|
|
| relacja: Ozzfest 2002, Katowice "Spodek" 29.05.2002
|
| wystąpili: |
Ozzy Osbourne; Tool; Slayer; Decapitated; Anti-Product
|
miejsce, data: Katowice, Spodek, 29.05.2002
Wreszcie, po wielu latach oczekiwania, festiwal Ozzfest trafił
także do nas. Zestaw zespołów, przygotowany na polską, okrojoną edycję
imprezy, został dobrany całkiem interesująco, z pewnością wiele osób mogło
znaleźć tu coś dla siebie, a przy okazji zobaczyć również kilka innych
zespołów. Dość wysoka cena biletów nie odstraszyła kilku tysięcy osób,
które 29 maja zjawiły się w katowickim "Spodku".
Rozpoczynający się około godziny 17:30 występ zespołu AntiProduct
ominął mnie, jednak na podstawie rozdawanych przed wejściem ulotek
i relacji znajomych doszedłem do wniosku, że nie mam czego żałować.
Na halę wszedłem, gdy w powietrzu rozbrzmiewały dźwięki "Nihility"
za sprawą jedynej polskiej grupy tego wieczoru, Decapitated, na
płycie było już całkiem sporo ludzi. Pozostałą część krótkiego występu
wypełniły trzy kompozycje z najnowszej płyty, w tym chyba najlepszy na
tym krążku "Spheres Of Madness" oraz "Eternity Too Short". Doskonałe
brzmienie, świetna gra perkusisty, dwadzieścia minut, które zespół dostał
do dyspozycji, muzycy wykorzystali znakomicie.
Na ten moment czekałem dwanaście lat, a to tylko dlatego, że wcześniejsze
koncerty w Polsce twórców "South Of Heaven" i "Reign In Blood"
z powodów finansowych mnie ominęły. Po jakichś piętnastu, może dwudziestu
minutach przerwy z głośników wysączyło się intro "Darkness Of Christ",
w tym czasie na scenie zjawił się Slayer w swoim legendarnym
składzie: Araya, King, Hanneman i Lombardo. Na pierwszy ogień poszedł
"Disciple" i to chyba było wszystko z najnowszej płyty grupy, co
usłyszeliśmy tego wieczoru. A potem przyszedł wspomnień czas, nie
ukrywam jednak, że starych utworów w takiej ilości naprawdę się nie
spodziewałem. Zaczęło się od "War Ensemble", po którym Tom poprosił
publiczność o zbytnie nie napieranie na barierki. Dalszy ciąg zwalił mnie
z nóg. Genialne "Postmortem", "Raining Blood" czy "Hell Awaits" stanowiły
kontynuację tego świetnego występu. Później "powiało" nowszymi kawałkami,
a potem znowu mieliśmy powrót do staroci, w tym przejmującego "Dead Skin
Mask" i "Mandatory Suicide". Nie zdążyły jeszcze przebrzmieć dźwięki
"Chemical Warfare", gdy halę "Spodka" wypełnił znakomity "South Of
Heaven", na który czekała większość zgromadzonej publiczności. Godzinny
występ Amerykanów zakończył szybki "Angel Of Death". Była tylko
jedna rzecz, do której można się przyczepić, to nagłośnienie. Było
mało czytelne, choć dla mnie słyszalne było wszystko, ale wynika to
z faktu, że znam te kawałki na pamięć. Natomiast cały kwartet spisał
się na medal, drący się wniebogłosy Araya, wymiatający Lombardo
(była to prawdopodobnie przedostatnia okazja do zobaczenia go
w składzie Slayer w Polsce) i szalejący gitarzyści, wytatuowany King
i jasnowłosy Hanneman. Bardzo dobry występ, który prawie w 100% spełnił
moje oczekiwania. Przyznam, że nie często zdarza mi się wydzierać na
koncertach, ale tym razem ciężko się było opanować. Czekam teraz na Slayer
w Warszawie.
Tym razem nastąpiła trochę dłuższa przerwa niż poprzednio. Gdy
pojawiłem się znowu na hali (tym razem postanowiłem posłuchać
i pooglądać z wyższych sektorów), zobaczyłem widok podobny do
tego, który rok wcześniej przez dwie godziny czarował moje oczy
w warszawskiej Hali "Mera". Dwa duże telebimy umieszczone parę metrów
nad sceną po obu jej stronach, poniżej po środku jeden mniejszy,
a zaraz przed nim podest, na którym przez ponad godzinę wił się Maynard
James Keenan, wokalista Tool. Podczas katowickiego koncertu
zespół położył przede wszystkim nacisk na kompozycje pochodzące
z nowego albumu "Lateralus". Zaczęło się od ostrzejszych "The Grudge"
i "Parabola". Potem usłyszeliśmy dłuższe wersje starszego "Stinkfist"
i znakomitego "Schism", "Ticks & Leeches", spokojny, kojący
"Disposition", mroczny i niepokojący "Reflection" (mój faworyt
z nowej płyty). Końcówkę wypełnił "Triad" (podczas którego gościnnie na
bębenkach grał Dave Lombardo), a występ zakończył "Lateralis". To była
część muzyczna, natomiast to, co działo się w tym czasie na ekranach,
ciężko jest opisać. Jakieś narkotyczne wizje, dziwne figury, symbole,
fragmenty teledysków, chore obrazy, które jeszcze potęgowały efekt,
jaki tworzyła muzyka. Może Tool nie zachwycił mnie tak bardzo, jak
poprzednim razem, jednak koncert znowu zrobił na mnie duże wrażenie,
był to niewątpliwie świetny show, którym zebrał największa publikę na
płycie "Spodka" tego wieczoru.
Nadszedł czas na gwiazdę wieczoru. Punktualnie o 21:45 rozległo się "I
Can't Fuckin' Hear Ya!", które kilkakrotnie powtarzało się później
w dialogu z publicznością. Po chwili na scenie zjawił się Ozzy
Osbourne odziany m.in. w czarny obcisły ciuch, na którym widniał
krzyż otoczony czymś w rodzaju cekinów (a może to był po prostu brokat?),
na plecach znajdowała się jego odwrócona wersja. Towarzyszyli mu świetni
muzycy, jakimi niewątpliwie są gitarzysta Zakk Wylde, perkusista Mike
Bordin, basista Robert Trujillo i klawiszowiec John Sinclair. Występ
rozpoczął się od "I Don't Know", by zaraz po nim uszy widzów zadowolił
"War Pigs". Dalszy ciąg stanowiła wiązanka starych i nowych kompozycji,
w tym "Believer", czadowy "That I Never Had", "Mr. Crowley", mocny "Gets
Me Through" czy "Suicide Solution". Przerwę, będącą odpoczynkiem dla
Ozza, stanowił kilkuminutowy popis Zakka "Fuckin" Wylde'a, (jak został
przedstawiony później przez Osbourne'a), wyczyniającego cuda na swojej
czarno-białej gitarze, to grając na niej za głową, to grając solówkę
językiem, istny majstersztyk. W drugiej części nie mogło zabraknąć
wolnego "No More Tears" z cudnymi ciężkimi riffami, następnego klasyka
Black Sabbath w postaci "Iron Man", "Road To Nowhere" czy hiciarskiego
"Don't Want To Change The World". W trakcie koncertu Ozzy co jakiś
czas chłodził szalejącą publiczność wodą ze szlaucha i wiader. Może nie
zdawał sobie sprawy, że na zewnątrz leje jak z cebra? Tak zakończyła się
podstawowa część koncertu. Po gorących owacjach Ozzy wrócił na scenę,
a na bis dostaliśmy jeszcze "Crazy Train", a potem jeszcze "upiększony"
przez Wylde'a "Paranoid". Zresztą wykonania "War Pigs" i "Iron Man"
również zawierały domieszkę patentów Zakka. Równo po dziewięćdziesięciu
minutach koncert się skończył, a gdy zapaliły się światła na osłodę
usłyszeliśmy "Dreamer" z płyty. Choć nie jestem fanem Ozzy'ego, to bez
bicia przyznaję, że to był naprawdę bardzo dobry występ, który mógł się
podobać nawet malkontentom. Wygląda na to, że dziadek Ozzy jest nadal
w niezłej formie.
autor: m00n
Uwaga!
Nie zgadzasz się z autorem relacji? Sądzisz, że jesteś
w stanie opisać ten koncert lepiej? Spróbuj swoich sił, napisz
własną relację z koncertu
i wyślij do nas!
Dodaj swój komentarz!
|
|
| materiały dotyczące zespołów:
|
|