|
|
strona: 2 z 3
Kolejną czarną gwiazdą, pobłyskującą obok Gwiazdy Polarnej, jest szwedzka grupa In Flames, złożoną z 5 facetów, grających melodyjny death, nie wolny od folkowych wpływów(!), co słychać na ich ostatnim dokonaniu "The Jester Race" (1996). Nie chodzi mi oczywiście o wesolutkie przytupy i hołubce, ani o celtyckie pobrzdękiwania a la Clanned, bowiem folk przemycany przez zespół jest zdecydowanie poważniejszy i "ciemniejszy". Jest to naprawdę miłe szwedzkie granie, gdzie trudno się doszukać blackmetalowych kwików i porykiwań. In Flames ma to do siebie, że doskonale łączy ciężar gatunku (niskie strojenie gitar) z niesamowitą rytmiką i głębokim growlingiem X.Andersa.
Zupełnie odmienny death przedstawia nam niemiecka grupa Crematory, mój zdecydowany faworyt gatunku. Patrząc na 5 twarzy spoglądających na mnie z wkładki, myślę, że raczej nie chciałabym spotkać żadnego z miłych panów w ciemnej uliczce na rogatkach. Ale to wrażenie pryska, gdy zapuszczam któryś z czteroalbumowej kolekcji zespołu. Przyznam szczerze, że dwie pierwsze płyty ("Transmigration" (1993) i "Just dreaming" (1994)) nie przyprawiły mnie o jakąś szczególną palpitację serca za dnia, czy nocny somnabulizm w kierunku sprzętu grającego. Za to dwie kolejne wynagrodziły mi to z nawiązką - "Illusions" (1995) i "Crematory" (1996) okazały się strzałem w szóstkę (albo trzy). Połączenie fascynującego growlingu ze zwykłym (ale niezwykłym...) głosem, proste i przejrzyste teksty o przemijaniu, śmierci i miłości(!), a do tego klawisze, klawisze, klawisze... Niesamowity efekt dało nagranie ostatniej płyty w ojczystym języku chłopaków - zaryzykuje stwierdzenie, że nagrana w angielskim byłaby tylko powieleniem poprzedniczki. Do tej pory jedynie Lacrimosa (rock gotycki) potrafiła zachwycić mnie tekstami w języku niemieckim. A tu taka niespodziewanka na metalowym podwórku... to będzie chyba moja płyta roku 1996. "Flieg' mit mir wohin du willst, ich nehm' dich gerne mit doch eins das weiB ich ganz genau, zuruck komme ich nicht".
Ze słonecznej Portugalii pochodzą dwa kolejne zespoły - Heavenwood i Moonspell. Aż dziw bierze, że to właśnie w promieniach słońca może powstawać takie mroczne piękno. Heavenwood określany jest często przez "znawców" jako przykładny naśladowca Crematory i Moonspella. Ja dorzuciłabym do tej dwójki jeszcze Cathedral, którego wpływy są szczególnie widoczne w piosence "Judith Heavenwood", pochodzącej z LP "Diva" (1996). Jest to naprawdę niesamowity album sześciu niezgorzej obrośniętych facetów. Growlingowy wokal XX rzeczywiście nasuwa skojarzenia z Crematory, ale nie ma tu takiej patetyczności i klawiszy. Jest za to niebiański wręcz klimat - rzadko kiedy okładka oddaje tak wiernie ducha muzyki (niebieskookie blond dziecię z korona cierniowa na tle wschodu słońca). Tematyka, jak to w strefie (z)mroku, począwszy od uczuć wypalających w sercu swe znamię, skończywszy na legendach i podaniach ludowych. Szczerze polecam. Szczególnie wielbicielom prozy Allana Edgara Poe. Następny zespół, o którym już wspomniałam, trudno podciągnąć pod jeden określony gatunek metalu. Bo czy nie brak na "Under the Moonspell" (1994) elementów zdecydowanie blackowych? (Pomijam tu oczywiscie twór Daemonium - "Dark Opera", w którym brał czynny udział Ernesto Ribeira - demoniczny i pełen uroku wokalista Moonspella). Czy pełen magii, namiętności, wampirów i perwersji świat opisany na "Wolfheart" (1994) i "Irreligious" (1996) nie łapie deathowych klimatow? Dlatego z pełną odpowiedzialnością klasyfikuje ich właśnie tu. Pierwszy album - zupełnie nie oszlifowany diament, zarówno pod względem wokalu, jak i muzycznie, i drugi, tym razem brylancik - przemyślany i doskonale zaaranżowany, maja zdecydowanie jedną cechę wspólną: muzycy czerpali w dużej mierze natchnienie z filozofii markiza de Sade. Jest w tej muzyce coś, co faktycznie rzuca specyficzny czar na słuchacza. Nie wiem, czy to charyzmatyczny wokalista, czy pełna orientalnych wpływów muzyka, ale nie da się przejść obojętnie obok Moonspella.
autor: Vampire
tutaj od 24.05.1997
|
|
|