zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku niedziela, 20 stycznia 2019

relacja: Castle Party 2007, Bolków "Zamek" 27-29.07.2007

20.12.2007  autor: Clanah
wystąpili: Navigator; C.H. District
miejsce, data: Bolków, Zamek, 27.07.2007
wystąpili: I Am X; Diary Of Dreams; Suicide Commando; Pride & Fall; Diorama; Miguel and The Living Dead; Catastrophe Ballet; The Royal Dead; Tear
miejsce, data: Bolków, Zamek, 28.07.2007
wystąpili: Front Line Assembly; Mortiis; The Legendary Pink Dots; Fading Colours; NFD; Angelspit; Desdemona; Cemetery Of Scream; Mass Kotki
miejsce, data: Bolków, Zamek, 29.07.2007

Czas, jaki minął od tegorocznej edycji Castle Party, wyostrza wspomnienia - na pierwszy plan wybijają się najważniejsze, zaś giną te o śladowym znaczeniu...

Do Bolkowa przyjechaliśmy w piątkowy wieczór, akurat na tyle wcześnie, by dość bezproblemowo odebrać przed zamkiem bilety i akredytacje, jednak zbyt późno, by zobaczyć show francuskiego kolektywu, zajmującego się "body modifications - exiting body piercing".

Na uwagę zasługiwał fakt, że w tym roku obyło się bez większych kolejek na przedmurzu, co - w połączeniu z ogromną liczbą uczestników festiwalu - stanowiło naprawdę miłą niespodziankę. Przez trzy dni imprezy przechodzenie z zamku i na zamek, mimo wąskiego gardła, odbywało się w miarę bezboleśnie. Fakt, że bezproblemowo można było wnosić profesjonalny sprzęt fotograficzny bez konieczności posiadania fotopassu również uważam za pozytyw i przejaw zdrowego rozsądku (tegoroczne negatywne doświadczenia z Open'eru pokazały, jak można zepsuć humor już na etapie wchodzenia na teren imprezy).

Kiedy dotarliśmy na dziedziniec, grać rozpoczynał dj C.H. District, a na scenie instalacje mocował sowicie wyposażony (bynajmniej nie przez naturę) w malownicze tatuaże, skaryfikacje i kilogramy żelastwa zręczny młody człowiek, dając posmak tego, co mogli zobaczyć więksi szczęściarze o mocnych nerwach, którzy wcześniej dojechali do Bolkowa.

Piątkowy wieczór upłynął pod znakiem szwędania się po zamku. Występy DJów przyciągnęły sporą grupkę fanów podrygiwania, niestety bruk dziedzińca nie sprzyja zbytnio wygibasom. Moją uwagę zwrócił szczególnie C.H. District - materiał, który zaprezentował Matyjasek różnił się nieco od jego wcześniejszych dokonań (wspominam tu przede wszystkim imprezę po warszawskim koncercie Red Emprez czy muzycznym tle spektaklu "Suka Off"). "Digital punch" czy "click and cut", prezentowany przez Matyjaska w podziemiach warszawskiej "Zachęty" na którejś z kolei edycji "Warsaw Electronic Festival", naprawdę dawały radę. W piątkowy wieczór odkryłam projekt na nowo, po dłuższej przerwie w śledzeniu jego twórczości, którą znam zresztą tylko z live-actów. Okazało się, że projekt ewoluuje w kierunku bardziej klubowych dźwięków z mile łechcącymi niskimi tonami (nagłośnienie plenerowe - studnia dziedzińca pozostawiały wiele do życzenia), za co - i to dało się zauważyć - publika była wdzięczna. Na szczęście wraz ze wzrostem przystępności muzyka Matysiaka nie stała się mniej interesująca, a całość przypominała troszkę dokonania mniej hiciarskich zespołów ze składaków Das Bunker. DJ 4-got-10 mignął mi prawie niezauważony, lecz Leszek Rakowski doskonale sprawdza się w roli undergroundowego wodzireja - zawsze, gdy mam niewątpliwą przyjemność brać czynny udział w jego setach tańcząc, jak zagra, schodzę z parkietu pełna uwielbienia. Muzyka serwowana przez niego jest łatwa, lekka i przyjemna, pozbawiona ogranych hitów, mocno transowa i daleka od siermiężnego, oldskulowego i opartego o dwadzieścia ogranych parkieciaków dark electro - to miła odskocznia. Pół godziny harcowania i zziajana, zmęczona całodzienną podróżą przeniosłam się na kwaterę.

Sobotnia aura, mimo że daleka od doskonałości, w porównaniu do niedzielnego sajgonu sprzyjała dość aktywnemu uczestnictwu w zamkowych wydarzeniach. Z poziomem reprezentowanym przez artystów bywało jednak do końca festiwalu naprawdę różnie. Skład Castle Party 2007 był mocny - i jednocześnie mocno nierówny. Większość formacji prezentujących się przed headlinerami spełniało w moim odczuciu rolę wypełniaczy. Nie bez chlubnych wyjątków: Dioramy, Legendary Pink Dots i Angelspit. Z wielkim żalem przyjęłam rozpiskę, według której Diorama zagrała w blasku zachodzącego słońca - odjęło to muzyce sporo magii, ale był to naprawdę dobry muzycznie występ - wokalista umie śpiewać, zespół gra przyjemnie, wypadli dobrze. Zagrali dość krótko, wystarczająco jednak, by rozbudzić apetyty na więcej. Nie przepadam za koncertami za dnia, a takie zawsze muszą mieć miejsce podczas festiwali, tak więc występ Dioramy po raczej zniechęcającym, jednokopytowym i wygładzonym Pride And Fall oraz jak na mój gust zbyt jajcarskim Miguel And The Living Dead (panom wyjątkowo dopisywał humor), który jednak w odróżnieniu do Pride And Fall tchnie ducha (sic!) w skostniałą scenę polskiego death - punka. Zaś Pride And Fall, no cóż, nic oryginalnego... Tak więc występ Dioramy, mimo niesprzyjających warunków świetlnych, był naprawdę dobry. Pogoda nadal dopisywała, a konsumpcja Guinessa dystrybuowanego na zapleczu gastronomicznym umilała chwile, w czasie których na scenie produkował się dajmy na to właśnie Pride And Fall.

Suicide Commando, a właściwie sam Johan Van Roy plus skład koncertujący, od dłuższego czasu gra muzykę łatwą, ciężką i przyjemną. Większość płyt wygląda tak samo - zbalansowana liczba numerów spokojnych, parkietowych i remiksów tychże. Osobiście uważam ich przeboje za udane, choć nieco zbyt ograne, w związku z czym przez lata mogły się osłuchać. Koncert z 2004 roku w Bolkowie był pełen hiciorów - lecz nie tylko dlatego uważam go za bardziej udany od tegorocznego. Co do poczynań Johana AD 2007 - zmienił efekt na wokalu i dalej grał przeboje, łącznie z tymi z nowej płyty "Bind, Torture, Kill". Niestety... coś nie zaskoczyło. Oprawę wizualną stanowiły fragmenty DVD, czyli coś, co już było. Tym razem zabrakło żywej perkusji - wpłynęło to na dynamikę. Oprawa świetlna z pewnością była gorsza. W każdym razie wiem, że grono, w którym przyglądałam się poczynaniom Van Roya, podzielało moje poglądy. Występ nie miał po prostu jaj, nie był tak agresywny, jak poprzedni. Nie był nudny, ale był poniżej przeciętnej wypracowanej przez formację. Po paru numerach stwierdziliśmy gremialnie, że lepszym posunięciem niż oglądanie miotającego się po scenie Johana i odsłuchiwanie wielokrotnie odsłuchanych killerów będzie uzupełnienie zapasów Paulanera w "Basztowej". Zostawiliśmy jednak solidną masę fanów mocnych bitów, ruszających się dość żwawo pod sceną, więc nie jest tak, że nikomu się nie podobało.

Wróciliśmy w sam raz na Diary Of Dreams. Był kiedyś czas, gdy byłam pod ogromnym wrażeniem melancholijnej, depresyjnej twórczości Adriana Hatesa, lecz lata płyną, a człowiek odkrywa nowe horyzonty. Z czasem Diary of Dreams zaczęło odchodzić od retro - elektroniki w kierunku bardziej gitarowych brzmień i coraz mniej przypada mi do gustu. Koncert jak zwykle udany - fani, a szczególnie fanki porażone charyzmą Adriana, zachowywali się podobnie, jak na wcześniejszych koncertach - piski, oklaski, chóralne śpiewy, włącznie z wszechobecnym "The curse!". Ja też stałam porażona, bo uderzyło mnie okrutne wystudiowanie, z jakim Hates odgrywał swoją rolę muzycznego guru. Tym razem oprócz ciągłego rozpuszczania i związywania swoich włosów, czym hipnotyzował niewieście rzędy i wzbudzał nieukrywaną zazdrość młodzieńców o nieco bardziej przerzedzonym owłosieniu, Adrian zarzucił również wiosło na szyję i płaszcz na ramiona, co jeszcze dodało teatralności występowi. Niestety odjęło spontaniczności, iskry i ognia. W tle Torben Wendt udzielał się na klawiszach i co jakiś czas dokładał chórki - naprawdę żałuję, że tylko sporadycznie, że nie wychodził na pierwszy plan. Dało się poczuć podział na Hates vs reszta zespołu, co niespecjalnie mi leżało. Występ - taki kapiszon, powiedziałabym, używając szeroko rozpowszechnionego porównania. Niemniej był to jeden z najlepiej przyjętych koncertów na Castle Party - dla większości z pewnością magiczny, nastrojowy, dynamiczny... Ja tej marionetkowej dynamiki nie lubię, zespół wiele stracił w moich oczach, przede wszystkim muzycznie.

Po Diary of Dreams zrobił się niezły ziąb. Nie sądzę jednak, żeby to był powód, dla którego nagle połowa zamkowego dziedzińca ruszyła z kopyta, opuszczając teren imprezy. Niestety był to wyraz dezaprobaty dla listy headlinerów, którą w sobotnią noc (było już grubo po północy) zamykał dość mało znany jeszcze w Polsce brytyjski zespół IAMX. Jeszcze przed festiwalem na forach rozpętały się dyskusje o zasadności umieszczenia Diary of Dreams przed o wiele mniej popularnym projektem Chrisa Cornera. Na zamku dało się odczuć wymianę kadry - panie i panów w lateksach i koronkach zastąpiła bardziej "indie" (i modnie) odziana publika, z czego wysnuwam wniosek, że spora część amatorów IAMX przyjechała do Bolkowa tylko na ten koncert - i do dziś nie wiem, czy to sygnał wyczerpania się potencjału festiwalu, czy tylko światełko w tunelu, którym podąża organizator w celu urozmaicenia dość w moim odczuciu archaicznej po przeszło piętnastu latach formuły Castle Party. IAMX mnie zmiażdżył. Mimo prawie godzinnego oczekiwania na chłodzie i wietrze nie zawiodłam się - bardzo dobre, jak na warunki festiwalowe, nagłośnienie, prześwietny dobór kawałków, całkiem przyzwoite oświetlenie... To wszystko nic, gdyż prawdziwym asem okazał się sam Corner - nieprzewidywalny, dynamiczny, zmanierowany. Natychmiast skupił na sobie całą uwagę pozostałej pod sceną publiczności. Mimo początkowego napięcia i dającej się odczuć gwiazdorskiej maniery i dość chłodnej, brytolskiej maski, był postacią o wiele bardziej autentyczną od zmanierowanego w złym tego słowa znaczeniu Hatesa. Jak wiele straciło Diary Of Dreams zrozumiałam, kiedy przez kilka długich minut wyły syreny rozpoczynające pierwszy "The Alternative", gdy ludzie wyli do wtóru wokaliście refren "Spit It Out", kiedy Corner rzucił się w tłum, kiedy zabrzmiały ostatnie tony bisowego przepięknego, smutnego "Your Joy Is My Low", poprzedzonego świetnym "Nightlife", a wcześniej chłodnym "The last fucking song". Corner był rozczarowany frekwencją, to dało się zauważyć, dało się odczuć również niewiarygodne skupienie artysty, ale nie dominowało ono nad jego osobowością. Dał fanom naprawdę świetny i przekonujący show. Cóż, kiedy uprzedzeni do "indie" po prostu wyszli - a Corner wnosi świeży powiew na scenę, miksując skostniałe skądinąd patenty electro z najlepszymi elementami gitarowego indie-rocka, co słychać szczególnie w występach live. Dla samego koncertu IAMX, który według mnie przyćmił wszystkich wykonawców występujących wcześniej, warto było wyłożyć konkretną sumkę dukatów. To była niekwestionowana gwiazda festiwalu - i co najmniej nie rozczarowała.

Niedziela nie była zbyt łaskawa, a już niedzielna aura na pewno nie. Noc spędzona w mokrym namiocie nie nastrajała optymistycznie, a żadna z prognoz pogody ICMu się nie sprawdziła. Lało jak z cebra, a jak nie lało, to wiało. Dzień spędzaliśmy na odwlekaniu pospolitego ruszenia spod suchego dachu na mokry, grząski dziedziniec zamkowy - dotarliśmy dopiero na Angelspit. Zacznijmy od tego, że to zespół z Antypodów. Nie znam zbyt wielu artystów z tamtych rejonów, ale wszyscy, których twórczość miałam przyjemność poznać - z nieśmiertelnym Davidem Thrussellem (Snog, Black Lung, Soma) czy Nickiem Cavem - bezwzględnie trzymają wysoki poziom. Nie poznałam dorobku Angelspit przed festiwalem i choć tylko od połowy obejrzałam występ, muszę przyznać, że świetnie się bawiłam. Mżyło, lecz Angelspit grał dość rozgrzewająco i naprawdę hałaśliwie, co po wygładzonych dźwiękach serwowanych poprzedniego dnia stanowiło przyjemną odmianę. Na pierwszy rzut ucha grali podobnie do francuskiego Punish Yourself czy Atari Teenage Riot (zresztą połowę tego duetu stanowi Zoog-a równie urodziwa, jak Nic Endo). Naprawdę fajny cyberpunk w stylu riott zagrany na analogach - to przewrotne. Nie wiem, jak ich muzyka czy partie wokalne mogły być porównywalne do... rapu. To jakieś nieporozumienie. Fani noise'u, połamanych nowych brzmień czy świetnego scenicznego image'u, powinni byli być zadowoleni i przyjąć zespół owacyjnie. Chyba jednak przemokli...

Następnie NFD - czyli zespół najbardziej znany z tego, że na basie udziela się Tony Petit z legendarnego Fields of the Nephilim. Jako, że Fieldsi odwołali całą swoją trasę koncertową i nie dane było mi ich zobaczyć w zeszłym roku, to chciałam traktować ten koncert jako namiastkę tego, co mnie ominęło. Niestety zawiodłam się okrutnie, choć może też za dużo wymagałam, a sława ciągnąca się za Tonym Petitem tylko podniosła moje oczekiwania. NFD gra podobnie do wielu kapel gothicrockowych z lat 80' i 90' (najbliższe skojarzenie z Love Like Blood czy Sensorium, ciuteczkę The Cult, ale naprawdę odrobinkę), sceniczny image niestety mnie odstraszył, brak oryginalności muzycznej aż bił po oczach (tak samo brak scenicznej charyzmy), a i wizja przemoknięcia przed Mortiisem nie nastrajała optymistycznie. Podążyłam w kierunku budki z Guinessem. Tam też pozostawałam przez większą część występu Fading Colours - niestety możliwości wokalne DeCoy na żywo z koncertu na koncert pozostawiają coraz więcej do życzenia i postanowiłam się nie męczyć. Lata 1998-2002 uważam za najlepsze w karierze zespołu, którego innowacyjność nieco już przebrzmiała. Gwoli sprawiedliwości dodaję, że przed sceną z produkującym się NFD pozostał całkiem solidny i żwawo podrygujący tłum, którego Fading Colours raczej nie przerzedziło. Zrobił to za artystów deszcz, przez który podążając przed scenę w wieczornej szarówce (a może to tak mżyło?...) deptaliśmy po coraz większym bajorze. Szczerze współczułam dziewuchom na odkrytych szpilkach - w taką pogodę pokazać się godnie nie można.

Na gentlemanów z Legendary Pink Dots na szczęście można liczyć - choć odwiedzają nasz kraj co roku, zawsze jest czego posłuchać (zresztą dziwnym to nie jest, skoro mają na swoim koncie ponad pięćdziesiąt albumów). Stały punkt programu koncertowego, czyli Niels van Hoorn wchodzący w publikę i dymiący na nią przez saksofon (choć tym razem bez żarówki w środku) albo grający na klarnecie i saksofonie jednocześnie, podany po raz n-ty nie nudzi. Zresztą zespół ma dość specyficzną interakcję z publicznością, którą znajduję jako bardzo przyjemną. Dystans, jaki mają do siebie członkowie Legendary Pink Dots (co chyba jest domeną zespołów z podobnych muzycznych okolic, jak choćby Psychic TV), pomaga jeszcze bardziej ich lubić. Do tego piękna "Belladonna" zagrana na bis... Jeden z lepszych, choć mokrych koncertów Castle Party. Zwolennicy soczystych bitów nie mieli czego tu szukać, dla miłośników nastroju i bardziej akustyczno - lirycznych klimatów - to był miód. Na pewno NFD i Fading Colours umieszczone pomiędzy Angelspit a Legendary Pink Dots ładnie przygotowały na zmianę klimatu.

Jeśli o klimacie mowa, na scenie zainstalował się (nie bez problemów) Mortiis. Publiczność uprzejmie powyciągała parasole, wyrażając tym niesłychaną empatię w stosunku do stojących dalej, którzy zamiast Norwega podziwiali tęczę kolorowych brezentów na stelażach. Nawet okrzyki zwracające uwagę na fakt, że deszcz zaprzestał siekania po przekątnej i w sumie nawet nie kropi od dłuższego czasu nie były w stanie sprowadzić parasoli do parteru. Zanim dane nam było zobaczyć Mortiisa w pełnej krasie, usłyszeliśmy pomruk przetaczający się przez publiczność: "on nie ma nosa!" Jednak Mortiis nie wystąpił szkaradnie okaleczony. Unurzał się po prostu po końce dredów w błocie niczym regularny bywalec wszelkich edycji Woodstocku, zapomniał tylko przysztukować swój znany od lat rekwizyt, to jest uszy trolla i nos... Nie wiem czego, no, nochal. Więc nochala brakło, brakło uszu i klimatu znanego z pierwszych płyt. Nie brakło za to dynamicznych gitar, brutalnej perkusji, słowem: solidnego grania ze szczyptą industrialu. To brzmienie mnie porządnie zaskoczyło, szczególnie wykonany w tej wersji otwierający "Decadent And Desperate", "Way To Wicked" czy wielki hicior "Parasite God". Niestety nie zabrakło również problemów technicznych, dzięki czemu artysta zapodał wszystkim zgromadzonym włącznie z technikami taką wiąchę, że... ja wyszłam po dwudziestym "fucku", czyli jakiś pięciu utworach. Sprawiedliwie dodam, że przebijałam się przez ściśle zbity, zmokły i wyrażający raczej zainteresowanie zachowaniem scenicznym artysty tłum - znaczy, że się raczej podobało. Niestety Paulaner w "Basztowej" był wyszedł i musiałam ratować się lokalnym trunkiem procentowym, którego nazwy przez jego podłość nie pomnę.

Akcja ratunkowa zajęła w sam raz tyle czasu, by zdążyć na wyczekiwane przez większość, którzy przetrwali ataki pogody, Front Line Assembly. Przezornie usytuowałam się z przodu, by nie mieć problemów z widocznością. Mając w pamięci akcję z parasolkami, było to posunięcie wielce strategiczne - tak wtedy myślałam. Show rozpoczęły bardzo przyjemne, długie formy i na scenę wpadli muzycy. Zostali żywiołowo przyjęci przez niestety przerzedzoną publikę. Bill Leeb rozpoczął natarcie i - wiem, że nie jest super, gdy frontman sterczy jak kołek, lecz jego żywiołowa radość kolidowała mi nieco z typem reprezentowanej muzyki. Popis Leeba oparty na nieskoordynowanym machaniu rękoma czy podskokach (być może musiał się rozgrzać, bo ziąb był okrutny) i zachęcaniu publiczności do klaskania i zabawy - kompletnie nie przypadł mi do gustu. Brakowało charyzmy. Publiczność za to oszalała, przynajmniej ta zgromadzona przed sceną. Wycofałam się, było to jednak dość nieprzemyślanie, bo po fakcie okazało się, że wicher, który rozpętał się na dziedzińcu, walczy ze ścianą dźwięku, jaką próbowało postawić Front Line Assembly... i przestawiał ją raz na lewo, raz na prawo. Na tyłach i pod murem dźwięk był najzwyczajniej w świecie mono, przez co brzmiał jak płaski Rammstein, nie jak Front Line Assembly! Tym samym bardzo żałuję zmiany pozycji, gdyż resztę koncertu spędziłam obserwując exodus z zamku - ogromna część publiczności nie wytrzymała zacinającego deszczu, grząskiego podłoża i zimna. Ci twardzi fani, którzy zostali i rozgrzewali się pod sceną, dzielili się później ze mną swoim zachwytem, którego nie podzielałam.

Próbowałam ratować zziębnięte kości afterem, ale tu muszę zwrócić uwagę na najsłabszy według mnie punkt tegorocznego Castle Party - praktyczny brak afterów. Do dyspozycji nocnych marków została oddana wyłącznie "Hacjenda" - "Sorento" w wyniku jakichś nieporozumień organizacyjnych wypadło z rozpiski. O ile podczas piątkowej, w miarę ciepłej nocy przeniesienie części setów z "Sorento" pod "Hacjendę" mogło drażnić co najwyżej okolicznych (i tak cierpliwych) sąsiadów (niestety, tańczyć to za bardzo nie było jak...), o tyle w sobotę nie było już tak różowo, zaś w niedzielę wejście do "Hacjendy" okazało się możliwym tylko dla tych, którzy odpowiednio wcześniej urwali się z koncertów - po Front Line Assembly nie było już ani odrobiny miejsca. Na plus zaliczam ogromne zróżnicowanie muzyczne setów (w szczególności bardzo barwny Carla), na minus - DJe z "Sorento" nie mieli okazji zaprezentować swoich możliwości rozgrzewania parkietu. Tłum, który przejechał kawał drogi po to, by trzy dni oddawać się hulankom i swawolom, poswawolić za bardzo nie miał jak, gdyż - jak wiadomo - Bolków do enklawy clubbingu nie należy, zaś pogoda nie sprzyjała plenerowym rozrywkom.

W moim przekonaniu, jeżeli przyszłoroczny i dalsze zestawy zespołów będą poszerzane bardziej w kierunku muzyki mniej niszowej, obiektywnie dobrej, nieco bardziej mainstreamowej i w kierunku sprawnych showmanów (jak IAMX), niż w stronę wybitnie undergroundowych pozycji (jak Mortiis), formuła festiwalu na pewno nie straci - raczej przyciągnie nowych uczestników. Dotychczasowych wielbicieli Castle Party taka odmiana nie powinna zniechęcić - nie słyszałam głosów, że ktoś, kto do tej pory rokrocznie przyjeżdżał, nagle zapowiedział omijanie z daleka kolejnych edycji, a takie słowa padały pod koniec lat dziewięćdziesiątych, kiedy polska scena gotycka (a może raczej gotycko - metalowa) nieufnie przyjmowała elektroniczne nowinki. Myślę, że powielanie tych samych zestawów wykonawców (jak wielokrotne występy popularnego, lecz opatrzonego już Clan Of Xymox) może nieco nużyć. Uważam również, że coroczne problemy z pogodą sugerują, że warto by zbudować zadaszenie miejsca festiwalu - jednak to raczej pobożne życzenie, zamek jest zabytkiem. Ogromnym plusem jest to, że nie odwołano żadnego z występów, choć przy Mortiisie już, już się zanosiło...

Na pewno podkreślę, że tak, jak w 2002 roku naprawdę warto było zobaczyć Hocico i Clan Of Xymox, w 2004 - Suicide Commando i Deine Lakaien, zaś rok 2006 należał do VNV Nation, w tym roku niekwestionowaną gwiazdą festiwalu okazał się IAMX i dla tego jednego show warto było spędzić dwadzieścia godzin w samochodzie i trzy noce pod mokrym namiotem.

Komentarze
Dodaj komentarz »

Napisz relację

Piszesz ciekawe relacje z koncertów? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Czy masz poczucie humoru?