|
|
| relacja: Paradise Lost, Sundown, Warszawa "Stodoła" 2.11.199...
|
| wystąpili: |
Paradise Lost; Sundown
|
miejsce, data: Warszawa, Stodoła, 2.11.1997
2 listopad 1997r. miał być dla mnie szczególnym dniem. Wtedy bowiem,
w warszawskiej "Stodole" zagrać miał zespół dla mnie bardzo ważny - Paradise
Lost. Bo to właśnie dzięki nim zdecydowałem się parę lat temu zaglądnąć do
świata muzyki nieco ostrzejszej - metalu. Świata pełnego osobliwości, nieco
tajemniczego i chyba przez to tak interesującego. Między innymi właśnie
dlatego bardzo chciałem być na tym koncercie.
Normalnym problemem okazało się zdobycie w Krakowie biletu - oczywiście
nigdzie ich nie było. Sprawa spaliłaby na panewce, gdyby nie zupełnie
nieoczekiwana pomoc kumpla z Warszawy - starego znajomego jeszcze z FIDO
(wielkie dzięki, rick!).
Kiedy przyjechałem do Warszawy okazało się, że człowiek z biletem już czekał
na mnie na dworcu. A ponieważ do koncertu zostało jeszcze trochę czasu,
pojechaliśmy do niego do domu, aby o odpowiedniej porze udać się w stronę
"Stodoły" na upragniony koncert (zaczynał się o 20:30).
Przed wejściem tłoczyła się jeszcze spora grupa fanów, usiłujących dostać się
do środka. Po niezbędnych przy takich okazjach przepychankach, "Stodoła"
stanęła otworem. Od razu spotkała mnie bardzo niemiła niespodzianka -
support już grał. A przecież całkiem pokaźna grupka ludzi nie zdołała
jeszcze wejść. Cóż, zostałem uświadomiony, że to normalne na tego typu
imprezach, ale dla mnie normalnością jest raczej to, że człowieka, który
przychodzi na koncert i na dodatek płaci za to pieniądze, się szanuje,
a przynajmniej nie lekceważy. Ależ ja jestem staroświecki...
Wracając do muzyki - supportem była szwedzka grupa Sundown. Promowała swój
pierwszy album zatytułowany, o ile dobrze zapamiętałem "Design 19". Kapela
niby nowa, ale w jej składzie pojawiają się nazwiska jakby skądś znane,
m.in. Mathias Lodmalm (eks Cemetary) i, zapewne dobrze znany fanom Tiamatu,
Johny Hagel. Tak na boku: zastanawia mnie zbieżność nazwy zespołu i tytułu
jednej z płyt Cemetary - ktoś wie może coś na ten temat? Kapela prezentowała
się całkiem przyzwoicie. Co prawda muzyka jakby wtórna, ale rzemiosło
solidne - bardzo przyjemnie się tego słuchało. Warto byłoby chyba zwrócić
baczniejszą uwagę na ten zespół w przyszłości, ale obawiam się, że to
kolejna efemeryda. Obym nie miał racji. Niestety, gdzieś po 15-20min. zeszli
ze sceny (grali na pewno dłużej, ale nie dane mi było posłuchać wszystkiego
od początku). Trochę szkoda, mogli jeszcze pograć, ale przecież miał jeszcze
zagrać zespół, dla którego zapewne wszyscy tego wieczora zebrali się w tym
właśnie miejscu - Paradise Lost.
Po obowiązkowo przedłużającej się przerwie, w końcu pojawili się na scenie.
Nick Holmes, Gregor Mackintosh, Stephen Edmondson, Aaron Aedy i Lee Morris,
po prostu - Paradise Lost. Zespół niewątpliwie zajrzał do fryzjera (nie
wiem, czy to taka moda nastała, czy co?), ale ten widok nie był raczej dla
nikogo niespodzianką. Na początek zagrali, cóż by innego, singlowe "Say Just
Words". Publika pod sceną rozkręciła się na dobre, ale mnie, choć bardzo się
starałem, ten nastrój zupełnie się nie udzielił. Otóż nagłośnienie zostało
kompletnie skopane! Kolesie od dźwięku odwalili naprawdę kawał porządnej
fuszerki. Nie było nic słychać! To znaczy było głośno, bardzo głośno,
basy wciąż odbijały się czkawką, tylko co z tego skoro cały czas coś
brzęczało, szumiało i trzeszczało - nie do wytrzymania. Marzenia o czystym,
selektywnym brzmieni pozostały tylko marzeniami - do końca koncertu było już
tak samo. Na moje nieszczęście nie dysponuję ani stalowymi nerwami, ani
drewnianymi uszami, a byłyby bardzo potrzebne. Musiałem wyjść z sali, może
i jestem nieco przewrażliwiony, ale w hallu spotkałem wiele osób myślących
podobnie jak ja. Dużym plusem, jedynym chyba okazała się dla mnie możliwość
osobistego poznania i porozmawiania ze znajomymi z sieci, których całkiem
sporo przyszło na koncert. Jeden z nich podsumował cały koncert tyle krótko,
co treściwie: "Boleję" ((c) by slz). Sam bym tego lepiej nie ujął.
Niemniej jednak spora grupa ludzi bawiła się świetnie, przynajmniej tak
mówili.
Jeśli kogoś to ciekawi: dźwięki wydobywające się z głośników momentami
przypominały nieco następujące utwory: "Say Just Words", "One Second",
"Disappear", "Blood Of Another", "Forever Failure", "Hallowed Land",
"True Belief". Więcej nie pamiętam. Na ostani bis poszło jeszcze wiekowe
"As I Die" - najstarszy kawałek jaki zagrali. A przecież, abstrahując od
"Lost Paradise", była taka płyta "Gothic". Zapomnieli już?
Podsumowując: po pierwsze: chciałem zaliczyć cały koncert, po drugie:
chciałem posłuchać muzyki, a nie tego czegoś; i po trzecie wreszcie:
chciałem dobrze się bawić. Po trzykroć - chciałem. I po trzykroć okazałem
się głupcem. Ale może ja nie jestem normalny, że mam az tak wysokie wymagania...
autor: orzech
Uwaga!
Nie zgadzasz się z autorem relacji? Sądzisz, że jesteś
w stanie opisać ten koncert lepiej? Spróbuj swoich sił, napisz
własną relację z koncertu
i wyślij do nas!
Dodaj swój komentarz!
|
|
| materiały dotyczące zespołów:
|
|