|
|
| relacja: John Wetton, Kraków "Hala Wisły" 13.05.1998
|
| wystąpili: |
John Wetton; Quidam
|
miejsce, data: Kraków, Hala Wisły, 13.05.1998
Nowy rok powitaliśmy oczekując na zbliżający się koncert Genesis
w Polsce. Jak się później okazało, fakt ten był dobrą wróżbą na rok
1998. Po koncercie Genesis przyszła kolej na panów Page'a i Planta,
Yes oraz niezwykle udaną edycję festiwalu Metalmania, gdzie obok
głównej gwiazdy, którą był Judas Priest, wystąpiło kilka naprawdę
dobrych zespołów (Hammerfall, Dimmu Borgir, Therion, The Gathering,
Vader, Morbid Angel). Czy można było oczekiwać kolejnych wielkich
wydarzeń koncertowych w Polsce? Jak się okazuje temperatura życia
koncertowego nie opada. Parę godzin temu wróciłem z występu Johna
Wettona (eks King Crimson, Asia, UK, Uriah Heep), a czeka na mnie
jeszcze koncert Black Sabbath i Deep Puple.
Impreza miała rozpocząć się o godzinie 19:00 w krakowskiej "Hali
Wisły". Nie jest to może najlepsze miejsce na koncert, ale to
chyba problem większości miast polskich - brak odpowiednich sal
koncertowych. Już koło godziny 18:00 spora grupa fanów oczekiwała
na otwarcie drzwi. Jak się później okazało, koncert trochę się
opóźnił. Podobno droga z Bydgoszczy (tam dzień wcześniej koncertował
John Wetton) była niezwykle długa i wyboista. W końcu jednak machina
ruszyła.
Na pierwszy ogień, jako support, wystąpił polski Quidam. Na scenie
pojawili się w odrobinę innym składzie (Emilia Derkowska, Zbyszek
Florek, Rafał Jermakow, Maciek Heller, Radek Scholl, Jacek Zawada)
- zabrakło Ewy, która pożegnała się z zespołem. Zwykle najważniejsza
jest dla mnie muzyka, ale w tym wypadku nie mogę się oprzeć i powiem
to - Emilia była śliczna jak zwykle. Wystąpiła w długiej granatowej
sukni w białe wzory. Na sam jej widok zapomniałem o tym, że koncert
się opóźnił. Na początku mieli pewne problemy techniczne, które
jednak, w trakcie występu, powoli zostały usunięte. Być może
płyta tego zespołu może wydać się nudna i rzadko kto jest w stanie
przesłuchać ją w całości, na scenie jednak prezentują się rewelacyjnie.
Grali blisko godzinę i pomimo tego, że wszyscy czekali na gwiazdę
wieczoru, zostali przyjęci bardzo ciepło. Usłuszeliśmy między innymi
"głęboką rzekę", "wesołą", "pod powieką" oraz "sanktuarium" i "moje
anioły". Utwory z nowej płyty nie powinny zaskoczyć fanów zespołu
- jest to wciąż ten sam, stary, dobry Quidam. Z nowych kompozycji
najbardziej przypadł mi do gustu "pod powieką". To długa,
rozbudowana kompozycja, z częstymi zmianami tempa oraz nastroju.
Myślę, że chociażby tylko z powodu tego utworu warto będzie zakupić
nową płytę Quidam. Kulminacją koncertu było jednak dobrze wszystkim
znane "sanktuarium". Ci ludzie naprawdę potrafią zagrać tak, że można
zapomnieć o całym bożym świecie. W środku utworu, jak zwykle pojawiły
się cytaty z Camela. Powróciłem myślami do chwil, które spędziłem
w tej samej hali na koncercie Camel. Utwór jednak wybrzmiał
i wróciłem do rzeczywistości. Na zakończenie Quidam zaprezentował
jeszcze utwór promujący najnowszą płytę - "moje anioły" i zaraz
zeszli ze sceny.
Nastąpiły przerwa na przygotowanie sceny dla głównej gwiazdy tego
wieczoru. Chwilę później zgasły światła i na scenie pojawił się
Jonh Wetton wraz z zespołem w składzie: David Kilminster gitara,
Martin Orford klawisze oraz Steve Christey perkusja (panów Orforda
oraz Christey'a można było zobaczyć już wcześniej w Polsce, gdy
grali w Jadis). Zaczęli ostro, niestety nie znałem tego utworu
wcześniej. Następnie zagrali "Sole Survivor" oraz "Voice of America",
po czym przyszła kolej na solo Martina Orforda. Atmosfera odrobinę
się uspokoiła, przyszła kolej na część akustyczną koncertu. Jako
pierwszy z utworów akustycznych usłyszeliśmy kompozycję z najnowszej
płyty "Arkangel", następnie "Book of Saturday" oraz "Emma". Później
pojawiły się jeszcze "Hold Me Now", "Only Time Will Tell", solo Davida
Kilminstera, "In the Dead of Night" oraz parę innych utworów, których
tytułów niestety nie znam. Na zakończenie Jonn wraz ze swoim bandem
wykonał porywająca wersję "Heat of the Moment", po czym zeszli ze
sceny. Jednakże nie był to jeszcze koniec koncertu. Dwa razy pojawili
się na bis. Podczas pierwszego na scenę wkroczył Karmazynowy
Król, a z głośników popłynęły dźwięki długo przez wszystkich
oczekiwanego "Starless". To trzeba było przeżyć, nie znajduję słów,
by oddać to, co działo się na scenie - upadłem na kolana, taka muzyka
może zniewolić. Potem nastąpiła chwila wytchnienia, panowie zeszli
ze sceny, by po chwili powrócić i uraczyć na jeszcze dwiema kompozycjami.
Jako ostatni utwór usłyszeliśmy "Don't Cry", po którym nie było sensu
krzyczeć o więcej - koncert definitywnie się zakończył.
Przed koncertem lekko obawiałem się formy Wettona - w pierwszej
części koncertu z Bydgoszczy, który transmitował program 3 PR, John
nie wypadł najlepiej. Moja obawy zostały jednak szybko rozwiane.
Był to dobry rockowy koncert. Szkoda tylko, że przybyło tak mało
fanów, jednak ci, którzy się pojawili, bawili się świetnie. John Wetton
był wyjątkowo miły - kilkakrotnie dziękował publiczności za gorące
przyjęcie oraz obiecał, że wrócą do nas wkrótce.
autor: Roman Milowski
Uwaga!
Nie zgadzasz się z autorem relacji? Sądzisz, że jesteś
w stanie opisać ten koncert lepiej? Spróbuj swoich sił, napisz
własną relację z koncertu
i wyślij do nas!
Dodaj swój komentarz!
|
|
| materiały dotyczące zespołów:
|
|