zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku czwartek, 22 października 2020

relacja: Coma, Black River, Qube, Warszawa "Stodoła" 19.02.2009

21.02.2009  autor: Jakub "Rajmund" Gańko
wystąpili: Coma; Black River; Qube
miejsce, data: Warszawa, Stodoła, 19.02.2009

Koncerty Comy już od ładnych paru lat cieszą się niesłabnącą popularnością. Wygląda wręcz na to, że z każdą kolejną trasą wzbudzają coraz większe zainteresowanie. Świadczyć o tym może fakt, iż bilety na warszawski występ łodzian zostały wyprzedane w takim tempie, że postanowiono zorganizować w "Stodole" drugi koncert, dzień przed opisywanym.

Z początku wcale nie było widać po klubie, że zabrakło biletów. Owszem, ludzi było sporo, ale do kompletu dużo brakowało. Już po otwarciu wejścia na główną salę, można było całkiem swobodnie się przemieszczać i zająć dogodne miejsca pod samą sceną. A ta prezentowała się nad wyraz ciekawie: na specjalnych rusztowaniach umieszczono nad nią okrągłą konstrukcję z zawieszonymi reflektorami. Z tyłu można było dostrzec ścianę świateł oraz wielki ekran do wizualizacji. Wszystko to zapowiadało koncert z bardzo dopracowaną warstwą wizualną. Jednak zanim mieliśmy się przekonać, jak takie warunki wykorzysta Coma, trzeba było zapoznać się z supportami.

Qube, Warszawa "Stodoła" 19.02.2009, fot. Zwierz
Qube, Warszawa "Stodoła" 19.02.2009, fot. Zwierz

A rolę takowych pełniły formacje Qube i Black River. Zagadką pozostaje dla mnie według jakiego klucza je dobrano - od gwiazdy wieczoru są stylistycznie tak bardzo odległe, jak to tylko możliwe, a wiele młodocianych fanek wyraźnie ciężko znosiło tak mocne brzmienia. Qube to stosunkowo młody zespół z Lublina, grający metal z elementami hardcore'u (objawiającymi się w krzykach wokalisty) i rocka progresywnego (długość i konstrukcja utworów). Niestety, niewiele mogę pozytywnego powiedzieć o ich występie. Kawałki dłużyły się niemiłosiernie, wokal był wyraźnie zbyt słabo nagłośniony, przez co przez pierwsze chwile miałem wątpliwości w jakim języku śpiewa wokalista. Na pochwałę na pewno zasługuje wykorzystanie nietypowych warunków oświetleniowych - reflektory współgrały z muzyką i próbowały stworzyć ciekawy klimat. Nie zawsze im się udawało, gdyż atmosferę występu psuło dwóch, kręcących się wciąż po scenie, kamerzystów (którzy chyba bardziej byli zainteresowani kręceniem publiczności, niż występu zespołu). Na szczęście po jakichś 40 minutach Qube zszedł w końcu ze sceny, by ustąpić miejsca...

Black River, Warszawa "Stodoła" 19.02.2009, fot. Zwierz
Black River, Warszawa "Stodoła" 19.02.2009, fot. Zwierz

Black River, stoner metalowej supergrupie m.in. basisty Behemotha, perkusisty Vadera i wokalisty Rootwater. Swój koncert rozpoczęli od puszczonego z playbacku "What A Wonderful World", lecz zaraz potem dali swoją muzyką mocnego kopa, tak potrzebnego po nudnym występie Qube. Zespół został bardzo ciepło przyjęty przez publikę - wreszcie rozkręciło się pogo, pod sceną rozpoczęły się szaleństwa, a pomiędzy poszczególnymi utworami cała sala krzyczała typowe na metalowych koncertach "zachęty" pokroju "napierdalać, napierdalać" (czego zresztą wokalista nie omieszkał skomentować: "słowa plugawe, ale intencje zacne!"). Co prawda nieletnie fanki Comy, zajmujące już najlepsze miejsca w pierwszych rzędach, dalej wyraźnie się krzywiły, ale co tu się dziwić - pięciu samców z Black River zaprezentowało wyraźnie samczą muzykę. Naprawdę szkoda, że ten energetyczny występ trwał tak krótko.

Przed 22. rozpoczęła się kolejna przerwa techniczna. Ze sceny zniknęło trochę sprzętu po poprzednich zespołach, pojawiły się za to dodatkowe źródła oświetlenia (jakby do tej pory było ich za mało) oraz... stół z kuchenką turystyczną i dwoma wielkimi garami. Kilka minut po dziesiątej z głośników rozległy się dźwięki "Party", otwieracza ostatniego albumu Comy, na scenę zaś zaczęli wkraczać muzycy. Wyjaśniło się też w jakim celu ta kuchenka - Rogucki zaraz po wejściu na scenę wrzucił do garnków makaron, marchewkę oraz kurczaka (oczywiście wcześniej się nim "zabawiając"). Rosół gotował się przez cały hipertroficzny set, przez pierwsze kawałki wokalista jeszcze go doprawiał. Gdy "Party" wreszcie dobiegło końca, usłyszeliśmy już znajome dźwięki syntezatora i rozpoczęła się "Wola Istnienia". Niestety, już od pierwszych słów Roguckiego do mikrofonu dała się zauważyć największa wada całego koncertu: słabe nagłośnienie, szczególnie wokalu, który momentami miał kłopoty z przebiciem się przez gitary.

Coma, Warszawa "Stodoła" 19.02.2009, fot. Zwierz
Coma, Warszawa "Stodoła" 19.02.2009, fot. Zwierz

Pierwszą część występu, jeśli można ją tak nazwać, stanowiły utwory z "Hipertrofii". Odegrano obie płyty tego koncept albumu, utwór po utworze, włącznie z puszczanymi z playbacku przerywnikami. Można więc było zamyślić się nad "Lśnieniem", pobujać przy "Nadmiarze" czy poskakać do "Transfuzji" i "Trujących Roślin". W przerwach pokroju "Diagnozy" czy "Przesilenia" można było popatrzeć jak Roguc wygłupia się na scenie, próbuje swoich sił w scratchowaniu, a także doprawia rosół. Gdzieś koło utworu "Osobowy", zespół zaczął sobie pozwalać na odrobinę improwizacji. Najbardziej widoczne było to w przeciągniętej do granic możliwości "Emigracji". Swoją drogą, chyba żaden ze znajdujących się pod sceną panów nie odważył się odśpiewać "chciałbym homo się stać seksualny" - w przeciwieństwie do pań. Tak kabaretowy kawałek był też świetną okazją dla Roguckiego, by dać popis swoim umiejętności aktorskich. Trzy następne utwory to najbardziej ożywiona część hipertroficznego setu: cała "Stodoła" skakała przy singlowym "Zero Osiem Wojna", wszyscy wykrzyczeli "nie ma prawa pośród wszystkich praw", gdy rozpoczęło się "Pożegnanie z Mistrzami", trudno o spokój było też przy "Świadkach Schyłku Czasu Królestwa Wiecznych Chłopców" (skąd oni biorą te tytuły...). W ten sposób nastąpił "koniec pewnego etapu", a zarazem koniec pierwszej części hipertroficznego setu.

Druga płyta "Hipertrofii" jest o wiele spokojniejsza od pierwszej, bardziej nastawiona na nastroje i refleksyjny klimaty. Tak też prezentowała się druga część koncertu, co można było poczuć już przy monumentalnym, przejmującym "Ekharcie". Szkoda tylko, że głos Roguckiego z każdym utworem był już coraz słabszy. Mieliśmy jeszcze chwilowe ożywienie przy "Zamęcie", ale potem już nastąpiło permanentne "zwolnienie" i od "Widokówki" już do końca "Hipertrofii" cała "Stodoła" zatopiła się w balladowym, wyciszonym nastroju twórczości Comy. Najbardziej melancholijnie zrobiło się przy monotonnym "Parapecie", choć punktem kulminacyjnym tej części koncertu były zdecydowanie "Popołudnia Bezkarnie Cytrynowe". "Cisza i Ogień" oraz "Archipelagi" świetnie sprawdziły się jako epilog hipertroficznego setu.

Mam mieszane odczucia co do zagrania całej "Hipertrofii", kawałek po kawałku. Z jednej strony, Coma już od dłuższego czasu desperacko potrzebowała nowego materiału na koncerty. Utwory z wcześniejszych albumów zostały już podczas niezliczonych koncertów poprzednich tras ograne do tego stopnia, że koncerty stały się nudne i przewidywalne. Pod tym względem zaprezentowanie na żywo całej ostatniej płyty, bez ani jednego starszego kawałka, było bardzo odświeżające. Z drugiej strony jednak ciągłe puszczanie z playbacku przerywników było trochę męczące, a i sam charakter "Hipertrofii" nie za bardzo sprzyja temu, do czego przyzwyczaiły mnie koncerty Comy. Do tej pory ceniłem je za energię i szaleństwa publiczności, których nie dało się doświadczyć na koncertach żadnego innego polskiego artysty. Czarno-żółty koncept album jest w gruncie rzeczy materiałem dość spokojnym, także teraz okazji do skakania zbyt wiele nie było. Zresztą udało mi się bez najmniejszego problemu utrzymać przez cały występ miejsce przy barierkach - kiedyś na koncercie Comy byłoby to nie do pomyślenia. Niestety, "Hipertrofia" to nie "The Wall" i granie jej od początku do końca live chyba jednak nie jest najlepszym pomysłem.

Po "Recyklingu" na scenie zrobiono małe przemeblowanie, zdjęto rosół z kuchenki i po chwili cały zespół rozsiadł się przy stole, próbując go skonsumować. Wtedy też pierwszy raz tego wieczoru mieliśmy okazję doświadczyć większej interakcji z wokalistą, gdyż w trakcie koncertu zagadał do publiki zaledwie kilka razy. Były dowcipy, była specyficzna atmosfera rodzinnego obiadku... Po czym Roguc oświadczył - ku uciesze publiczności - że to jeszcze wcale nie koniec i teraz zagrają nam siedem bisów. I w tym momencie rozpoczął się "typowy" koncert Comy. Zagrano tak uwielbiane przez publikę "Pierwsze Wyjście z Mroku", polityczną "Tonację", przebojowy "System" oraz największy koncertowy killer Comy - czyli "Skaczemy". Oczywiście nie byłoby koncertu Comy, gdyby nie pojawiły się też największe przeboje z debiutanckiego krążka: "Spadam" i "Leszek Żukowski". Na sam koniec usłyszeliśmy jeszcze "Zbyszka". Na tych utworach można już było sobie poskakać jak za dawnych czasów, aczkolwiek wokal Roguckiego już wyraźnie ledwo wyrabiał. W ogóle, niestety, z trasy na trasę (a także płyty na płytę) jego głos ulega pogorszeniu. Może przydałaby się jakaś przerwa? W końcu Coma już od 5 lat praktycznie bezustannie koncertuje, a w przerwach nagrywa nowe krążki.

Pod względem wizualnym też można by się do tego występu przyczepić. Towarzyszące utworom wizualizacje prezentowały co prawda czasem ciekawe pomysły (np. osiedlowy reportaż przy "Parapecie" jeszcze pogłębił jego smętny klimat), lecz w większości sprawiały wrażenie amatorskich. Tekst utworu przy obrazku do "Pożegnania z Mistrzami" wyglądał wręcz jak kiepska produkcja rodem z Windows Movie Maker. Pod względem oświetlenia było o wiele lepiej, choć trzeba jasno przyznać: najlepsza gra świateł była podczas występu Qube. Będąc jeszcze przy aspektach technicznych, w "Stodole" faktycznie bywa różnie z nagłośnieniem, ale tym razem było fatalnie. Zdecydowanie najgorzej nagłośniony koncert w tym miejscu, na jakim byłem.

Comę widziałem już na żywo nieraz. Ten występ był jednym z gorszych, w jakich uczestniczyłem, choć w założeniu zapowiadał się ciekawie. Rozumiem jednak, że jeśli dla kogoś był to pierwszy koncert Comy, mógł być rewelacyjny.

Komentarze
Dodaj komentarz »
mój pierwszy raz :P
fanka (gość, IP: 83.31.94.*), 2009-02-26 16:37:43 | odpowiedz | zgłoś
dla mnie był to pierwszy (no, drugia, ale pierwszy bł w plenerze, więc jak na moje kryteria pierwszy ;P)) koncert Comy. Dla mnie był rewelacyjny. Jako młodociana (18 lat) fanka czułam się świetnie przy supportach - ale pewnie nie mowa była o mnie. Ale w ogóle czułam się jakaś inna w tym wszystkim, bo nie stałam i nie chłonęłam samej muzyki, nie byłam też w pogo, tylko potańcywałam tak trochę i śpiewałam z całych sił. Ważny to był dla mnie koncert, bo wreszcie ogarnęłam przesłanie utworu "Cisza i ogień". Cóż następnym razem jak Coma w stolicy będzie tez pójdę i moze wtedy też dojdę do wniosku, że schodzą na psy... Chociaż nie życzę tego Comie ani żadnemu innemu zespołowi.
...
wiosenka (gość, IP: 87.206.48.*), 2009-02-24 19:17:20 | odpowiedz | zgłoś
Nie częstowali rosołem, zjedli go sami ...
Hmmm
Maruda (gość, IP: 212.182.117.*), 2009-02-23 13:12:44 | odpowiedz | zgłoś
Nieiwem na jakim koncercie Pan był ale ja byłem na Qube, Black River i Coma i na żadnym z tych zespołów sie nie nudziłam. Ludzie dookoła raczej też nie bo wszyscy klaskali i sie bawili. Nie wiem co Pan robił na qube że nie słyszał Pan wokalu, moze siedział Pan przy barze ???
przygody z comą
kaplica (gość, IP: 87.205.245.*), 2009-02-21 23:40:07 | odpowiedz | zgłoś
bylem na ich 7 koncertach lacznie z tym niedawno granym w studio im. agnieszki osieckiej i z koncertu na koncert bylo coraz mniej ciekawie(pamietam jak na pierwszym moim koncercie roguc spiewal nasze pokolenie kombii , zartowal z majki jezowskiej, koles ze sceny paradowal w gaciach z dmuchana lala i ogolnie bylo ciekawie i "smiesznie"). ostatnie koncerty byly jak zwykle bardzo energetyczne i nabawilem sie niezle(nie tylko bolu glowy i siniakoow)ale kontaktu z publicznoscia nie bylo zadnego(chyba ze za taki kontakt mozna traktowac przyspiewki typu palac kultury albo dworzec centralny powtarzane zreszta przez cala publicznosc) odspiewali i poszli. w studio radiowej trojki bylo bardzo przyjemnie ale wiadomo studio i ograniczona,niewielka ilosc sluchaczy daly niezastapiony klimat. to wszystko sprawilo ze darowalem sobie opisywany koncert a tu nagle zaczęli gotowac rosol, zaluje ze mnie tam nie bylo, moze pod koniec czestowali tym rosolem...

Materiały dotyczące zespołów

Napisz relację

Piszesz ciekawe relacje z koncertów? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Czy robisz kopie bezpieczeństwa swoich danych?