zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku środa, 25 listopada 2020

relacja: Judas Priest, Leash Eye, Katowice "Spodek" 14.04.2012

17.04.2012  autor: Mikele Janicjusz
wystąpili: Judas Priest; Leash Eye
miejsce, data: Katowice, Spodek, 14.04.2012

Judas Priest. Ta nazwa słusznie wzbudza emocje zarówno pozytywne, jak i negatywne. 14 kwietnia 2012 r. w katowickim "Spodku" zebrali się wszyscy ci, którzy reagują na hasło "bogowie metalu" co najmniej entuzjastycznie, wśród nich było z pewnością wielu takich, którzy daliby się pokroić za swoich idoli. Brytyjska grupa pod wodzą Roba Halforda przyjechała do Polski po raz drugi w ciągu roku, żeby dać show pod znamienną nazwą "Epitaph World Tour". Trasa została zapowiedziana jako pożegnalna, choć muzycy przyparci do muru przez dociekliwych fanów wyznali podobno, że jest to raczej pożegnanie z dużymi trasami, a nie z działalnością muzyczną w ogóle. Tu koniecznie muszę wyjaśnić - uprzedzając wszelkie dziecinne komentarze w stylu "to ile razy będą się żegnać" lub "a czy oni już przypadkiem nie żegnali się w zeszłym roku" - że trasy takich gigantów rocka trwają czasami dwa, trzy lata. Nie jest więc dziwne, że AC/DC po całej serii koncertów w Europie w 2009 roku przyjechali ponownie na nasz kontynent w 2010 w ramach taj samej "Black Ice Tour". Tak się po prostu organizuje koncerty. Co innego mnie smuci. Judas Priest po prostu nie mógł dać w Polsce dwóch koncertów pod rząd, bo one by się nie sprzedały. Tak było przecież z występami Heaven And Hell, który dzień po dniu grał w Katowicach i w Warszawie. Ja byłem na "Torwarze" i było tam po prostu pusto. No może nie pusto, ale frekwencja była słaba. Tak więc Judas Priest wrócił do Polski po kilku miesiącach i dobrze, że wrócił, bo każdy koncert gwiazdy tego formatu powinien cieszyć.

Judas Priest, Katowice 14.04.2012, fot. Verghityax
Judas Priest, Katowice 14.04.2012, fot. Verghityax

"Spodek". Przez długi czas jedyna taka hala w Polsce, gościła tych największych, ostatnio odnowiona, wciąż ma swój klimat. Tu jeszcze jedna refleksja mnie nachodzi. Jeszcze dziewięć lat temu, kiedy wizyty zespołów rockowych w Polsce były wyjątkowymi wydarzeniami, a do "Spodka" zawitał Iron Maiden, to już stojąc w kolejce można było się udusić, a co dopiero w środku. Dziś takie zespoły są na wyciągnięcie ręki, więc wszyscy grzecznie stoją, nikt się nie pcha, a jak już się zdarzy, to grzecznie przeprosi i jest miło. To źle i dobrze. Źle, bo widać, że panuje przesyt, że ludziska marudzą, jak przyjeżdża Judas Priest, bo przecież w zeszłym roku już byli. Dobrze, bo widać, że dołączamy do Europy, że stajemy się ważnym krajem dla różnych kapel. Bramy otwarto o 18:30, wszyscy powchodzili i punktualnie o 20:00 nastąpił początek koncertu.

Leash Eye, Katowice 14.04.2012, fot. Verghityax
Leash Eye, Katowice 14.04.2012, fot. Verghityax

Niektórzy martwili się, że przed Judas Priest wystąpi warszawska formacja Leash Eye. Zapewne wiele osób po tym, co zobaczyło, zweryfikowało swe poglądy, bo autorzy "V.I.D.I." zagrali mocny secik. Zespół ze swoją hardrockową muzyką, skręcającą trochę w kierunku southern rocka, nie do końca pasował do brytyjskich metalowców, ale też nie było tak, że wyglądali jak człon we wiaderku. Jeśli chodzi o mnie, to na miejscu organizatora postarałbym się o kogoś bardziej znanego, o ugruntowanej pozycji na naszym podwórku. Bo nie oszukujmy się, za duża była przepaść pomiędzy legendą metalu, a młodą polską kapelą, która dopiero nabiera wiatru w żagle. Co było w ich występie fajnego, to to, że nie było widać tremy. Fajnie bawili się perkusista i klawiszowiec oraz oczywiście wokalista. Zaczęli trochę dziwacznie, bo od wejścia na scenę i... nic. Cisza. Niby się tam ustawiali, kombinowali, ale dopiero nasze gromkie "napierdalać" zmobilizowało "Liszajów". Zaprezentowali kilka utworów, wśród nich "One Time, Two Time", "Trucker Song", "Lee The Sky" i "Headin' For Disaster"; innych nie zapamiętałem. Sebb już na samym początku przedstawił zespół: "Jesteśmy Leash Eye... a później będzie 'Electric Eye'". Jeszcze kilkakrotnie rozpływał się w zachwytach nad tym, że mogą wystąpić tego wieczoru przez Judasami, raz walnął przemowę o tym, żebyśmy nie dali się odstawić na boczny tor. Fajnie też wyszło przedstawienie kolegów z zespołu, wplecione w środek ostatniego utworu.

Judas Priest, Katowice 14.04.2012, fot. Verghityax
Judas Priest, Katowice 14.04.2012, fot. Verghityax

Przygotowania techników do występu gwiazdy wieczoru zostały zamaskowane olbrzymim banerem, który oddzielił scenę od widowni, i który wzbudził wielki aplauz zgromadzonych. Napisane na nim było tylko jedno słowo - "Epitaph". Ale słuchaliśmy - acha! stroją perkusję, o! to pewnie gitara Glenna. W takiej machinie nie może zawieść żaden element, ale i tak przygotowania nie trwały dłużej niż 30 minut, dlatego jeszcze chyba przed 21:00 z głośników podwieszonych na rusztowaniu popłynęły dźwięki "War Pigs". Dziwna sprawa, bo kiedy jedno intro (chyba to miało być intro) się skończyło, to popłynęło następne - "Battle Hymn". Kurtyna wciąż wisiała. Judas Priest rozpoczął atak od "Rapid Fire", w pewnym momencie zasłona efektownie opadła i zobaczyliśmy tych lujów. W sumie to niewiele widziałem, bo pod sceną zrobił się taki młyn, że większość energii poświęcałem temu, by nie zostać stratowanym, zadeptanym i zmiażdżonym. Ale byli tam Rob Halford, Glenn Tipton, Ian Hill, Scott Travis i zamiast K. K. Downinga - Richie Faulkner. Było dobrze. Taki otwieracz! A po nim grany już od wielu lat jako drugi w setliście "Metal Gods". "Leżą" mi cholernie to oleiste riffy, ten mocarny klimat - prawdziwy hymn lat 80. A po nim Rob w zwyczajowy sposób się przywitał: "Hallo Poland. Judas Priest is back. I can see here many heavy metal maniacs". Przyszedł czas na "Heading Out To The Highway" z płyty "Point Of Entry". Do tego czasu zdążyliśmy już zaskarbić sobie przychylność zespołu. Owacjami, skandowaniem nazwy Judas Priest, totalną rozpierduchą pod barierkami.

Judas Priest, Katowice 14.04.2012, fot. Verghityax
Judas Priest, Katowice 14.04.2012, fot. Verghityax

Generalnie muzycy położyli nacisk na kawałki stare (lata 80.) i bardzo stare (lata 70.). Nowe były tylko dwa - "Judas Rising" z płyty "Angel Of Retribution" oraz "Prophecy" wybrany z "Nostradamusa". Niezmiernie ucieszył mnie siwiutki już "Starbreaker". Wokalista chodził sobie powoli po scenie z mikrofonem w łapie okrytej czarną rękawicą, z przyciemnionymi okularami na oczach i ryczał: "Victim Of Changes" z taką łatwością, z jaką inni wypowiadają słowa "daj na wino". Był to uroczy moment, na który złożyły się przede wszystkim szalone solówy Tiptona i Faulknera.

Kilka słów w tym momencie trzeba poświęcić scenografii. Otóż scena, w stosunku do tego, co ujrzałem w Berlinie podczas promocji albumu "Nostradamus", była skromna (jeśli tak to można określić). Spodziewałem się większego rozmachu, który winien towarzyszyć trasie pogrzebowej, to znaczy zabrakło wind, zapadni, teatralnych rekwizytów. Zamiast tego był ekran na tylnej ścianie, na którym wyświetlane były wizualizacje - co tu ukrywać - sztampowe. Zapowiadane przez Halforda kolejne kompozycje ilustrowane były stosownymi okładkami wydawnictw płytowych (to akurat mi się podobało). Na dłużej zatrzymał się Rob przy albumach "Rocka Rolla" (z którego zagrali "Never Satisfied", zabrzmiał całkiem nowocześnie), "Stained Class", którą to okładkę określił mianem "bardzo heavymetalowej" (tu utwór "Beyond The Realms Of Death") oraz przy osławionej "British Steel" z 1980 roku - od której nastąpił prawdziwy heavymetalowcy atak ("Breaking the what?" - po trzykroć zapytał łysy rycerz). Przed ekranem na sporym podwyższeniu ustawiona była perkusja; jej centrale ozdobione były żyletami. Z obu stron scena zamknięta była tunelami, w których nader często chowali się muzycy. W rogach mini wieżyczki, z których w pewnym momencie wysunęły się trójzęby. Kto po raz pierwszy widział Judas Priest na scenie, ten na pewno był posrany w majtaski, bo te wszystkie lasery (najefektowniej świecące podczas "Diamonds And Rust"), strumienie ognia i dymu musiały robić wrażenie. Ale jedno mnie zaskoczyło: na koncertach wrażeń słuchowych i wzrokowych - wiadomo - doświadcza się mimowolnie, po raz pierwszy na koncercie Manowar doświadczyłem wrażeń dotykowych (kiedy w hali zaczął padać sztuczny deszcz), a podczas koncertu Judas Priest po raz pierwszy doświadczyłem wrażeń zapachowych, kiedy serii wyładowań atmosferycznych na ekranie towarzyszył swąd ozonu w hali. Ten oryginalny pomysł poprzedził genialny kawałek "Night Crawler".

Judas Priest, Katowice 14.04.2012, fot. Verghityax
Judas Priest, Katowice 14.04.2012, fot. Verghityax

Podobał mi się "Turbo Lover", ale był jeden kawałek w setliście, na który czekałem z wielką niecierpliwością - "The Sentinel". Tylko dlaczego spośród wszystkich utworów zagranych tego wieczora akurat ten musieli spierdolić dokumentnie? Wiadomo, jest to numer wymagający wyjątkowych dyspozycji głosowych, a tych Halfordowi zabrakło. No zdarza się. Ale po co poczynili te skróty muzyczne? To zabiło tę wyjątkową kompozycję. Bardzo wielka szkoda. Zrehabilitowali się przy następnym "Blood Red Skies", którego też nie zapieje byle śpiewak. A tu proszę bardzo, wykop pod sufit, a przy tym perkusista wyszalał się do woli. Kto miał dotąd mało śpiewania, mógł się zadowolić odtwarzaniem linii melodycznych w "The Green Manalishi" lub powtarzaniem nośnego refrenu "Breaking The Law". Na koniec podstawowego setu Travis zagrał solo na perkusji, niedługie i niestety nieporywające. Jest świetnym perkusistą, bardzo precyzyjnym, lecz ilekroć go obserwuję w pracy, to mam wrażenie, że gra zachowawczo. Solo płynnie przerodziło się w "Painkillera". W czasie tego kawałka cała płyta "Spodka" zafalowała niby ocean wstrząsany ruchami płyt tektonicznych.

Judas Priest, Katowice 14.04.2012, fot. Verghityax
Judas Priest, Katowice 14.04.2012, fot. Verghityax

Po krótkiej przerwie Judas Priest zaczęli bisować. Zaczęli od "Helliona", a za nim, jak wiadomo, na stałe zrośnięty hitowy "Electric Eye". Dłuższa przerwa i warkot harleja - na scenę wjeżdża Halford ubrany w uniform złego motocyklisty. Osobiście wątpię, czy motor został w ogóle odpalony. Tak nie brzmi zapłon w harlejach, ale co tam, ważne że było efektownie, a warkot rozsadzał "Spodek" od środka. No, a jak motor, to i "Hell Bent For Leather". Tu znów kocioł zawirował pod sceną. Koncert zamknął ultraprzebojowy "You've Got Another Thing Comin'". Wydawać by się mogło, że to koniec wieczoru, ale nieoczekiwanie Travis chwycił za mikrofon i powiedział, że to pierwszy koncert w Europie i jeśli chcemy, to zagrają jeszcze jeden utwór. Mnie już takie gadki nie zwiodą, ale to fajne, że wykonali "Living After Midnight". Wspólne śpiewanie znów ogarnęło halę, wcześniej usłyszeliśmy jeszcze bardzo dobrą solówkę Faulknera i zabawę Halforda (okrytego biało-czerwoną flagą) z publicznością z serii "czy zaśpiewacie tak dobrze, jak ja".

Dla tego zespołu czas zatrzymał się chyba w miejscu. Wciąż wyglądają tak samo, a nawet powiedziałbym, że młodziej niż zwykle. Szczególnie Halfordowi nie brakowało w sobotę wigoru, poruszał się ze zdumiewającą lekkością w tych swoich stalowych skafandrach, pary w płucach też mu starczało bez problemu. To mnie młodemu trudno było dotrzymać mu kroku wrzeszcząc w refrenach, a gdzie przez dwie godziny drzeć pyska i wyglądać na szczęśliwego? Ten heavy metal to naprawdę jakaś zdumiewająca fitness - filozoficzna - fuckin' - sprawa.

Judas Priest, Katowice 14.04.2012, fot. Verghityax
Judas Priest, Katowice 14.04.2012, fot. Verghityax

Po koncercie okazało się, że zagrali identyczny set, jak w sierpniu ubiegłego roku. Ci, którzy widzieli oba występy twierdzili, że repertuar scenicznych zachowań też był identyczny. O ile zmiana w setliście powoduje przy tak rozbuchanym show dodatkowe tygodnie pracy dla całej ekipy (no ale co mają innego do roboty?), o tyle solo w innym miejscu czy zmiana wizualizacji wyświetlanych na ekranie już chyba takim problemem nie jest. A zatem te wielkie przedsięwzięcia muzyczne świetnie się ogląda, ale są one tylko na raz. Dlatego patrząc z perspektywy czasu, cieszę się, że w sierpniu 2011 roku wybrałem Ozzy'ego, bo był to niemalże koncert życia.

Zobacz zdjęcia: Judas Priest, Leash Eye.

Komentarze
Dodaj komentarz »
re: Judas Priest, Leash Eye, Katowice "Spodek" 14.04.2012
yamak
yamak (wyślij pw), 2014-05-16 17:12:36 | odpowiedz | zgłoś
Dla mnie to niezapomniany koncert. Spotkałem się z zespołem i złożyli autografy na baku mojego motocykla.
Mój motocykl nazywa się Nostradamus i pomalowany jest w motywy z tej płyty.
To wspaniałe uczucie jeździć bikiem z podpisami ulubionej kapeli.
Jim Silvia powiedział, że to jedyny motocykl na świecie, na którym się podpisali.

Marzenia się spełniają :)
re: Judas Priest, Leash Eye, Katowice "Spodek" 14.04.2012
binadra
binadra (wyślij pw), 2014-05-17 11:12:19 | odpowiedz | zgłoś
Wow!!!! Pozazdrościć.
Judas Priest
Boomhauer
Boomhauer (wyślij pw), 2012-04-18 12:12:34 | odpowiedz | zgłoś
Mi tam uczucie deja vu nie przeszkadzało. Może coś zmienią jak po nowym albumie przyjadą na następny "ostatni" koncert.

Materiały dotyczące zespołów

Napisz relację

Piszesz ciekawe relacje z koncertów? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Czy dzielisz się ze znajomymi swoimi muzycznymi odkryciami?