurat wieczoru królowała:
kapusta! kapusta! kapusta!...). Wypadało to komicznie, ale widać,
że przynajmniej się starał i przy okazji świetnie się bawił!!
Nie zabrakło utworów z "Eternity". Nastrojowe "Eternity part 2 i 3"
czy "Angelica", spełniły w pełni swoje zadanie, zatapiając wszystkich
w swój mroczny, pełen delikatności klimat. Dalej poleciały już tytułowy
"Judgement" oraz nieśmiertelny "Sleepless" i "The Silent Enigma", odegrany
w nieco zmienionej wersji. Panowie rozkręcili się na całego... zagrali
cover Misfits (z Davem na wokalu), "Orion" (eh, te wszystkie gitarowe
efekciki!!) oraz "Helloween" Jeffa Buckley'a. Całość, choć wypadła
trochę dziwnie, została entuzjastycznie przyjęta przez publikę. Grunt to
dobra zabawa zarówno dla muzyków jak i wszystkich, którzy przyszli na
ich koncert. A ci właściwie już od połowy koncertu skandowali "A Dying
Wish". Ten numer musiał się pojawić... jest chyba stworzony po to, żeby go
grali jako ostatni przed bisami.... To kawałek, który ma duszę, oddycha,
rozwija się, nabiera tempa, wybucha, by znowu skazać nas na oczekiwanie
i niepokój. I ta końcówka, te magiczne słowa o śmierci. Tego się nie
zapomina!! Jako bis (to nie był bis - red.) zagrali jeszcze raz "Fragile
Dreams" i... koniec. Vincent rzuca tylko krótkie "dzięki" i, obiecując
że przyjadą za rok, znikają za kulisami.
Ten, kto został trochę dłużej po koncercie, mógł swobodnie porozmawiać
z Vincentem i Davem, którzy po prostu wyszli do fanów, robili wspólne
zdjęcia i dawali autografy. Podczas koncertu Vinnie pokrzykując
przypominał, że nie są jakimiś gwiazdami czy bogami, są takimi samymi
ludźmi jak my wszyscy. I z tym się całkowicie zgadzam. Po krótkiej
rozmowie z Vincentem (przemęczonym, ale szczęśliwym) dowiedziałam się,
że nowa płyta ujrzy światło dzienne jeszcze w tym roku. Całe lato będzie
niezwykle pracowite dla Anathemy. Nowych pomysłów na piosenki jest już
około 30-40. To z tego panowie wybiorą te najciekawsze, najlepsze. Czekam
z utęsknieniem na ich nowe dzieło!! A na razie pilnie przygotowuję się
na kolejną porcję emocji, kolejny ich występ, Kraków...
autor: Beata Kubiak
Uwaga!
Nie zgadzasz się z autorem relacji? Sądzisz, że jesteś
w stanie opisać ten koncert lepiej? Spróbuj swoich sił, napisz
własną relację z koncertu
i wyślij do nas!
Dodaj swój komentarz!
|
|
| materiały dotyczące zespołów:
|
|