| Wykonawca: |
Piotr Banach - Hey (gitara)
|
strona: 1 z 3
Krzysztof Kowalewicz: Kiedy po raz pierwszy pomyślałeś: "dobrze
byłoby nagrać solową płytę"?
Piotr Banach: Pierwszą zapowiedź muzyczną zrobiłem na początku
1996 roku, kiedy nagrałem utwór "Nie piosenka" w klimacie reggae.
Zawsze kochałem ten rodzaj muzyki. Grałem w wielu zespołach
reggae, ale nigdy nie udało mi się nagrać z nimi płyty. Grupa Hey
zawsze była otwarta na moją fascynację i pewne elementy reggae
mogłem przemycać w naszych utworach. Jednak to mi nie wystarczało.
Dlatego postanowiłem nagrać cały taki album.
A czy już w czasach przed Heyem nie korciła cię myśl o solowym
krążku?
Do wszystkiego się dorasta. Wtedy nie miałem takich możliwości
i umiejętności jakie posiadam dzisiaj. Teraz sam mogłem zagrać
wszystkie instrumenty, być równocześnie producentem i realizatorem
całości.
Masz znacznie większe zbiory muzyczne od tego, co trafia na płyty
Hey?
W swoich dokonaniach solowych wykorzystuję inne instrumentarium.
To jest dla mnie świeża rzecz. Nagrałem już w swoim życiu parę
albumów z muzyką gitarową, ale zrobiłem tylko jeden materiał
elektroniczny ("Puk puk" Kasi Nosowskiej ? przyp. kk), tak więc siłą
rzeczy to pole jest przeze mnie mniej wyeksploatowane i pomysłów jest
znacznie więcej. W domu mam oczywiście olbrzymie archiwum
niezrealizowanych rzeczy. Bardzo dużych fajnych piosenek czeka na
nagranie. Poza tym jest mnóstwo idei muzycznych, które nie zostały
zrealizowane ze względów czasowych lub zbyt ogólnego zarysu
pomysłu.
"Zespół zawsze był dla mnie ucieczką przed rzeczywistością.
A muzyka lekiem na całe zło świata" ? powiedziałeś na łamach
"Tylko Rock" o Hey. A czy tak samo postrzegasz granie poza
grupą w ramach projektu Banach & Indios Bravos?
Nie tyle chodzi o zespół, co o muzyczne działanie. Dla mnie
najważniejszą rzeczą jest tworzenie. Najbardziej pociąga mnie na
próbach etap przygotowania nowych piosenek, a potem nagrywanie
w studio. Kiedy utwory są gotowe tracę zainteresowanie nimi. Tworzenie
stanowi dla mnie panaceum na wszystko, co dzieje się na świecie.
Oczywiście trzeba to akceptować, ale przychodzi mi to z trudnością.
"Coś tam nagramy, zerkniemy w telewizorek, znów coś nagramy,
herbatka co piętnaście minut i luz jak cholera" ? taki system pracy
nad solowym albumem przewidywałeś w jednym z felietonów. Tak
faktycznie było?
Tak i myślę, że to jest właśnie idealny model nagrywania. W taki
sposób powinny powstawać wszystkie płyty. Należy nagrywać, kiedy
czuje się twórczą wenę, a nie dlatego, że firma wynajęła studio.
W moim odczuciu w muzyce, mimo skrajnie różnych opinii, istnieje
pierwiastek mistyczny. Kiedy brakuje tego kosmicznego promienia,
który uderza w twórcę, to powstające wtedy dzieła bardzo szybko
przemijają.
autor: Krzysztof Kowalewicz
Dodaj swój komentarz!
|