|
|
| relacja: Jethro Tull, Warszawa "Colosseum" 10.06.1997
|
miejsce, data: Warszawa, Colosseum, 10.06.1997
Wstydzę się mojej ignoracji kompletnej i całkowitej. Wstydzę się tym
bardziej, że znałem Jethro Tull od dawna, nie dopadłem jednak żadnych
płyt, nie wiem nawet, jak nazywają się muzycy... Mimo to zabieram sie
z motyczką na słońce i piszę tę relację.
W dniu koncertu nie miałem jeszcze biletu, postanowiłem nabyć go
w ostatniej chwili, udało się, ale musiałem zapomnieć o ładnej wersji
wejściówki, dostałem kwitek identyczny z dyskotekowym. Zastanawiam
się, czy ludzie, zajmujący się zbieraniem pieniędzy z "Colosseum"
kiedykolwiek próbowali wejść na swoją własną imprezę. Właściwie wcale
się nie zastanawiam, wiem, że nie. Inaczej wszyscy nie musieliby
cisnąć się do jedynego wąskiego przejścia. W końcu udało się dopchać,
weszliśmy, dotarliśmy pod scenę, koncert rozpoczął się punktualnie
o dziewiętnastej. Szkoda tylko, że nikt nie poinformował o konieczności
godzinnego czekania w piekielnym skwarze i zaduchu... Gęsta atmosfera
skutecznie uniemożliwiała oddychanie, pot zalewał obecnych, nic nowego
w tym miejscu, ale czy naprawdę nie można postawić kilku dużych wiatraków?
Chciałem napisać "dość marudzenia", ale temperatura i ilość tlenu
naprawdę zdecydowanie pogarsza odbiór koncertu, niewiele brakowało,
a zrezygnowalibyśmy ze stania niedaleko sceny... Teraz jednak to powiem:
dość marudzenia. Kilka minut przed wyjściem zespołu na maleńką scenę
miła pani powiedziała nam, że po godzinie grania nastąpi piętnastominutowa
przerwa, poprosiła też (wzbudzając owację) o niepalenie, tak chciał
zespół.
Weszli. Publiczność oszalała, miała ku temu całkiem niezły powód.
Jethro Tull wyczarował dla nas pierwsze magiczne, śliczne, uduchowione,
a czasem po prostu ostro rockowe, dźwięki. Usłyszeliśmy fragmenty klasyki
("J.S. napisał trzysta lat temu specjalnie dla nas ten utwór" - tak
wyglądała zapowiedź przeboju bachowskiego), także autorstwa zespołu,
co chwila padała data powstania kolejnego utworu, przeważały starsze
ode mnie. Jethro Tull całkiem swobodnie porusza się od granej na flecie
i klawiaturze klasyki do tremola na dwie stopy, charakterystycznego dla
łomotu, okraszonego naprawdę mięsistą gitarą. Nie jestem w stanie wymienić
utworów, nie znam tytułów, mam nadzieję jak najszybciej dokładnie poznać
twórczość zespołu, może wtedy znów do nas przyjadą? W każdym razie
doskonałej formie muzyków towarzyszyło równie doskonałe nagłośnienie,
będące miłym zaskoczeniem po beznadziejnej organizacji imprezy. Jethro
Tull warto słuchać na żywo, warto znać płyty, słuchać ich regularnie
i odkrywać na nowo. Są śliczni!
Dwie godziny koncertu trwało ledwie zauważalną chwilę, bawiąc się
ogromnymi balonami wyszliśmy powoli z namiotu. W samochodzie spotkała
mnie niespodzianka - zamiast szyby miałem masę drobnego szkła (nic nie
zginęło), koszt koncertu potroił się, ale i tak było warto...
autor: rick
Uwaga!
Nie zgadzasz się z autorem relacji? Sądzisz, że jesteś
w stanie opisać ten koncert lepiej? Spróbuj swoich sił, napisz
własną relację z koncertu
i wyślij do nas!
Dodaj swój komentarz!
|
|
| materiały dotyczące zespołu:
|
|