zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku sobota, 23 października 2021

relacja: "Metal Hammer Festival 2010" (Korn, Opeth i inni), Katowice "Spodek" 27.08.2010

2.09.2010  autor: Verghityax
wystąpili: Korn; Opeth; Riverside; Pain Of Salvation; Katatonia; Jurojin; Votum
miejsce, data: Katowice, Spodek, 27.08.2010

Patrząc na plakat ze składem tegorocznej, piątej już edycji "Metal Hammer Festival" nie potrafiłem oprzeć się wrażeniu, że gdzieś to już kiedyś widziałem. Wiecie, takie uczucie deja vu. Rzuciłem okiem na moją antyramę z pamiątkowymi biletami, przebiegłem ją wzrokiem, aż zatrzymałem się na kolorowej wejściówce sprzed pięciu lat... z trzeciej odsłony tej imprezy. Korn - jest. Opeth - jest. "Spodek" - zgadza się. Sierpień - tak, wszystko pasuje. No dobra, może reszta repertuaru prezentowała się nieco odmiennie, bo zamiast Lacuna Coil, Huntera, Mecha i nieszczęsnego Delight Metal Mind zaserwował tym razem Katatonię, Pain of Salvation, Jurojin, Riverside i Votum. Lecz nie licząc tego, to powtórka z rozrywki.

Nie żeby w powtórkach było coś złego. Powtórka dobrego filmu czy koncertu zawsze jest w cenie. A zarówno Korn, jak i Opeth uważam za wyjątkowo solidne załogi, które jeszcze nigdy na żywo mnie nie zawiodły. Możliwość ponownego zobaczenia ich w akcji nastrajała tym bardziej pozytywnie, że poprzedni "Metal Hammer Festival" (z 2007 roku) sromotnie mnie rozczarował. Głównym magnesem był wówczas w moim przypadku występ Chrisa Cornella, który ostatecznie odwołano na parę dni przed imprezą i w rezultacie w rozpisce ostał się Tool, którego nie lubię i którego fenomenu nie pojmuję, oraz garstka co najwyżej przeciętnych zespołów.

Na szczęście "Metal Hammer Festival 2010" okazał się muzycznym sukcesem, z powodzeniem przebijając dokonania swego starszego o pięć lat brata. Bo, co na festiwalach zdarza się niezwykle rzadko, tego dnia w katowickim "Spodku" nie dało się uświadczyć koncertu, który byłby słaby czy nudny. Wszyscy bez wyjątku stanęli na wysokości zadania.

Organizator także dołożył należytych starań, by zabawa przebiegała w jak najlepszej atmosferze. Jeżeli komuś nie chciało się odbywać dalekich wojaży w poszukiwaniu strawy dla ciała, mógł zaspokoić apetyt w jednym z rozłożonych na korytarzu punktów gastronomicznych, a pragnienie ugasić w rozstawionym pod halą ogródku piwnym. Jeśli natomiast ktoś zapragnął bardziej wyrafinowanych przysmaków z którejś z katowickich restauracji, bez problemu dało się uzyskać przy jednej z bram opaskę uprawniającą do opuszczenia terenu imprezy z możliwością powrotu.

Metalowy młot zadał pierwszy miażdżący cios stolicy Górnego Śląska o godzinie 13:30, kiedy to na scenie zagościli warszawiacy z Votum. Dotychczas nie znałem twórczości tej formacji, byłem jedynie świadom jej istnienia. Teraz widzę, że była to jedna z tych zaległości, które zdecydowanie warto nadrobić i jeden z najlepszych otwieraczy, jakie miałem okazję w życiu oglądać. Świetne, progresywne granie na światowym poziomie, porywające, lekko mistyczne, acz bez zbędnego zadęcia. Publiczność, mimo iż ewidentnie nastawiona zasadniczo na wylęgarnię lęków Jonathana Davisa, zgotowała chłopakom bardzo ciepłe przyjęcie, nie szczędząc oklasków. Choć do swej dyspozycji mieli tylko pół godziny, muzycy z Votum wycisnęli ten czas niby dojrzałą cytrynę, prezentując materiał zarówno z pierwszego, jak i drugiego albumu. Na setlistę złożyło się: "Glassy Essence", "The Hunt Is On", "The Pun", "Falling Dream" i "Stranger Than Fiction".

Następny w kolejce uderzył Jurojin z Londynu, promujący swój debiutancki album, pt. "The Living Measure of Time". Jak dotąd muzycy Jej Królewskiej Mości występowali głównie w swej ojczyźnie, jeśli nie liczyć minitrasy w Stanach Zjednoczonych. Popis w "Spodku" był ich pierwszym kontaktem z tak liczną publiką. Pomimo właściwej Wyspiarzom powściągliwości, chłopaki dali całkiem żywiołowy gig. Zazwyczaj z dużą dozą sceptycyzmu podchodzę do kapel, o których dziennikarze z branży muzycznej trąbią jako o wielkich, nowych objawieniach. Tym razem jednak muszę posypać głowę popiołem, albowiem Anglicy z Jurojin mogą się poszczycić rewelacyjnymi utworami, w których progresja miesza się rodzimym folkiem, jak również wpływami z Bliskiego Wschodu. Tej unikalnej, odważnej mieszance nie brakuje także metalowego pazura. Niektórzy porównują ich do Toola i Serja Tankiana. Jako że nie lubię żadnego z powyższych, to ciężko mi się do tego odnieść, natomiast swymi folkowymi ciągotami Jurojin przypomina mi zdecydowanie Dead Can Dance i Loreenę McKennitt. W Katowicach usłyszeć można było: "Ingress", "The Scars", "The Liar", "The Equinox", "The Dreaming" oraz dwa niezarejestrowane jeszcze wałki: "Blackleg Miner" i "Jyoti".

Po godzinie 15 przyszła pora na potop szwedzki, zapoczątkowany przez melancholijną Katatonię. Po raz ostatni Jonas Renkse i Anders Nystrom zawitali do Polski w marcu, podczas kampanii promującej ich najnowsze wydawnictwo, pt. "Night Is the New Day". Niniejszy atak Skandynawów to ich drugi najazd na polską ziemię od odejścia braci Norrman w styczniu tego roku. I chociaż uważam, że Katatonia lepiej daje radę w warunkach klubowych, co bezsprzecznie udowodnili w krakowskiej "Rotundzie" w marcu, to formę wciąż mają ze wszech miar zacną. Niestety, nie obyło się bez kilku niedociągnięć. Otwierający numer "Day and Then the Shade" został skopany przed dźwiękowców - wokal brzmiał okrutnie cicho, a basu nie dosłyszałem zupełnie. Na szczęście potem było już tylko lepiej. Na setlistę trafiły przede wszystkim piosenki z dwóch ostatnich albumów studyjnych. Osobiście preferowałbym więcej starszych dokonań formacji, ale to już kwestia gustu. Panowie zagrali: "Day and Then the Shade", "Liberation", "My Twin", "The Longest Year", "Soil's Song", "Omerta", "Teargas", "Saw You Drown", "Idle Blood", "Ghost of the Sun", "July" i "Leaders". Szkoda, że wśród publiczności znaleźli się mający jeszcze mleko pod nosem przedstawiciele złotej młodzieży "Przystanku Brudstock", którzy w trakcie występu Szwedów rozkręcali młyn i ścianę śmierci. Rozumiem takie akcje na Kornie, ale do stylistyki Katatonii nie pasowało to kompletnie i wyglądało żenująco, jakby stojący na podium muzycy przebywali w innym świecie, niż zgromadzeni na płycie uczestnicy festiwalu. Jacyś osobnicy z kindergrupy uznali też, że w dobrym tonie będzie zaryczeć chórem hasło "gdzie jest krzyż?". Ani to zabawne, ani adekwatne do kontekstu sytuacyjnego. Jak zwykł mawiać Oscar Wilde: "błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, trzymają język za zębami". Niestety, błogosławieństwo to nie każdemu było tego dnia dane.

Drugie natarcie z mroźnej północy poprowadziła kolejna progresywna drużyna, Pain of Salvation, promująca swój siódmy album studyjny, "Road Salt One" z maja tego roku. Co dziwne, panowie zapodali z owego krążka jedynie dwa numery: "Linoleum" i "No Way". Za to pozostałe pozycje swojej dyskografii potraktowali z dużym wyczuciem, prezentując całkiem przekrojową setlistę: "Of Two Beginnings", "Ending Theme", "People Passing By", "Used", "Falling" i "The Perfect Element". To, co rzucało się w ucho od razu, to dominujący na pierwszym planie czysty, mocny wokal Daniela Gildenlowa. Momentami gość wyciągał z siebie takie tony, że człowiekowi mimowolnie ciarki przebiegały wzdłuż kręgosłupa. Pain of Salvation, podobnie jak Katatonia, to jedna z tych kapel, które na żywo brzmią o wiele potężniej i bardziej przebojowo niż na płytach. Wspomniana w poprzednim akapicie gromadka wywrotowców ponownie próbowała dokonać abstrakcyjnego, jak na warunki muzyczne, młyna, lecz na szczęście bezustannie zmieniające się w piosenkach tempo skutecznie im to uniemożliwiało. Przyjęcie Szwedzi mieli jak najbardziej pozytywne, aczkolwiek mam wrażenie, że Katatonia zebrała więcej owacji.

Sztuki Riverside, niestety, nie widziałem, gdyż konieczność zrealizowania planu obiadowego zwyciężyła, a z Opeth nie miałem zamiaru zrezygnować za nic w świecie. Z tego, co opowiadali mi później znajomi, wstydu nie było, a na set złożyły się: "Hyperactive", "Driven to Destruction", "Egoist Hedonist", "Left Out", "Hybrid Times" i "02 Panic Room".

Opeth, jak to Opeth, urwał mi głowę. Szwedzi uderzyli jako finałowa fala potopu, miażdżąc wszystko na swojej drodze. Z ulgą przyjąłem fakt, że Mikael Akerfeldt i jego towarzysze broni dostali do swej dyspozycji pełne półtorej godziny, a nie, jak to miało miejsce pięć lat temu, trzy kwadranse, po których musieli kończyć, nim tak naprawdę na dobre zdążyli się rozegrać. Setlista jak marzenie, muzycy "przejechali się" po niemal wszystkich swoich dokonaniach. Szkoda, że nie tykają już niczego z "Orchid" czy "Morningrise", które też mogą się poszczycić sporą ilością znakomitych kawałków. Mimo to, Skandynawowie nie dali powodów do narzekań, grając: "Windowpane", "The Grand Conjuration", "The Drapery Falls", "The Lotus Eater", "The Moor", "Demon of the Fall", "Bleak" i na zakończenie "Deliverance". Z głośników sączyła się czysta moc i niczym nieskrępowana emanacja fenomenalnej formy zespołu. Niejedna kapela mogłaby im pozazdrościć utrzymywanej od tylu lat i to na takim poziomie kondycji. Widać, że Polacy kochają Opeth, gdyż sowicie nagradzali wykonawców gromkimi brawami. Rzecz jasna, Akerfeldt nie byłby sobą, gdyby w tracie występu nie zarzucił swych fantastycznie absurdalnych tekstów, stanowiących już jego znak rozpoznawczy. Gdy Szwedzi zbliżali się do finału swego popisu, Mikael, ni z gruszki, ni z pietruszki zapowiedział, że w następnej kolejności nagrają glamową płytę, a na trasie przebiorą się za panienki.

Jakiś kwadrans po 21 "Spodek" wypełniła burza oklasków, bo oto przyszła pora na gwiazdę wieczoru - Korn. Na linii frontu stanęli wspólnie Fieldy, Munky i Jonathan Davis - ten ostatni jak zwykle w towarzystwie swego nieodłącznego, błyszczącego srebrnym blaskiem statywu w kształcie nagiej niewiasty, wygiętej w łuk niby antyczna kariatyda. Zaczęło się od sprawdzonego otwieracza w postaci "Right Now". Pomimo zmęczenia całodziennym maratonem, fani na płycie dawali z siebie wszystko. Nie było może tak niszczycielskiego szału jak na koncercie z 2007 roku, ale w sumie to i lepiej, bo przynajmniej tego wieczoru nie wróciłem do domu z podbitym okiem. Zaraz potem poszło "Here to Stay" i "Did My Time". Ze swego najnowszego wydawnictwa, "Korn III - Remember Who You Are", będącego pierwszym od czasu "Life Is Peachy" albumem Korn nagranym przy udziale producenta Rossa Robinsona, panowie zapodali tylko dwa numery: "Oildale (Leave Me Alone)" i "Let the Guilt Go". Reszta setlisty skomponowana została z samych hitów, toteż ludzie nie mieli ani chwili na wytchnienie. Jakby nie patrzeć, takie klasyki jak "Falling Away from Me", "Somebody Someone", "Throw Me Away", "Helmet in the Bush", "Freak on a Leash" czy "Blind" zobowiązują. W charakterze bisu poleciało "Shoots and Ladders" z wplecionymi elementami "One" Metalliki, "Clown" i "Got the Life". Podczas wykonywania "Blind" dane mi było zobaczyć jeden z najfajniejszych koncertowych obrazków, jakie w życiu widziałem - na czas instrumentalnego wstępniaka wszyscy obecni na płycie uklękli, by na dźwięk pytania Davisa: "are you ready?" wyskoczyć w powietrze i rozpętać prawdziwe piekło. Jonathan w swym kultowym dresiku miotał się po scenie jak opętany, udowadniając, że nic nie stracił ze swej dawnej pary. Zasiadający za pokręconym, psychodelicznym zestawem bębnów Ray Luzier sprawdził się znakomicie i śmiem twierdzić, że jest on o niebo lepszym garowym niż David Silveria czy Joey Jordison, który na czas trasy z 2007 roku przyjął obowiązki sesyjnego perkusisty. Korniszony dały w pełni profesjonalny show - boli tylko, że trwał on jedyne siedemdziesiąt pięć minut. Amerykanie zeszli z pudła pozostawiając lekkie uczucie niedosytu.

Po tak nieprzyzwoicie dobrej imprezie pozostaje mieć nadzieję, że na kolejny "Metal Hammer Festival" nie przyjdzie nam czekać aż kilka lat. I ściągnijcie wreszcie Chrisa Cornella. Albo od razu reaktywowany Soundgarden.

Komentarze
Dodaj komentarz »
Re: relacja
Kristoper (gość, IP: 80.238.64.*), 2010-09-04 23:27:42 | odpowiedz | zgłoś
"Patrząc na plakat ze składem tegorocznej, piątej już edycji "Metal Hammer Festival nie potrafiłem oprzeć się wrażeniu, że gdzieś to już kiedyś widziałem.(...)zatrzymałem się na kolorowej wejściówce sprzed pięciu lat... z trzeciej odsłony tej imprezy. Korn - jest. Opeth - jest. "Spodek" - zgadza się. Sierpień - tak, wszystko pasuje. (...) zarówno Korn, jak i Opeth uważam za wyjątkowo solidne załogi, które jeszcze nigdy na żywo mnie nie zawiodły."
Albo piszący te słowa nie był przed 5 laty w Spodku i nie widział rozpaczy fanów Opeth i samego Mikaela albo jego wrażliwość na dźwięk wykształciła się dopiero w przeciągu ostatnich 4 lat.
re: Re: relacja
Verghityax (wyślij pw), 2010-09-05 11:31:10 | odpowiedz | zgłoś
Byłem 5 lat temu w Spodku i pisząc, że Opeth mnie nie zawiódł miałem na myśli to, jakie dano im możliwości. Bo kapela sama w sobie nie zawiodła, a jedynie organizator, dając jej takie, a nie inne warunki.
re: Re: relacja
winterrrrr (gość, IP: 83.5.237.*), 2010-09-05 13:33:16 | odpowiedz | zgłoś
było minęło, nie wiem po co, do tego wracać.. najważniejsze, że metalmind tym razem, poszedł po rozum do głowy i zaczął fest o 13.30 a nie jak wtedy bodajże o 17, dzięki temu, nie trzeba było okrutnie skracać jakiegoś koncertu a Opeth zagrał 8 kawałków (czyli o 5 numerów więcej niz pięć lat temu ;p) to prawie jak w Stodole na solowym koncercie- tam było 10 utworów.
MH fest.
winterrrrr (gość, IP: 83.5.231.*), 2010-09-03 19:33:31 | odpowiedz | zgłoś
Bardzo dobry festiwal. Pain of Salvation jak dla mnie- największa rewelacya koncertu ;) wcześniej jakoś mnie nie olśnili, ale jednnak po koncertach najlepiej przekonać sie do danego zespołu, i ja sie przekonałem:) naprawde wspaniały występ. i wspaniała kapela of course! Katatonia tylko troche gorzej zagrała niz na solowym koncercie, ale nie można sie chyba przyczepić do ich występu, też chciałem więcej staroci np. z LFDGD czy DO no cóż mówi sie trudno. Z kolei Riverside i Opeth to moje dwie ulubione kapelki i jak zwykle miałem wysokie wymagania, ale niestety nasza rodzima perełka lekko zawiodła.. albo może inaczej: chyba niepotrzebnie znów grali cały nowy album (nawiasem mówiąc świetny album) aczkolwiek pewnie nie tylko ja liczyłem bardziej na przekrojowy set, poprzednie albumy sa przeciez też świetne;) a tak to ''tylko'' dobry koncert, trzeba czekać na klubowy gig gdzie zagrają 2 godz. i gdzie w pełni mogą pokazać swoje wielkie umiejętności. i Opeth: tutaj wg. mnie świetna setlista, byłaby idealna gdyby zagrali z jeden kawałek np. z Morningrise, jak Advent czy kapitalnie zagrany w Stodole- The Night and the Silent Water. Były za to The Moor i Bleak na które czekałem juz 10 lat, fajnie że je w końcu zagrali ;p + Demon of the Fall i odlotowy- jak zawsze- Deliverance. Nie będe sie spierał czy to był najlepszy koncert tego dnia.. bo nie i juz ;) Korn oczywiście też zagrał fajny show (choc specjalnie za zespołem nie przepadam), podsumując udany festiwal
a publika? fakt troche małolaty przesadzały z tą ścianą śmierci np. gdy Katatonia grała ballade Idle Blood- widok troche komiczny ech a to wołali ''gdzie jest krzyż?'' ja myślałem z początku że o jakiegoś krzysia chodzi ;) nieważne..
a co do ''Krzysia'' Cornella to niech przyjedzie ale tylko z Soundgarden jeśli już a ja licze np. na Faith no More choc pewnie za drodzy.. w każdym razie oby nie trzeba było czekac kilka lat na następny taki fest i oby mimo wszystko znów nie przyjechał Korn- trzeci raz juz nie chce ich oglądać ;P
Pain of Salvation \m/
loleq999 (gość, IP: 83.24.48.*), 2010-09-03 16:29:51 | odpowiedz | zgłoś
Bez dwóch zdań najlepszy koncert festiwalu. Szkoda, że tak krótko, ale przyjęcie było dobre, choć mało kto zespół kojarzył, więc może niedługo wrócą do nas na pełny koncert. Daniel Gildenlow rozjechał wszystkich innych wokalistów, co było zresztą do przewidzenia ;)
Rewelacyjna impreza
Virion (gość, IP: 79.190.117.*), 2010-09-03 13:53:26 | odpowiedz | zgłoś
Opeth i Korn mogliby grać i dwa razy dłużej a i tak było by mi mało...
Energia płynąca ze sceny postawiłaby umarlaków na nogi :)
Będę czekał na powtórkę :)
Pain of Salvation :)
paulatc
paulatc (wyślij pw), 2010-09-02 23:33:43 | odpowiedz | zgłoś
jakbym tam ponownie była :D wow! świetna relacja!, a Pain of Salvation na żywo roz-wa-la-ją!!! zaraz po Kornie to był najlepszy show tego wieczoru :)

Materiały dotyczące zespołów

Napisz relację

Piszesz ciekawe relacje z koncertów? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Który kolor najidealniej pasuje do korpusu gitary elektrycznej?