zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku czwartek, 5 grudnia 2019

relacja: Hard Rocker Festival II, Katowice "Mega Club" 26.09.2009

30.09.2009  autor: Verghityax
wystąpili: Mekong Delta; Tygers Of Pan Tang; Wild Knight; Wizard; Lonewolf; HammerHeart; Bloodwritten; Arondight
miejsce, data: Katowice, Mega Club, 26.09.2009

Od razu przyznaję, że na poprzedniej edycji festiwalu nie miałem okazji się pojawić, lecz już z niecierpliwością oczekuję na ogłoszenie terminu trzeciej. Dlaczego? Bo "Hard Rocker Festival II" to jedna z lepiej zorganizowanych, polskich imprez, na jakich miałem okazję być. Chwała organizatorowi, że miał odwagę zaprosić do Rzeczypospolitej parę kultowych staroci, nie mając nawet pewności, czy ich fani jeszcze w ogóle żyją. Jak się na szczęście okazało, żyją, a do tego mają się całkiem nieźle. Co mnie zaskoczyło, to spora frekwencja młodszych osób. Na taki widok aż serce rośnie - to niezaprzeczalny dowód, iż duch w narodzie nie umiera i nie wszyscy przedstawiciele rockowo-metalowej młodzieży ulegli Slipknotom i tym podobnym wynalazkom.

Turniej Guitar Hero "Hard Rocker Festival II", fot. Lazarroni
Turniej Guitar Hero "Hard Rocker Festival II", fot. Lazarroni

Według pierwotnych planów "Hard Rocker Festival II" miał się odbyć w bielskim klubie "Rude Boy", czyli tam, gdzie na muzycznej mapie świata odcisnęła swe piętno pierwsza odsłona festu. Jednak ze względu na, jak określił to organizator, duże zainteresowanie, imprezę przeniesiono do katowickiego "Mega Clubu". Dla mnie to spory pozytyw, gdyż dzięki temu w kwestii dojazdu zmuszony zostałem jedynie do minimalnego wysiłku i tkwiący gdzieś tam we mnie leń poczuł się ukontentowany. Jeszcze bardziej pozytywnie nastroiły mnie zapowiedziane kapele, a zwłaszcza legenda NWOBHM - Tygers of Pan Tang - oraz ikona niemieckiego, progresywnego thrashu - Mekong Delta.

Na miejsce przybyłem w samą porę, parę minut po trzeciej, by załapać się na występ krośnieńskiego Arondight. Klub świecił wówczas pustkami, ponieważ większość towarzystwa raczyła się na zewnątrz różnorakimi trunkami, relaksując się w ciepłych promieniach jesiennego słońca. Warto w tym momencie napomknąć o dobrze zaopatrzonym stoisku płytowym, ulokowanym w głównym holu. W ofercie znalazłem sporo albumów, których próżno szukać w większych sklepach. Również przywieziony przez zespoły oficjalny merchandise prezentował się dosyć kusząco, tym bardziej, że ceny koszulek nie przekraczały 50 złociszy. W jednej z sal "Mega Clubu" natknąłem się na chłopaków z Metalliki - niestety, nie tych prawdziwych. Ci tutaj zrobieni byli z pikseli i tworzyli podkład dla graczy próbujących swych sił w turnieju "Guitar Hero: Metallica". Zmagania skończyły się dopiero około godziny ósmej i nieustannie przyciągały widzów w całym czasie swego trwania.

Bloodwritten "Hard Rocker Festival II", fot. Lazarroni
Bloodwritten "Hard Rocker Festival II", fot. Lazarroni

Wracając jednakowoż do spraw koncertowych, Arondight grał przesycony tematyką bitewną heavy metal. Niestety, nie ma się co czarować - muzykom nie udało się wywrzeć większego wrażenia na publiczności. Niby sekcja rytmiczna w porządku, ale zabrakło tu czegoś, co sprawiłoby, że chciałbym zapoznać się bliżej z twórczością kapeli, a nad wokalami przydałoby się trochę popracować. Żaden z wałków, przedstawionych przez Arondight na "Hard Rocker Festival", nie zapadł mi w pamięć, oprócz jednego. I prawdę powiedziawszy, wolałbym go wcale nie pamiętać, gdyż nieprzyjemnie zajechało plagiatem. Mowa tu o utworze pt. "Witch Hunter", którego linia melodyczna, nie licząc lekkiej alteracji pod koniec powtarzającego się motywu, jest perfidnie zerżnięta z "Born From Fire" Amorphis. Kto mi nie wierzy, niech sięgnie po siódmy studyjny długograj Finów z 2006 roku pt. "Eclipse" i sam porówna. Chciałbym wierzyć, że jest to tylko dziełem przypadku, lecz uderzające podobieństwo każe mi wątpić w dobre intencje krośnieńskiej grupy.

Na drugi ogień poszedł występ kolejnej polskiej kapeli, a konkretnie warszawskiego Bloodwritten. Gołym okiem widać, że ich historia jest krwią pisana - i to krwią wielu niewinnych zwierzątek. Muzycy wyglądali zupełnie, jak uczestnicy konkursu: "kto zatłucze na śmierć więcej jeżozwierzy". Takiego asortymentu gwoździ i krokwiaków nie znajdziecie nawet w Castoramie. Do tego jeszcze corpse paint i człowiek odnosi wrażenie, że Bloodwritten to black metal rodem z Norwegii. Ok, rozumiem dlaczego jedynym towarem eksportowym Norwegów, oprócz stacji Statoil, jest black metal. Gdybym musiał mieszkać w państwie, gdzie zima trwa prawie cały rok albo słońce zagląda do okna niemal 24h na dobę, a hymn narodowy rozpoczyna się od słów: "Tak, kochamy ten kraj", też byłbym sfrustrowany. Nie rozumiem natomiast, czemu polski zespół, grający rzekomo thrash metal, tworzy sobie wizerunek wpisujący się w konwencję blackową. Chyba tylko po to, aby odwrócić uwagę słuchaczy od ewidentnych braków na polu inwencji muzycznej. Albowiem Bloodwritten to pod tym względem typowy przeciętniak - jeden utwór niewiele się różni od drugiego, kompozycje są wtórne aż do bólu i ogólnie mówiąc, wieje nudą.

Z olbrzymią ulgą przyjąłem koncert kolejnych wykonawców, czyli słowackiej grupy Hammerheart. Jak łatwo się domyślić, do przyjęcia takiego miana zainspirował chłopaków pewien album Bathory, ale ich muzyka zdecydowanie różni się od dokonań Quorthona. Mamy tu do czynienia z rasowym heavy metalem, okraszonym odpowiednią dawką melodyjności oraz numerami o wiele bardziej dopracowanymi i dojrzałymi, niż miało to miejsce w przypadku Arondight. Słowacy wydali niedawno swój najnowszy album, pt. "Dreamworks", z którego na koncercie usłyszeć można było m.in.: "Back from Serenity" i cover "Wrath Child" Maidenów. I chociaż grali tylko przez pół godziny, uważam, że wykorzystali swój czas znacznie lepiej niż ich poprzednicy. Reakcja publiki, której liczba zdążyła już znacznie wzrosnąć od chwili rozpoczęcia imprezy, była bardzo żywiołowa. Po zakończeniu setu, Denis Belacik, frontman zespołu, niczym św. Mikołaj wyciągnął z worka około dwudziestu egzemplarzy ostatniego dzieła Hammerheart i rozdał je zgromadzonym pod sceną widzom, do których grona niżej podpisany ma szczęście się zaliczać.

Lonewolf "Hard Rocker Festival II", fot. Lazarroni
Lonewolf "Hard Rocker Festival II", fot. Lazarroni

Przeznaczone na przerwę techniczną piętnaście minut jeszcze nie zdążyło upłynąć, kiedy rozgrzany tłum zaczął skandować nazwę następnej kapeli. Lonewolf, bo o niej tu mowa, nie bez powodu ochrzczono francuskim Running Wild. Chłopaki pełnymi garściami czerpią z najlepszych wzorców heavy metalu, nie zapominając przy tym, aby naładować swe utwory potężną dawką energii, oddając tym samym należyty hołd niemieckim mistrzom, z których szóstego albumu studyjnego zaczerpnęli swe miano. Występ Francuzów nie pozostawił najmniejszych złudzeń - Lonewolf to prawdziwa petarda. Do tego potrafią nawiązać świetny kontakt z publicznością, a Polacy zgotowali im gorące powitanie. Dzięki takiej interakcji, widzowie w ogóle nie odczuwają, że istnieje jakieś podium czy barierki, które oddzielają ich od grających na scenie muzyków. Wśród zaprezentowanych tego wieczoru numerów na setliście znalazły się "Shadowland", "March into the Arena", "Behind the Cross", "Holy Evil" oraz oczekiwane, kopiące z buta pełną parą, "Made in Hell". Po koncercie Samotnego Wilka nie pozostał chyba nikt, kto byłby nieusatysfakcjonowany. Absolutnie jeden z najlepszych gigów tego festu.

Wizard "Hard Rocker Festival II", fot. Lazarroni
Wizard "Hard Rocker Festival II", fot. Lazarroni

Piąty na liście płac widniał Wizard, reklamowany przez organizatora jako true heavy metal z Niemiec. Z zasady, kiedy widzę coś, co jest określane jako "true", z góry nabieram podejrzeń, czy to aby nie pozerstwo jakowe, mające maskować rozmaite niedociągnięcia instrumentalne tudzież wokalne. No cóż, przeczucie nie do końca mnie zawiodło. Jak na mój gust, Wizard cierpi na tę samą przypadłość, co Bloodwritten - z jednej strony poprawnie, ale z drugiej bez żadnych fajerwerków czy przebojowości, charakteryzującej choćby Lonewolf czy Hammerheart. Znudzony koncertem Niemców poszedłem się przewietrzyć, by po powrocie stwierdzić, że grana przez nich piosenka niczym nie odbiega od poprzedniej. Zgromadzona brać metalowa też nie sprawiała wrażenia szczególnie poruszonej dobiegającymi ze sceny dźwiękami. Nie znam pozostałego repertuaru tej grupy i nie mam pojęcia, czy po prostu kiepsko dobrali wałki do występu, lecz to, co usłyszałem, nie napawało optymizmem.

Wild Knight "Hard Rocker Festival II", fot. Lazarroni
Wild Knight "Hard Rocker Festival II", fot. Lazarroni

Zaraz po zejściu Wizarda, na sali zaroiło się od ludzi w koszulkach Running Wild. Wszyscy oni z niecierpliwością oczekiwali koncertu Wild Knight, kapeli będącej wypadkową formacji Rolfa Kasparka oraz nieistniejącego już zespołu X-Wild, założonego przez byłych muzyków Runningu. Zgodnie z zapowiedzią na plakacie "Hard Rocker Festivalu" miał to być ich debiut sceniczny. Niestety, nie miałem możliwości obejrzenia gigu Wild Knight w całości, gdyż byłem w tym czasie zajęty robieniem wywiadu z Robbem Weirem z Tygers of Pan Tang. Załapałem się natomiast na ostatnie 20 minut z show Dzikiego Rycerza i muszę powiedzieć, że było warto. Frank Knight, mimo iż niemłody, spokojnie dawał radę. Na setliście znalazły się przede wszystkim wałki z twórczości X-Wild. Z tego, co dowiedziałem się od znajomych, podczas mojej nieobecności nie pojawiło się nic z repertuaru Running Wild. Dopiero jako przedostatni w "Mega Clubie" rozbrzmiał "Under Jolly Roger", a na scenie pojawiło się dwóch zakutych w pełne zbroje płytowe rycerzy z, o ile moje źródła prawdę powiadają, pszowskiej Konfraterni Rycerskiej Sua Sonte. Trzeba przyznać, że widok zbrojnego w hełmie garnczkowym, używającego miecza jako gitary był przezabawny. Ogólnie rzecz biorąc, na tyle, na ile widziałem, muzycy zaserwowali widzom występ dobry, aczkolwiek pozbawiony rewelacji. Moim zdaniem, do werwy i pasji chłopaków z Longwolf, członkom Wild Knight co nieco brakuje.

Tygers Of Pan Tang "Hard Rocker Festival II", fot. Lazarroni
Tygers Of Pan Tang "Hard Rocker Festival II", fot. Lazarroni

Wreszcie, gdzieś za kwadrans dziewiąta, nadeszła pora na najbardziej wyczekiwany przeze mnie koncert, czyli gig klasycznej grupy spod znaku New Wave of British Heavy Metal - Tygers of Pan Tang. Niestety, Tygrysy cierpią na tę samą przypadłość, co grający w tym nurcie Blitzkrieg - posiadają tylko jednego członka z oryginalnego składu. O ile w przypadku Blitzkrieg jest to wokalista Brian Ross, o tyle w Pan Tangu "ostatnim Mohikaninem" na pokładzie jest gitarzysta Robb Weir. Zawsze byłem zdania, że w kapelach stricte heavymetalowych najważniejszy jest wokalista, a instrumentaliści to sprawa drugorzędna. Zadziwiającym jest fakt, że pomimo przewinięcia się przez szeregi Tygrysów aż pięciu wokalistów, formacji udało się zachować swój charakter i brzmienie. Obecny, piąty z kolei głos Pan Tangu to Jacopo Meille, który przybył pod sztandar Robba Weira z rockowej, włoskiej Mantry. To właśnie z nim za mikrofonem nagrane zostało ostatnie dzieło Brytyjczyków - płyta "Animal Instinct". Wokal Jacopo brzmi nieźle w głośniku, ciekaw jednak byłem, czy podoła występowi na żywo. Okazało się, że owszem, jak najbardziej. Ponadto muzycy sięgneli do pełnego przekroju swych dokonań i na setliście znalazło się coś z niemal każdego albumu. Na dzień dobry Robb Weir, z gwiazdą szeryfa przypiętą do koszuli, powitał zgromadzonych, po czym muzycy ruszyli z wałkiem "Euthanasia" z ich pierwszego krążka - "Wild Cat". Następnie poszło "Raised on Rock" z "Crazy Nights" i przebojowe "Don't Say Rock'n'Roll's Gonna Die". Z klasyków Tygrysy uraczyły fanów jeszcze "Take It" i "Suzie Smiled", aby zaraz potem rzucić na pożarcie coś z nowego wydawnictwa - jak powiedział Jacopo, piosenkę o dziewczynie z Polski, czyli "Hot Blooded". Potem ponowny powrót do staroci w postaci "Slave to Freedom", śpiewango z publicznością "Rock and Roll Man" oraz "Hellbound". Na koniec chłopaki zarzucili "Live for the Day" z "Animal Instinct" i "Gangland" z "Spellbound", by pożegnać się bisem z "The Cage" - "Love Potion No.9". Fani pod sceną domagali się jeszcze pierwszego singla Pan Tangu - "Don't Touch Me There", lecz w tej kwestii trzeba było obejść się smakiem.

Mekong Delta "Hard Rocker Festival II", fot. Lazarroni
Mekong Delta "Hard Rocker Festival II", fot. Lazarroni

Gdy zapadła cisza po ostatnich akordach "Napoju Miłosnego Nr 9", w "Mega Clubie" trochę się przerzedziło. Cóż, najwyraźniej Mekong Delta to nie muza dla wszystkich. A skoro już o Niemcach mowa, to wypada dorzucić parę słów na temat historii tej kapeli. O ile w Tygers of Pan Tang po albumie "The Cage" skład ulegał przemianom co jakiś czas, o tyle członkowie Mekong Delta zmieniali się jak w kalejdoskopie, nie licząc grającego w tej grupie od początku jej istnienia basisty Ralfa Huberta, ukrywającego się niegdyś pod pseudonimem Bjorn Eklund. Jeszcze do niedawna stanowisko za mikrofonem obejmował znany starym, polskim wyjadaczom Leo Szpigiel z Wilczego Pająka. Niestety, odszedł on w 2008 roku i w Mekong Delta jego obowiązki przejął Martin LeMar, udzielający się jednocześnie w Tommorow's Eve. Byłem pełen obaw co do brzmienia jego wokalu, gdyż nigdy wcześniej nie miałem z nim styczności. Moje wątpliwości zostały rozwiane błyskawicznie, kiedy salę zdominowały dźwięki "Epilogue" i "Memories of Tommorow". Głos Martina jest mocny, głęboki i posiada odpowiedni do tej muzyki tembr. Zarówno frontman, jak i wycinający progresywne połamańce na swym "bezgłowym" basie Ralf, złapali świetny kontakt z publiką. Widać było, że ich pierwszy w historii występ przed polskimi widzami sprawia im prawdziwą frajdę. W secie Mekongów znalazły się jeszcze takie utwory, jak "Cure", "Prophecy", "Heartbeat", "Transgressor" i sztandarowe "The Hut of Baba Yaga". Nie mogło zabraknąć również klasycznej przeróbki "Tańca z szablami" Chaczaturiana. Na pożegnanie Niemcy bisowali numerem "True Lies", który to oficjalnie zakończył "Hard Rocker Festival II".

Z festu wyniosłem całą masę pozytywnych wspomnień i równie pozytywnych emocji. Uważam, że pomimo słabej polskiej reprezentacji ligi muzycznej, imprezę można zaliczyć do naprawdę udanych.

Komentarze
Dodaj komentarz »
Cóż...
Verghityax (wyślij pw), 2009-10-01 00:00:54 | odpowiedz | zgłoś
Drogi Znawco, wrzucona przez Ciebie lista jest stara i w wielu punktach już nieaktualna. Swoją drogą, gratuluję skromnej ksywy. Niech żyją propagatorzy Jedynej Słusznej Drogi <lol>
bez komentarza
znawca (gość, IP: 83.24.106.*), 2009-09-30 20:28:11 | odpowiedz | zgłoś
jak się słucha takich kapel to powodzenia
Na czele moich zainteresowań znajduje się muzyka, a konkretnie rock (Deep Purple, Black Sabbath, Pink Floyd, Omega, R.E.M., Uriah Heep) i metal (Metallica, Judas Priest, Moonspell, Testament, My Dying Bride, Paradise Lost, Sepultura, Marilyn Manson, In Flames, Soilwork, Arch Enemy, Dimmu Borgir, Amorphis, Death, Sadus, Coroner, Destruction, Nevermore, Overkill, Opeth, Therion, Rammstein, Pantera, Korn, Tiamat, Nightwish, Lacuna Coil, Alice in Chains, Dio).
chyab autor za dużo wypił
fan metalu (gość, IP: 83.24.106.*), 2009-09-30 20:01:46 | odpowiedz | zgłoś
ja to widziałem kompletnie inaczej.

Materiały dotyczące zespołów

Napisz relację

Piszesz ciekawe relacje z koncertów? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Którą kuchnię lubisz najbardziej?