|
|
| relacja: 2Tm2,3; Saurel, Łódź 13.05.1999
|
| wystąpili: |
2Tm2,3; Saurel
|
miejsce, data: Łódź, Lumumby, 13.05.1999
13 maja 1999 (ten pamiętny dzień był czwartkiem) w Łodzi odbył się
koncert zespołu 2Tm2,3. Na początek mała uwaga odnośnie organizacji imprezy. Otóż zaczął on się z opóźnieniem... dwóch godzin! Nie wiem, czy to
jest norma w Łodzi, ale wydaje mi się to lekką przesadą. Choć z drugiej
strony miałem okazję zwiedzić sobie dokładnie miasteczko akademickie
(muszę przyznać, że jest tam o wiele ładniej niż na Polibudzie).
Koncert zorganizowany był pod hasłem "Bawmy się bez dopingu" i w ramach
tego hasła propagowali tam obyczaj picia... mleka! Odbył się nawet
specjalny konkurs - kto wypije 1 litr mleka z folii w jak najkrótszym
czasie. Jeden gość zaszokował wszystkich - dokonał tego w 13 sekund! Fakt,
że potem natychmiast zzieleniał i poleciał za scenę... ale i tak byłem
w szoku.
Tak w ogóle, to nie był to koncert samego Tymoteusza - przed nimi
wystąpiła grupa muzyczno - wokalno - taneczna pod nazwą Saurel (goście są z
Łodzi). Przedstawili musical, pod tytułem chyba "Uciekinier - zawsze
możesz wrócić", czy jakoś tak. Niestety, tak jak większość przedstawień,
czy tego typu akcji przygotowywanych przez organizacje kościelne, tak i
ten miał trochę zbyt jasno pokazane przesłanie i denerwował wszechobecnym
dydaktyzmem. A człowiek jest jakoś tak zorganizowany, że jak coś dostanie
na tacy, to to olewa. Dopiero jak musi się o to postarać, pomyśleć,
to wtedy zaczyna to szanować i traktować jak swoje. Tak więc jedynymi
rzeczami, które w tym musicalu były warte uwagi i które zapamiętam,
były: rapowa wersja "Hej sokoły" (to był totalny odjazd, myślałem, że nie
wyrobię ze śmiechu) oraz podkład muzyczny do czegoś w rodzaju pantomimy
(podobne to było trochę do pierwszych taktów "Where the streets have no
name" U2 - niesamowicie dynamiczna rytmika i bardzo ciekawa aranżacja,
dająca wrażenie nadchodzenia czegoś niezwykłego). Dopiero po występie
Saurela na scenie zaczął się instalować 2Tm2,3.
Tu także zadziwiła mnie organizacja - instalowali się pełne 1,5
godziny! Jeszcze w życiu nie widziałem tak długo instalującego się
zespołu. Choć fakt, że skład mają spory - dwie gitary, bas, klawisze,
4 wokale (jeden to czasami coś w rodzaju indiańskiego rogu) i uwaga
- dwie perkusje! Z tym się jeszcze nie spotkałem. Co prawda nie we
wszystkich utworach grały obydwie, ale jak grały i była jakaś młócka,
to wymiękałem.
O 22:30 (o tej godzinie cały koncert miał się skończyć) Tymoteusz zaczął grać. I co tu dużo mówić - goście grają fenomenalną muzykę - takie
połączenie punk rocka z hard corem - raz bardzo melodyjną, a raz bardzo
brutalną. Do tego jeszcze dochodzi naprawdę fenomenalny, potężny głos
Budzego (Maleo nie jest tak dobry) (w ogóle to Budzy jest potwornie
charyzmatycznym wokalistą - miał całkowitą kontrolę nad publicznością,
robiliśmy, co tylko on chciał - na szczęście nie było to nic złego :) ).
I tu jedna uwaga: otóż jakoś dziwnie mi to brzmiało, gdy do potwornie
brutalnej muzyki, równie brutalnym głosem goście wykrzykiwali teksty w
stylu "Bóg jest miłością", "Wybacz swemu wrogowi" itp. - coś mi tu nie
pasowało. Ja wiem, że to jest sposób na dotarcie do wielu młodych ludzi,
którzy by na standardowe sposoby nawracania nie poszli, na pokazanie im,
że taka muzyka nie musi się kojarzyć tylko z brutalnymi i pesymistycznymi
tekstami, ale... bądź co bądź do mnie to nie dotarło. Tym niemniej miałem
okazję posłuchać wspaniałej muzyki. Inaczej się sprawa miała ze spokojnymi
numerami - wspaniałe, naprawdę wspaniałe!, klimatyczne melodie i
wspaniały, także w takich numerach, wokal Budzego oraz Angeliki (Maleo
znowu nie tak dobry - on chyba po prostu jest kiepskim wokalistą...),
a do tego równie doskonałe teksty - tym razem bardziej poetyckie. Tak
w ogóle, to oni mają trochę inny skład "surowcowy" swoich koncertów -
o ile inne zespoły grają głównie ciężką muzę, czasami tylko przeplatając
ją czymś wolniejszym, to Tymoteusz pod koniec całkowicie zwolnił - przez
ostanie 30 minut grał tylko te wolne kawałki, a i wcześniej dość często
je wplatał w repertuar - dzięki temu był to jedyny dotąd koncert, który
cały czas wytrzymałem pod sceną... Skończyli też nietypowo: żadnych bisów,
a na koniec słowa "Idźcie w pokoju, w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego,
Amen". W całości nie podobały mi się tylko kawałki reagge'owe (były ze
trzy) - takich numerów to oni nie potrafią grać...
Ogólnie, koncert był fenomenalny, nie przeszkadzało nawet to, że w czasie
jego trwania zerwała się niezła ulewa (która na szczęście po kilkunastu
minutach przeszła).
Na koniec jeszcze jedna uwaga - odnośnie publiczności. Dotąd byłem
na koncertach w dwóch miastach: Włocławku i Toruniu. Publika tam
wydawała mi się w porządku - była żywiołowa i właściwie reagowała na
muzykę. Ale to, co zobaczyłem w Łodzi przeszło moje wyobrażenia! Może
miało na to wpływ to, że na koncercie byli praktycznie sami studenci
(a wiadomo, w akademikach nie ma jak wyładować energii :) ), ale tak
potwornie szaleli pod sceną, że głowa mała. Jedyne co mnie denerwowało
(ja tam zawsze znajdę dziurę w całym...), to ludzie jeżdżący na innych -
tu ich było tylu, że co chwilę musiałem kogoś dźwigać. Wszystko byłoby w
porządku, gdyby nie te latające w powietrzu buciory i inne części ciała
tych szczęśliwców... Z buciora nie dostałem, ale gość wylądował na mnie
tak, że do dzisiaj (piszę w niedzielę) boli mnie szyja.
Ale nic to! Bawiłem się wspaniale do samego końca, do godziny 00:10 - a
potem wyruszyłem na przystanek autobusu linii 156, który powiózł mnie (z
jedną przesiadką) na Polibudę, do przytulnego łóżeczka w akademiku (a
o 3 w nocy jacyś goście nade mną zaczęli się żreć... Ja tu musze wstać o
6:30 rano, by zdążyć na autobus wiozący mnie do domciu, a oni wrzeszczą
całą gębą i wrzeszczą, i wrzeszczą).
autor: redakcja serwisu www.rockmetal.pl
Uwaga!
Nie zgadzasz się z autorem relacji? Sądzisz, że jesteś
w stanie opisać ten koncert lepiej? Spróbuj swoich sił, napisz
własną relację z koncertu
i wyślij do nas!
Dodaj swój komentarz!
|
|
|