zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku czwartek, 21 września 2017

wywiad: Firebird

1.08.2000  autor: Rafał "Negrin" Lisowski

Wykonawca:  Bill Steer - Firebird

Telefon zadzwonił w samo południe, w słoneczny piątkowy dzień. Lekko ospały po zakończonej o świcie imprezie podniosłem słuchawkę i zgodnie z oczekiwaniem usłyszałem w niej głos Billa Steera, lidera rewelacyjnej formacji Firebird (której debiutancka płyta ostatnimi czasy niemal nie opuszczała mojego odtwarzacza), a w przeszłości - legendy brutalnego grania, założyciela Carcass. Po przywitaniu i moim ostrzeżeniu, że mogę być nieco "ociężały", rozpoczęliśmy ciekawą rozmowę o nowym zespole, zastoju i rozwoju oraz o nieprzemijającym fenomenie muzyki lat 60. i 70...

strona: 1 z 1

rockmetal.pl: Sądzę, że powinienem zacząć od pogratulowania Ci albumu, który uważam za naprawdę rewelacyjny.

Bill Steer: Dziękuję.

Czy jesteś zadowolony z rezultatów swojej pracy?

Tak, zdecydowanie. Dla nas jest to już właściwie dosyć stary album. Minęło jakieś 10 miesięcy od jego nagrania. Najpierw ukazał się w Japonii, w grudniu. Ale byłem z niego zadowolony od początku. Mieliśmy plan i trzymaliśmy się go, dlatego nagraliśmy go bardzo szybko. Tak, sądzę, że to dobra pierwsza próba.

No właśnie. Dlaczego w Japonii płyta została wydana pół roku wcześniej, niż na całym świecie?

Głównym powodem było to, że Japończycy płacili za nagrania. Przysłali nam pieniądze i poszliśmy prosto do studia. Wydali materiał po dwóch miesiącach, czyli naprawdę szybko. Druga część umowy była taka, że my nie możemy wydać płyty nigdzie indziej wcześniej, niż dwa miesiące po wydaniu przez nich. Potem rozmawiałem z Rise Above (główny wydawca płyty Firebird - przyp. Negrin) i powiedzieli: "Dobrze, wydamy to, ale powinniśmy chyba poczekać z tym do lata". I tak to się właśnie stało.

Rozumiem. Czy mógłbyś powiedzieć dwa słówka o tym jak przebiegało samo nagrywanie: gdzie, kiedy i tak dalej?

To było chyba we wrześniu zeszłego roku. Pojechaliśmy do studia w Lincolnshire (hrabstwo we wschodniej Anglii - przyp. Negrin). To jest właściwie środek pustkowia. Dookoła pola, jest tylko kilka domów, bardzo mały pub i tyle. Nie ma więc nic, co mogłoby rozproszyć uwagę. Zupełnie nic. (śmiech) I było świetnie. Naprawdę miło było zrobić to w ten sposób. Wykorzystaliśmy sytuację najlepiej, jak się dało. Rozstawiliśmy sprzęt i nagraliśmy na żywo główne ścieżki.

Czy możesz opowiedzieć o tym, jak powstawały utwory na płytę? Czy byłeś w studio czymś w rodzaju nie znoszącego sprzeciwu władcy (śmiech Billa), czy też było trochę więcej demokracji i każdy miał coś do powiedzenia?

Większość piosenek napisałem wcześniej. Niektóre z nich były właściwie dość stare, miały po parę lat. I było kilka innych, które napisaliśmy dopiero na kilka miesięcy przed nagraniem. Jest też jedna czy dwie, w które wkład mieli pozostali chłopcy. Jeden z numerów to właściwie muzyka Leo (Smee, basisty - przyp. Negrin). Ale jeśli chodzi o działanie w studio... Cóż, wydaje mi się, że to jest mój zespół, ja czerpię z niego całe sto procent, a pozostali mają też inne rzeczy, którymi się zajmują. Ale wiesz, słucham tego, co oni podpowiadają. Generalnie mówię po prostu: "Oto piosenka. Zróbcie, co uważacie". Nie opowiadam ludziom co mają grać, takt po takcie. To byłoby dla mnie bardzo nudne.

Czy możesz w jakiś sposób porównać nagrywanie tego albumu do pracy w przeszłości?

Co masz na myśli?

Na przykład nagrywanie albumów z Carcass.

To było coś całkowicie innego. I tego właśnie chciałem. Pod koniec działalności w Carcass byłem po prostu sfrustrowany. Proces nagrywania był tak powolny... Żebyś miał o tym jakieś pojęcie powiem ci, że przy ostatnim albumie Carcass pięć dni zajęło ustawianie brzmienia perkusji, pięć dni ustawianie brzmienia gitar. Pomijam tu samo nagrywanie, mówię tylko o rozstawianiu mikrofonów, wypróbowywaniu różnego sprzętu... To było naprawdę nudne i nie chciałem tego dalej w ten sposób robić. Drugą sprawą była ta pogoń za maksymalnie ciężkim brzmieniem, kiedy robiło się ileś warstw gitar i tak dalej. Myślę, że to było nieludzkie. Im dłużej to robiliśmy, tym dalej byliśmy od tego ludzkiego uczucia, które daje płycie osobowość.

Wracając do zespołu: jaki jest właściwie jego status? Rozumiem, że Firebird jest regularnym zespołem, tak?

Tak, to prawdziwy zespół. A jeśli chodzi o Ludwiga (Witta, perkusistę - przyp. Negrin), nie jest on już w zespole. Jest bardzo zajęty działalnością w Spiritual Beggars (głównym zespole Witta - przyp. Negrin), trasą koncertową itd. Powiedział: "Słuchaj, nie mogę w tym teraz uczestniczyć". Jego manager pomógł mi znaleźć nowego perkusistę, który - tak się składa - również jest Szwedem. Nazywa się Thomas. Jest niesamowity. Zagraliśmy z nim na razie trzy koncerty w Japonii jako support Spiritual Beggars i poszły świetnie.

A jeśli chodzi o Leo, jak silne jest jego zaangażowanie w zespół?

Jest tak silne, jak tylko może być silne zaangażowanie faceta, który jest w innym zespole (śmiech). Wiesz, on gra także w Cathedral, ma również inne małe projekty, w których lubi brać udział. Ale teraz mam nadzieję, że z nami zostanie. Chcę mieć tego faceta w zespole. Sądzę, że wnosi do niego coś ekscytującego. Więc jak długo będzie w stanie to robić, będzie z nami.

A czy macie jakieś plany koncertowe na najbliższą przyszłość?

Tak. Właśnie ukazuje się płyta, więc oczywiście mam nadzieję, że uda nam się ustalić coś na, nie wiem, koniec sierpnia, wrzesień. Trochę brytyjskich koncertów. I oczywiście postaramy się być gotowi na trasę po Europie, jeśli uda nam się znaleźć jakieś miejsce jako support, co wcale nie jest proste. Ale jak tylko będzie szansa, zrobimy to, bo naprawdę chciałbym tam pojechać.

Czy jest jakakolwiek szansa, że odwiedzicie wtedy nasz kraj?

No właśnie, bardzo bym chciał. Byłem w Polsce tylko raz w życiu, wiec chętnie bym wrócił.

Jakieś wspomnienia?

To był tylko jeden dzień. Pamiętam, że graliśmy naprawdę wielki koncert. To było chyba w jakiejś hali sportowej i było tam, nie wiem, jakieś 4-5 tysięcy ludzi (mowa o występie na Metalmanii '93 - przyp. Negrin).

A jeśli chodzi o nazwę zespołu, nazwę Firebird: czy kryje się za nią jakaś głębsza myśl, czy była to po prostu fajnie brzmiąca nazwa dla zespołu?

Tak, to jest fajnie brzmiąca nazwa, tak mi się wydaje. Ale ludzie sugerowali różne inne powody, dla których ją wybrałem: "O, czy ona symbolizuje to lub tamto?". Takie podejście też mi się podoba. Ale szczerze mówiąc, rozważaliśmy po prostu różne nazwy, a ta wciąż powracała. I pomyślałem "Tak, to jest OK".

A okładka płyty, co ona przedstawia? Mam na myśli tę postać, tę sylwetkę. Co to jest?

Gdybyś widział oryginał, jest dużo wyraźniejszy... To jest, to wydaje się być... naga kobieta biegnąca po piaskowej wydmie. Właściwe zdjęcie jest jak gdyby dłuższe i ma lepszą perspektywę. Podoba mi się, bo sugeruje wolność. Pomyślałem, że to coś dla nas, jest jakby... otwarte. Nie niesie ze sobą żadnej zdecydowanej idei. Wiesz, nie chciałem uprzedzać ludzi do muzyki, do tego, czego mogliby się spodziewać. Uznałem, że to co mamy do zaoferowania pasuje do tego zdjęcia, niczego mu właściwie nie ujmując.

Zdaje mi się, że kolejne pytanie zadają ci wszyscy, ale nic na to nie mogę poradzić: czy umiesz powiedzieć co poprowadziło cię w tym kierunku, w stronę muzyki, którą teraz grasz? Czy potrafisz wskazać coś takiego?

Tak... Wydaje mi się, że jest kilka takich rzeczy. Ta oczywista, którą wskazuję ludziom to fakt, że w pewnym sensie jest to powrót do muzyki, z którą wzrastałem. Podobnie jak wielu moich rówieśników, jako dzieciak słuchałem Led Zeppelin, Deep Purple itd. Oglądałem w telewizji gitarzystów, ludzi takich, jak Rory Gallagher czy Alvin Lee z Ten Years After. To były moje najwcześniejsze odczucia na temat tego, o co chodziło w rocku. Wydawało mi się to niezwykle ekscytujące. Oczywiście w późniejszych latach poczyniłem podobny postęp, jak wszyscy, podążałem w inne strefy. Ale z czasem okazało się, że do tego wracam. Myślę, że ważną cechą tej muzyki było to, że dawała duże możliwości ekspresji. W brzmieniu zespołów było dużo przestrzeni, podczas gdy dzisiejsze brzmienia przyprawiają o klaustrofobię. Ludzie wypełniają każdą dziurę jakimiś dziwnymi dźwiękami. A to mi się nie podoba. Powód, dla którego lubię stare płyty, to nie tylko ówczesne granie i śpiewanie, ale samo brzmienie. Podoba mi się sposób, w jaki wtedy nagrywano. Zatem jest wiele powodów. Tak jak już powiedziałem, niektóre doświadczenia z Carcass powodowały, że coraz więcej i więcej myślałem o tym, co naprawdę chcę robić. Tamto nie dawało mi już satysfakcji.

Artyści, który dosyć drastycznie zmieniają styl muzyki, którą grają, mają na ten temat różne zdania. W związku z tym chciałbym wiedzieć, co ty czujesz teraz do muzyki, którą grałeś kiedyś?

Cóż... naprawdę znajdowałem w tym przyjemność, przez większość tamtego okresu. Pod koniec, tak jak powiedziałem, straciło to dla mnie świeżość. Ale kiedy byliśmy na szczycie naszych możliwości, co mogło mieć miejsce, nie wiem, w okolicach naszego czwartego albumu, naprawdę sprawiało mi to przyjemność, podchodziłem do tego poważnie, wkładałem w ten zespół tyle wysiłku, ile tylko mogłem. Wiesz, teraz za nic bym tego nie chciał słuchać, ale to część mojej przeszłości i akceptuję to (śmiech).

Sądzę więc, że nie ma już żadnej możliwości powrotu do takiego brzmienia, kiedykolwiek?

W tej chwili nie widzę takiej możliwości. Ale nigdy nie wiadomo (śmiech). Nie, naprawdę nie wyobrażam sobie, żeby mogło dojść do czegoś takiego. Bo, jeśli mam być szczery, grałem tę muzykę naprawdę długo, o wiele dłużej, niż bym chciał. Przez pierwsze kilka lat - tak, słuchałem tych wszystkich zespołów. Ale potem jedyną grupą grającą tę muzykę, która mi się podobała, była... moja własna grupa. Słuchałem za to wielu innych rodzajów muzyki.

A czy utrzymujesz jakikolwiek kontakt z innymi byłymi członkami Carcass?

Tak, ale nie za częsty, bo każdy z nas mieszka gdzie indziej. Hm, nie wiem czy słyszałeś o Kenie (Owenie, perkusiście Carcass - przyp. Negrin), ale był bardzo chory. Wciąż jeszcze wraca do zdrowia. Miał krwotok mózgu jakieś półtora roku temu. Na początku nikt nie wiedział czy Ken w ogóle to przeżyje. To były strasznie trudne chwile. Stopniowo jego stan zaczął się poprawiać. Fizycznie nie jest już tym samym facetem, co kiedyś. Ale dochodzi do siebie. Odwiedziłem go kilka razy w Nottingham. Jeff (Walker, basista i wokalista Carcass - przyp. Negrin) wciąż mieszka w Liverpoolu. W ogóle nie zajmuje się teraz muzyką, ma zwykłą pracę. Rozmawiamy od czasu do czasu przez telefon. Oczywiście z Mike'iem Amottem (gitarzystą Carcass - przyp. Negrin) znamy się dość dobrze, graliśmy razem (chodzi o wspólne występy Firebird i Spiritual Beggars - przyp. Negrin), jesteśmy w kontakcie.

A co sądzisz o tym, co teraz robi Mike? Chodzi mi o Arch Enemy, Spirtual Beggars (zespoły, w których obecnie gra Amott - przyp. Negrin).

Bardzo lubię Spiritual Beggars. To bardzo mili ludzie, uważam, że grają dobrą muzykę. Arch Enemy... Oczywiście jest bardzo dobre w swoim gatunku. Ale naprawdę nie lubię już takiej muzyki. Znaczyła dla mnie wiele kilka lat temu, ale teraz nie ma w niej dla mnie nic ekscytującego.

Wracając więc do tego, co teraz cię ekscytuje, do muzyki, którą grasz teraz: jak sądzisz, co pomyślą o niej, o Firebird na przykład fani Carcass? Czy myślisz, że ktoś z nich się do niej przekona?

Myślę, że niektórzy to zaakceptują, a niektórzy - znienawidzą. Tak to już jest. Wyobrażam sobie, że niektórzy ludzie z tamtej sceny poszli naprzód, rozwinęli się tak, jak ja. Może to właśnie niektórzy z nich będą zainteresowani. Wydaje mi się, że ciężka muzyka ma sens wtedy, gdy znasz jej historię, to, skąd się wywodzi. Wiem, że są ludzie, którzy znają wszystkie płyty Led Zeppelin itd. i widzą w tym coś więcej, niż tylko superbrutalną muzykę. I są młodzi ludzie, którzy za pewne wcale o to teraz nie dbają.

O co?

O całą historię...

(przerywam) Nie, nie mogę się tu z tobą zgodzić. Ja sam jestem młodym gościem, ale głęboko siedzę w tym, co nazywasz historią rocka, w dźwiękach latach 60. i 70.

To dobrze.

Siedzę też w cięższej muzyce, w metalu, ale uważam, że jest coś... coś magicznego w brzmieniu lat 60. i 70. Nie sądzisz?

Tak, jest w tym sporo magii, w atmosferze tych płyt. Ludzie pozwalali rzeczom postępować w naturalny sposób.

No właśnie, jeśli już o tym mówimy... Czy myślałeś kiedyś nad wyjaśnieniem tego, dlaczego ta muzyka jest świeża, w każdym razie ja uważam, że jest świeża dziś, na przełomie tysiącleci, podczas, gdy rzeczy nagrywane dzisiaj są, moim zdaniem, często dużo mniej świeże, pozbawione energii, spontaniczności? Jak myślisz, dlaczego ta muzyka ma wciąż tyle świeżości?

Myślę, że, tak jak powiedziałeś, to było naprawdę spontaniczne. Było spontaniczne wtedy i, jeśli jest dobrze nagrane, wciąż jest, aż do dziś, na winylu. Sądzę, że wiele z tego, co powstaje dziś jest zbyt wykalkulowane i "przeprodukowane". Z kolei jeśli porówna się muzyków... Wtedy było tak wielu niesamowitych instrumentalistów i fantastycznych wokalistów. Dziś jakoś nie mogę tego usłyszeć. Nie chcę oczywiście negować wszystkiego, co się teraz dzieję, gdyż, rzecz jasna, zawsze znajdą się jakieś dobre zespoły, jacyś dobrzy artyci. Mogą być trudni do znalezienia, ale są. Myślę, że późne lata 60., wczesne 70. były wspaniałymi czasami dla muzyki. Było tyle obszarów do zagospodarowania, ludzie robili to, co chcieli.

Wróćmy jednak do Firebird. Czy istnieje jakaś określona grupa ludzi, do których chciałbyś kierować swoją muzykę?

Niezupełnie. Właściwie chciałbym, żeby każdy mógł zainteresować się tą muzyką. Jednak mówiąc realistycznie, tu, w tym kraju, jest wielu zwolenników sceny stonerrockowej. Ja wiem, że nie jesteśmy zespołem stonerrockowym, Black Sabbath itp. nie mają na mnie naprawdę tak wielkiego wpływu. Ale w naszej muzyce jest wystarczająco dużo podobieństw, żebyśmy mogli znaleźć zrozumienie wśród tej publiczności. Zatem to jest dobry punkt zaczepienia. To właściwie trochę dziwne. Ja chciałbym po prostu na powrót umieścić rocka tam, gdzie jego miejsce w tym kraju. Bo, wiesz, naprawdę jest poniewierany przez rzeczy takie, jak muzyka dance itp...

Tak. Myślę jednak, że nie tylko, jak mówisz, w Twoim kraju, ale - niestety - wszędzie na świecie...

Właśnie...

A czy istnieje jakaś nazwa, z którą mógłbyś skojarzyć swoją muzykę (śmiech Billa)? Wiesz, oczywiście nie mam najmniejszego zamiaru namawiać Cię do szufladkowania swojej własnej twórczości! Ale, jak sam powiedziałeś, nie uważacie się na przykład za zespół stonerrockowy. Czy jest więc coś takiego, za co się uważacie?

Hmm... (śmiech) Właściwie to po prostu rock. Naprawdę nie chcę wymyślać dla tego jakieś etykietki. Na tym etapie byłoby to zwyczajnie głupie. Ten album to dla mnie po prostu rockowa płyta. Wiesz, gitara, bas, bębny, głos, tu i tam organy.

Wiesz, pierwszą rzeczą, która przyszła mi na myśl po wysłuchaniu płyty było to, że słyszałem tu tak duży wpływ i tak wiele dźwięków przypominających mi The Cream. Czy mam rację?

Taaak! To śmieszne, ale bardzo lubię, kiedy ludzie o tym wspominają. Tak, zdecydowanie. To jeden z zespołów, którymi zainteresowałem się naprawdę bardzo mocno kilka lat temu. Wiesz, tak jak wielu ludzi wcześniej, znałem wszystkie słynne piosenki The Cream, ale nie cofnąłem się w czasie, żeby posłuchać wszystkich płyt od początku do końca. Zmieniło się to dopiero, nie wiem, jakieś pięć lat temu, co na pewno jest trochę dziwne. Ta muzyka okazała się dla mnie bardzo inspirująca. Tak, oni odkrywali nowe terytoria, naprawdę mieli odwagę. Oczywiście od czasu do czasu nie wychodziło, ale kiedy już wychodziło, było niesamowite. Tworzyli piosenki w szalony sposób, wyprzedzali tym swój czas. Uwielbiam te dźwięki, wszystko! Dzisiaj może brzmią, nie wiem, bardzo odległe w stosunku do zaawansowanych technik produkcji używanych teraz, ale w tym chyba po prostu "coś" było...

Wyobraź sobie przez chwilę, że Leo i nowy perkusista są niedostępni, masz natomiast możliwość utworzenia zespołu takiego, jak Firebird z udziałem jakichkolwiek muzyków, żyjących lub martwych. Kogo byś wybrał, do kogo byś się zwrócił (śmiech Billa)? Wiesz, chodzi mi o to, że muzycy mają zazwyczaj takie marzenia - zwykle dotyczące tych martwych - gdy myślą sobie: "Jak ja bym chciał zagrać z tym facetem...". Czy Ty nie masz żadnych takich myśli?

To naprawdę trudne pytanie... Są rzesze muzyków, których naprawdę szanuję. W pewnym sensie byłoby niesamowite zebrać ich razem. Ale druga połowa mnie mówi, że byłoby to zbyt zatrważające. To śmieszne, ale jeśli chodzi o Firebird, nie wyobrażam sobie, żeby działał z kim innym, niż młodymi muzykami dnia dzisiejszego. Właściwie ci faceci są jedynymi ludźmi, o których mogę w tym przypadku myśleć. Jestem świadomy, że grają w ten właśnie sposób i wobec tego są właściwie doskonali. Gdybym miał tworzyć swój zespół marzeń, myślałbym o wszelkich szanowanych przeze mnie ludziach z przeszłości, o różnych Jackach Bruce'ach, Ianach Paice'ach i o kimkolwiek tam jeszcze... Ale w rzeczywistości myślę sobie, że ten czas był, wiesz... dawno temu (śmiech). Dziwna rzecz: to nowy zespół, mamy stare inspiracje, ale wydaje mi się, że dopiero zaczynamy i idziemy naprzód. Nie chodzi nam o ożywianie przeszłości. Czerpiemy po prostu wzory z tych grup.

No właśnie, mówisz, że idziecie naprzód. Czy w związku z tym macie jakieś nowe kawałki do nagrania, macie jakieś plany nagraniowe?

Tak, mamy. Jak już wspominałem na początku, minęło dosyć dużo czasu od nagrania płyty. Japończycy zaczynają nas już prosić, żebyśmy przygotowywali się do następnego albumu. Więc kiedy wszyscy trzej będziemy mieli czas, prawdopodobnie właśnie to zrobimy. Może pod koniec tego roku. Pracuję teraz nad nowym materiałem, pojawiają się bardzo różne rzeczy. Napisałem stosunkowo dużo piosenek przez te ostatnie parę lat, są różne stare fragmenty, których mogę użyć. Mam też nowe pomysły.

Jeśli chodzi o skład grupy, czy są jakieś szanse na jego rozszerzenie, na przyjęcie nowych ludzi, czy też chcesz w zespole tylko trzech muzyków?

W tej chwili odpowiadają mi trzej. Szczególnie w przypadku grania koncertów jest to świetne. A kiedy wchodzisz do studia, możesz po prostu kogoś zaprosić albo dograć dodatkowe partie instrumentów samemu. Ale jeśli chodzi o grę na żywo, obecna sytuacja jest wspaniała i nie chciałbym niczego mieszać. Może kiedyś poszukamy klawiszowca, ale na pewno nie teraz.

Dobrze, teraz coś trochę innego, bardziej ogólnego. Czy istnieje coś takiego, co dla ciebie jest najbardziej pasjonującą rzeczą w graniu, w byciu muzykiem rockowym?

Który aspekt jest najbardziej pasjonujący?

Właśnie tak.

Myślę, że granie jako takie. To może być nawet próba, to nie musi być przed publicznością - jakkolwiek to jest oczywiście najlepsze, jeśli tylko wszystko się udaje. Kocham także nagrywanie. Właściwie kocham wszystkie tego aspekty. Przemysł muzyczny i te sprawy naprawdę wkurzają i nigdy nie byłem tym zainteresowany. Ale wiesz, to jest tak, jak ktoś kiedyś powiedział: czasem rzeczy, które kochasz są bardzo bliskie rzeczom, których nie możesz znieść...

Tak zwykle jest... Czy pamiętasz ile miałeś lat, kiedy zacząłeś grać na gitarze?

Tak, to było chyba około... (zastanawia się) Pierwszą gitarę dostałem chyba, kiedy miałem jakieś 12 lat. Ale właściwie zacząłem cokolwiek grać, kiedy miałem około piętnastu... Tak, tak mi się wydaje (śmiech).

A teraz bardziej techniczne pytanie dotyczącego tego tematu: jaka jest twoja ulubiona gitara, ta, na której grasz?

To Gibson Les Paul Junior.

A jakiego sprzętu używasz?

Poza gitarą używam strasznie starego 50-watowego Marshalla.

Czy jest coś takiego, w stosunku do czego jesteś świadom, że zostało Ci to do osiągnięcia jako artyscie? Jest jakiś cel, do którego w ten sposób dążysz?

Tak, mam chyba kilka różnych celów. Nie chciałbym ich otwarcie wyrażać, bo to często psuje wszystkie starania. Właśnie zacząłem pisać nowe piosenki, więc oczywiście chcę być w tym coraz lepszy i stworzyć jak najlepszy zestaw piosenek na następną płytę. Jeśli chodzi o granie i śpiewanie - znów, chcę być coraz lepszy. Śpiewanie jest dla mnie wciąż nową rzeczą, więc podniecające jest to, że w ciągu 12 miesięcy można zrobić naprawdę ogromne postępy. Jest więc wiele rzeczy, które mam nadzieję osiągnąć.

Dobrze, a teraz zupełnie inne pytanie - pytanie, które zadajemy wszystkim muzykom, z którymi rozmawiamy. To jest wywiad dla serwisu internetowego, więc chciałbym wiedzieć czy Ty używasz internetu?

Używałem go okazjonalnie. Nie wiem naprawdę nic o komputerach, więc ilekroć używałem internetu, było to u przyjaciół lub coś w tym stylu i to oni pokazywali mi jak się z tym obchodzić (śmiech).

Myślisz, że to jest użyteczna rzecz?

O tak, na pewno taka jest! Wydaje mi się, że wszystko, co jest nową formą komunikacji, co przesyła informacje naprawdę szybko i umożliwia ludziom lepszy dostęp do nich musi być ekscytujące.

A co z zagrożeniami, na które niektórzy wskazują, kiedy ostrzegają przed zamianą prawdziwego życia na życie "wirtualne", rzeczy, które robiło się normalnie na podobne rzeczy wykonywane on-line? Myślisz, że niebezpieczeństwa wskazywane przez internetowych sceptyków są prawdopodobne?

A co oni mają przez to na myśli?

No nie wiem, na przykład to, że za parę lat nie będziesz wychodził z domu i będziesz załatwiał wszystkie swoje potrzeby za pośrednictwem komputera.

Tak, myślę, że w przypadku niektórych ludzi to jest realna możliwość. To widać już teraz. Są tacy, którzy spędzają całe swoje życie przed komputerem. Nie można ich potępiać, skoro są szczęśliwi, ale to jest trochę przerażające. Byłoby po prostu milej spędzić ten czas z ludźmi, gdzieś na zewnątrz, coś w tym stylu. Nie wiem, wgapianie się w ekran prowadzi po jakimś czasie do alienacji...

Tak... Cóż, myślę, że to by było wszystko. Jest jeszcze jakieś pytanie, na które szczególnie chciałbyś odpowiedzieć, a ja akurat go nie zadałem?

Nie, raczej nie. Przygotowałeś naprawdę świetny zestaw pytań.

Dzięki. Czy jest coś, co chciałbyś na zakończenie powiedzieć naszym czytelnikom?

Mam nadzieję, że będziecie mieli szansę usłyszeć naszą płytę. A przede wszystkim mam nadzieję, że nadarzy się okazja przyjazdu do Polski. Nie ważne, czy pod koniec tego roku, czy w przyszłym roku, po prostu bardzo byśmy tego chcieli.

« Poprzednia
1
Następna »
Komentarze
Dodaj komentarz »

Materiały dotyczące zespołu

Czy dużo chodzisz?