zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku poniedziałek, 10 sierpnia 2020

relacja: Candlemass, Cemetery of Scream, Kraków "Studio" 20.09.2007

14.10.2007  autor: Muflon
wystąpili: Candlemass; Cemetery Of Scream
miejsce, data: Kraków, Studio, 20.09.2007

Jaka szkoda, że Candlemass nie pojawili się w naszym kraju rok wcześniej. Po rewelacyjnym albumie zatytułowanym po prostu "Candlemass" i ze swoim najlepszym i jedynie słusznym wokalistą Messiah Marcolinem. Jednak jako rzecze przysłowie - "jak się nie ma co się lubi...". Nic to, że najnowsza propozycja Szwedów tchnie totalną przecietnością na tle swoich poprzedniczek, co z tego, że nowy nabytek, czyli znany z amerykańskiego Solitude Aeturnus Robert Lowe, na każdym kroku ustępuje pulchnemu mnichowi? Koncert legendy i jednego z prekursorów doom metalu wciąż jest sporą atrakcją, zwłaszcza, że przez fochy rzeczonego Marcolina Candlemass nie koncertował zbyt intensywnie ostatnimi czasy.

Zaszczyt wystąpienia w roli supportu kopnął zasłużoną, krakowską formację Cemetery Of Scream. Nie czarujmy się jednak, przy absurdalnych cenach biletów można w ciemno stwierdzić, że na sali nie było ani jednej osoby, która wybrała się na ten koncert głównie dla naszej rodzimej formacji. Dość powiedzieć, że frekwencja była jeszcze gorsza niż na lutowym koncercie Solitude Aeturnus (również Kraków) i wynosiła nieco ponad sto osób. Można spekulować, czy to faktycznie zaporowa cena wejściówek tak przetrzebiła fanów mrocznych dźwięków, a może usytuowanie klubu "Studio" w środku miasteczka studenckiego, gdy rok akademicki się jeszcze nie zaczął? Tak czy inaczej, nawet recenzent, przez którego wynurzenia właśnie staracie się przebrnąć, uznał, że lepiej będzie zintegrować się z ludźmi oczekującymi na koncert przed klubem, niż zamulić się na wejściu smutnymi dźwiękami Cemetery... sorry panowie (i jedna pani)!

Przed wejściem na scenę bohaterów wieczoru pojawiły się na niej wielkie, białe krzyże. Nigdy nie wgłębiałem się jakoś szególnie w przekaz Candlemass, ale nabrałem podejrzeń, że mogą oni mieć niecny zamiar nawrócenia grzesznej, metalowej braci. Ilość krzyży na scenie mogła o tym świadczyć, gdyż zamiast tradycyjnie jednego (albo trzech, jeśli dostawić dwóch łotrów) zainstalowali aż cztery, zapewne by zwiększyć siłę rażenia tego chrześcijańskiego symbolu, który dzięki temu był widoczny z każdego punktu sali, na dodatek w liczbie mnogiej. Na szczęście dostępne w "Studiu" piwo skutecznie chroniło nieświadomą zagrożenia gawiedź przed religijnym uniesieniem, wzmacniając przy okazji chęć usłyszenia solidnych, metalowych dźwięków.

Gdy w końcu panowie z Candlemass dumnie wkroczyli na scenę publiczność ogarnął szał. Może nie stawiła się ona zbyt licznie, jednak trzeba przyznać, że składała się w większości z oddanych fanów, którzy wiele lat cierpliwie czekali na możliwość podziwiania na żywo swoich faworytów. Już od pierwszych taktów "The Well Of Souls" szaleństwo rozgorzało na dobre. Ludzie wyśpiewywali teksty kolejnych szlagierów Candlemass. Oczywiście nie mogło zabraknąć tak żelaznych pozycji, jak "At The Gallows End" czy kultowego "Solitude", którego chyba nikt nie spodziewał się nieomal na samym początku koncertu. Rzut oka na scęnę, by przekonać się jak prezentują sie klasycy doom metalu sprawia, że nabieram do nich jeszcze większego szacunku. Mimo, że na scenicznych deskach wystepują nie od wczoraj, to wciąż bije od nich młodzieńcza energia. Mózg zespołu, czyli basista Leif Edling, luzacko i chciałoby się rzec, rock'n'rollowo porusza się po scenie. Bardzo aktywni gitarzyści również biegają i prężą się niczym rasowi rockmani. Można było odnieść wrażenie, że muzycy męczą się wykonując tak mozolne dźwięki, gdyż widząc ich niebywałą chęć do grania aż się prosiło, by załupali w końcu coś z przytupem.

Osobną kwestią jest nowy wokalista Szwedów. Moim zdaniem pomysł zatrudnienia Lowe był chybiony. O ile na płycie w miarę solidnie wywiązał się ze swojego zadania, o tyle na koncercie nie sprawdza się kompletnie. Wokalnie jeszcze pół biedy, chociaż wiadomo, że nie może się równać z potężnym Marcolinem. Cały dramat polegał na jego scenicznej prezencji. Pomalowane paznokcie, teatralne pozy i tego typu atrakcje skutecznie starały się zmienić solidną, metalową sztukę w jakiś cyrk dla mrocznych fanek czarnych róż i mizantropijnych stracenców publikujących swoją poezję na blogach. Gdy stałem z tyłu i mrużyłem oczy, mogłem spokojnie wyobrazić sobie, że oto widzę na scenie Romana Kostrzewskiego. Ta sama fryzura (obfite zakola kontrastujące z blond szopą) oraz komiczne zachowanie, z tą niewielką różnicą, że nasz Wesoły Romek dobrze wie, że bawi swym zachowaniem publiczność. Candlemass powinno trzymać fason jako reprezentant starej szkoły. Mam nadzieję, że sympatyczny skądindąd Robert dostanie po tej trasie reprymendę i weźmie ją sobie do serca, ewentualnie pożegna się z tym zespołem na rzecz kogoś z bardziej europejskim podejściem do funkcji frontmana zespołu doommetalowego. Jakby potwierdzeniem tej tezy był fakt, że utwory z ostatniej płyty "The King Of The Grey Islands" odstawały od tych starszych. Zdawały się być bez wyrazu, pozbawione swoistej nadnaturalnej mocy, którą dało się wyczuć w starszych kompozycjach.

Odbiciem mych słów niech będzie zestaw, jaki przygotowano na bisy. Najpierw rewelacyjny "Black Dwarf", który pokazał jak wspaniale mógłby wyglądać koncert Candlemass, gdyby zawierał szybszy repertuar. Pod sceną prawdziwa walka, jakby obudzona z letargu żwawą kompozycją otwierającą płytę "Candlemass" publika pławiła się w ekstazie ciesząc się pierwszym tego wieczoru tak motorycznym tempem. Następnie zaaplikowano dwa walcowate ciosy pod postacią "Samarithan" oraz zagranego na sam koniec, przepotężnego "Dark Reflection", który unaocznił wszystkim zebranym jak słaba jest ostatnia płyta na tle klasycznych pozycji Candlemass.

Zakładając, że na koncercie znaleźli się tylko oddani wyznawcy Candlemass, spokojnie można stwierdzić, że nikt nie miał prawa wyjść z koncertu zawiedziony. Nawet jeśli komuś nie do końca odpowiadała postać Roberta Lowe za mikrofonem, to reszta zespołu rekompensowała tą niedogodność grając naprawdę potężny koncert. Młodsi adepci doom metalu w dalszym ciągu mogą się wiele nauczyć od swoich wciąż niedoścignionych mistrzów.

Komentarze
Dodaj komentarz »

Materiały dotyczące zespołów

Napisz relację

Piszesz ciekawe relacje z koncertów? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Czy słuchając rocka i metalu jesteś w stanie odróżnić partie poszczególnych instrumentów?