zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku piątek, 27 listopada 2020

relacja: "Off Festival 2012", Katowice 3-5.08.2012

8.08.2012  autor: Grzegorz "Chain" Pindor
wystąpili: Metronomy; Charles Bradley; Kasia Nosowska; Converge; Snowman; Band Of Endless Noise
miejsce, data: Katowice, Dolina Trzech Stawów, 3.08.2012
wystąpili: Atari Teenage Riot; Mazzy Star; Death In Vegas; Kurt Vile and The Violators; Profesjonalizm
miejsce, data: Katowice, Dolina Trzech Stawów, 3.08.2012
wystąpili: Andy Stott; Bardo Pond; Chromatics; King Creosote & Jon Hopkins; Savages; Nerwowe Wakacje; Paula i Karol
miejsce, data: Katowice, Dolina Trzech Stawów, 3.08.2012
wystąpili: Container; Shabazz Palaces; Josh T. Pearson; Alva Noto; Demdike Stare; Colin Stetson; kIRk; Obscure Sphinx
miejsce, data: Katowice, Dolina Trzech Stawów, 3.08.2012
wystąpili: Iggy and the Stooges; Thurston Moore; Baroness; Apteka; Kobiety; The Stubs; Hanimal
miejsce, data: Katowice, Dolina Trzech Stawów, 4.08.2012
wystąpili: Doom; The Antlers; Wedding Present; Other Lives; Tides From Nebula; Blindead; Kristen
miejsce, data: Katowice, Dolina Trzech Stawów, 4.08.2012
wystąpili: High Places; Megafaun; Iceage; The House of Love; Retro Stefson; Cool Kids of Death; Beneficjenci Splendoru
miejsce, data: Katowice, Dolina Trzech Stawów, 4.08.2012
wystąpili: Kuedo; Spectrum; Shangaan Electro; Mikołaj Trzaska; Pissed Jeans; Daughn Gibons; Napszykłat; Coldair
miejsce, data: Katowice, Dolina Trzech Stawów, 4.08.2012
wystąpili: Swans; Battles; Kanał Audytywny; Baxter Dury; Łona & Webber; The Shipyard; Keira Is You
miejsce, data: Katowice, Dolina Trzech Stawów, 5.08.2012
wystąpili: Chrome Hoof; Stephen Malkmus and The Jicks; Dam-Funk; Group Doueh; Fanfarlo; Levity
miejsce, data: Katowice, Dolina Trzech Stawów, 5.08.2012
wystąpili: Africa HiTech; Dominique Young Unique; Connan Mockasin; Twilight Sad; Ty Segall; Afro Kolektyw; Minerals
miejsce, data: Katowice, Dolina Trzech Stawów, 5.08.2012
wystąpili: Forest Swords; Fennesz & Lillevan; Henry Rollins; Papa M; Jacaszek; Mordy; Piętnastka
miejsce, data: Katowice, Dolina Trzech Stawów, 5.08.2012

Siódma edycja "Off Festivalu" już za nami, czas na refleksje. Pierwsza z nich dotyczy ekspansji imprezy. Z malutkiego festiwalu w Mysłowicach, "Off" stał się wizytówką miasta Katowice i jedną z najciekawszych imprez w tej części kontynentu. Co prawda niszowy charakter powoli odchodzi na boczne tory z racji na licznych sponsorów oraz drastyczne podwyżki cen. Rozumiem, że droga ropa wpływa praktycznie na wszystko, ale dla przeciętnego zjadacza chleba, nawet lokalsa ze Śląska, wyjazd na ten festiwal powoli zrównuje się z kosztem turnusu w ciepłej części Europy. Mam nadzieję, że za rok cena będzie adekwatna do jakości artystów (w tym roku część niespodziewanie odpadła, a niektóre "gwiazdy" nie powinny nosić tego zaszczytnego miana).

"Off Festival 2012", Katowice 3.08.2012, fot. Verghityax
"Off Festival 2012", Katowice 3.08.2012, fot. Verghityax

Tych, którzy będą dalej czytali ten tekst, uprzedzam, że mimo, iż na "Offa" jeździ się w celach poznawczych i czysto "doznaniowych", ułożyłem sobie swój własny program i skupiłem się tylko na części wydarzeń, przez co dość szybko (zwyczajnie zmęczony) kładem się spać. Czasem tak bywa. Ale zacznijmy od początku.

Dzień I, 3.08.2012.

Początek sierpnia dał się we znaki niemożliwymi upałami, które w połączeniu z niekomfortowymi warunkami dojazdu z Cieszyna do Katowic potęgowały zarówno zmęczenie, jak i ogólną nienawiść do (hipsterskiego) świata. Jednakowoż ku mojej radości w samych Katowicach KZK GOP stanęło na wysokości zadania i niektóre autobusy kursowały częściej. Co od razu rzuciło mi się w oczy, to spora liczba obcokrajowców, głównie z Niemiec oraz Węgier (o czym przekonałem się na swojej części pola namiotowego oraz na terenie imprezy). Zupełnie mi to nie przeszkadza, a wręcz cieszy, że "Off" interesuje coraz więcej ludzi spoza kraju, bo i wydaje mi się, że bardziej niźli nasi krajanie cieszą się oni muzyką, aniżeli piwem i samą obecnością na imprezie.

Niestety z racji na mniej lub bardziej napięty harmonogram spotkań i powitań na terenie Trzech Stawów, pierwszym z zespołów, które miałem przyjemność zobaczyć, był Snowman. Wbrew pozorom zainteresowanie tą formacją nie wynika z dołączenia frontmana do Myslovitz (Michał Kowalonek), ale z racji na żywiołowe występy, w trakcie których panowie prezentują bardzo zróżnicowany materiał. Generalnie gorąco polecam ich obserwować, no, przynajmniej do momentu wydania nowego albumu przez Myslovitz. Się okaże. A póki co, Michał wydaje się być perfekcyjnym następcą Artura. Innym, ale coś czuję, że ten krążek trochę zmieni postrzeganie mysłowickiej legendy.

Converge, Katowice 3.08.2012, fot. Verghityax
Converge, Katowice 3.08.2012, fot. Verghityax

Kolejna przerwa, strugi deszczu i scena "Leśna". W dusznej atmosferze (o dziwo z racji ilości ludzi) Converge zagrało jeden z najlepszych koncertów, jakie widziałem w tym roku, no i możliwe, że top 5 całego festiwalu. Co z tego, że pod samą sceną nie dało się rozróżnić utworów i ludzie nie do końca rozumieli to, co się dzieje, liczyły się impet, energia i zaangażowanie. To ostatnie tyczyło się nawet tych, którzy z hc mieli do czynienia od przysłowiowego święta, bo mosh w japonkach czy facepunch w Raybany kolegi raczej rzadko dzieją się na hipsterskich spędach. Tak czy owak, to co robi załoga z Salem w stanie Massachusetts wykracza poza sztywno pojmowany hardcore, i - mimo iż nie jestem fanem stwierdzenia, że są teraźniejszą inkarnacją Black Flag - z pewnością, tak jak zespół z czterema prostokątami w logo, przełamuje wszystkie granice.

Po dawce solidnego łupnia na scenie leśnej szybko zainstalowałem się w rejonach maina, czyli sceny "mBank". Tam, jak zwykle skromna, swój występ dała Nosowska. Tym razem ruda, tradycyjnie przejmująca i zaangażowana w... nomen omen show. Jeśli ktoś liczył na rockowe oblicze Nosowskiej, srodze się pomylił, bo po wydanej rok temu "Ósemce" jedna z czołowych polskich wokalistek lawiruje między indie, muzyką basową aż po gitarowe harce. Jest to miszmasz, ale radujący serca i uszy.

Charles Bradley, Katowice 3.08.2012, fot. Verghityax
Charles Bradley, Katowice 3.08.2012, fot. Verghityax

Po Nosowkiej rozpadało się na dobre. Nie przeszkodziło mi to jednak w konsumpcji złocistego trunku między drzewami w scenie gastronomicznej i cieszyć się jednym z najlepszych występów festiwalu w ciekawej atmosferze oraz paradoksalnie w dobrych warunkach dźwiękowych. Nie wiem, co spowodowało, że selektywność podczas gigu Charlesa Bradley'a była dobra akurat w tym miejscu, ale dzięki godzinie koncertu czarnoskórego wokalisty wiem, że soul to dźwięki kojące każdą, niekoniecznie zbłąkaną i smutną duszę. Pasja, szczerość i głos Charlesa przejęły mnie do tego stopnia, że jeszcze kilkanaście minut po opadach deszczu, jak i po finale koncertu Amerykanina nie ruszałem się z miejsca. Jeśli któryś z występów na "Offie" miałby zyskać miano magicznego, to tylko ten. Ten jeden.

Nie można tak nazwać bezlitosnego ataku Atari Teenage Riot. Bardziej wstawieni mogli doszukiwać się matematycznych rozwiązań, ale po co, skoro digital hardcore, którym para się niemiecka ekipa, nie pozwala na ustanie w miejscu, a tym bardziej na jakiekolwiek refleksje. Siła ataku Atari porażała intensywnością. Nawet na polu namiotowym, gdzie mała grupka uczestników festiwalu postanowiła, że sama sobie zrobi rave. Godne podziwu, ale obserwowane z daleka co najmniej żałosne widowisko. Tak czy owak, nie chcę, aby Atari wchodziło w etap 3.0 (odsyłam do wywiadu na łamach "T-Mobile Music"). Na metamorfozę przyjdzie czas. Oj, przyjdzie.

Charles Bradley, Katowice 3.08.2012, fot. Verghityax
Charles Bradley, Katowice 3.08.2012, fot. Verghityax

Ominąłem Chromatics (Nosowska okazała się ważniejsza), na "Metronomy" uciąłem sobie drzemkę (siła wyższa), a na Container - nawet gdyby mnie ktoś zaniósł na scenę eksperymentalną - nie dałbym rady wykrzesać z siebie siły, by pląsać do detroit techno. A wierzcie mi lub nie, da się, czasem nawet w amoku.

Dzień II, 4.08.2012 - z mojego punktu widzenia najważniejszy.

Dzięki Bogu za KFC, wielką dolewkę i stosunkowo małe kolejki w Realu. Pół dnia spędzone na grze w makao i pojeniu się w "restauracji" odpowiednio nastawiły mnie do bardzo dobrze zapowiadającego się dnia. Rekreacja na torze do skimboardu tylko wzmogła apetyt i dobry nastrój, a koncert Cool Kids Of Death na scenie "Trójki" jeszcze w tym pomógł. Popularne Kulki zagrały z luzem, jajem i m.in. premierowym materiałem. Szkoda, że nie dałem rady dopchać się choćby do połowy namiotu, ale jak było widać, popularność tego zespołu wśród fanów "alternatywy" jest ogromna. Zresztą nie tylko tego zespołu, bo dzień później Afro Kolektyw cieszył się podobnym zainteresowaniem.

Po "Kulkach" na scenie "Leśnej" zamontowali się panowie kolejno z Blindead i Tides From Nebula. Wspólnymi siłami oczarowali całkiem liczne grono fanów nie tylko post-rocka i metalu, ale po prostu dobrej muzyki w ogóle. Wokale Nicka (m.in. w bajecznym "Purr") były oszczędne, ale robiły przysłowiową dobrą robotę. Fajnie, że obaj perkusiści grali razem, co jeszcze wzmacniało potężne brzmienie, a w miejscach, kiedy łączyli kompozycje obu zespołów, można było wyłapać kto i z jakim feelingiem gra. Różnice niewielkie, bo panowie byli doskonale zsynchronizowani, ale nawet gdyby grali krzywo albo gdyby ktoś zapomniał jak grać (nie)swój utwór, nikt by nie zauważył. Wspólny gig na "Offie" był pierwszym, szykują się kolejne. Oby bardziej improwizowane i oby gdzieś na Śląsku.

"Off Festival 2012", Katowice 3.08.2012, fot. Verghityax
"Off Festival 2012", Katowice 3.08.2012, fot. Verghityax

Po Tidesach mała przerwa na konkurs w postaci finezyjnego otwarcia butelki Grolscha. Cóż, zrobiłem z siebie idiotę radząc sobie z zawleczką naszyjnikiem kobity, ale przynajmniej piwo było za darmo. Zimne, no i dostałem fajną poduszkę (super przydatny gadżet). Po konsumpcji udałem się w stronę sceny "mBank", gdzie grali moi faworyci tego dnia, czyli Baroness. Cóż, akustyk nie pierwszy raz dosłownie i w przenośni spierdolił brzmienie, ale jakoś to przeżyłem. Grunt, że cieszyłem uszy fantastycznymi wokalami, kolokwialnie mówiąc - zajebistym groove, no i po prostu dobrą muzyką. Kumpel nieobeznany z twórczością formacji stwierdził, że przypominają mu wczesną Metallicę. Nie wiem pod jakim względem, ale grunt, że wczesna Meta to kawał najlepszego możliwego metalu, podobnie jak Baroness w każdej postaci. Niezależnie czy grają tłusto, ciężko, stonerowo lub progresywnie albo lżej i znacznie bardziej przebojowo (tegoroczne "Yellow"). Chcę ich zobaczyć w klubie, gdziekolwiek, byle w Polsce!

Kolejna przerwa, zaskoczenie w postaci pogujących ludzi na stołach, szok związany z wnoszeniem niezliczonej ilości gorzały przez płot, no i rosnący geometrycznie hejt do wszystkich świeżo upieczonych fanów Joy Division. Logo i okładka tego bandu były wszędzie: na cyckach, majtkach, skarpetkach, klatce piersiowej (to aż takie modne wydziarać sobie front "Disorder"?), no i na czym popadnie. Od kilku miesięcy zauważam nagły wzrost zainteresowania tym zespołem, ale domyślam się, że podyktowane to jest modą z któregoś z lookbooków czy innego kurestwa, a nie skądinąd genialną muzyką. Ciekawe, że nikt nie próbuje wskrzesić Fugazi, czemu nikt nie obwieszcza swej radości z powrotu Refused? Szkoda gadać.

Nagle ni stąd ni zowąd trafiłem na kolejny wynalazek a'la Omar Souleyman, czyli Shangaan Electro. Nie wiem, co Rojek ma na celu ściągając tego typy projekty na "Off", ale zazdroszczę hype nakręcanego wokół takich występów. Domyślam się, że dla wielu był to tak dobry gig, jak Omara, ja jednak wolałbym posłuchać disco polo. Muza po prostu słaba, monotonna (jedno tempo przez ponad godzinę), a i wizualnie, mimo dobrych chęci, nie byłem w stanie znieść czarnoskórej ekipy w odpustowych strojach, udającej że "tańczy". Zamiast marimby (w sensie gatunku muzyki) wolałbym kuduro. Buraka Som Sistema porwałaby tłumy. Ale ten band podkradli panowie z AlterArt, którzy ściągnęli ich na "Selector Festival". A szkoda.

Krótka przerwa i na scenie zainstalowała się żywa legenda. Iggy Pop And The Stooges. Nie jestem w stanie powiedzieć złego słowa odnośnie muzyki czy zachowania muzyków, ale za to pan akustyk powinien dostać solidny opierdol. Za samo brzmienie werbla (nie bójcie się triggerów!) walnąłbym w potylicę, ale to, co wyrabiało się z basem wołało o pomstę do nieba. Dość smutów. Iggy pokazał, jak dać show. Jak - mimo stanowczo zbyt wielu lat na karku - dać rock'n'rollowe show, którego pozazdrościć mogą znacznie młodsi i ładniejsi(!) koledzy. Zaproszenie ludzi na scenę? Tak. Wejście w tłum i pozwolenie na odśpiewanie fragmentu "I Wanna Be Your Dog" jakiejś małolacie? Tak. Buziak w policzek od fajnej rudej panny? Oczywiście tak! Zagrany jako przedostatni numer "Passenger"? Tak. Zabrakło tylko studentów i juwenaliowej atmosfery, ale pomimo początkowej niechęci, po show Iggy'ego na mej twarzy malował się uśmiech. Prosty i wymowny, tak jak wszystkie odegrane przez dziadków kompozycje.

Dzień III, 5.08.2012.

Niespodzianki w postaci deszczu, żaby w namiocie i złodzieja krążącego po okolicy w czasie, gdy ludzie stali w kolejce do pryszniców, nie przeszkodziły w celebrowaniu ostatniego dnia imprezy. Swoją drogą, tak jak rok temu, tak i teraz nie rozumiem dlaczego tłum nie jest w stanie ruszyć swoich czterech liter kawałek dalej do kontenera, w którym nie dość, że miejsca więcej niż w tych zamykanych na drzwi kabinach, to i woda lepsza, no i jakoś tak bardziej festiwalowo jest. Wielogodzinne wyczekiwanie na własną kabinę to raczej mało fajna zabawa, a przecież zupełnie bez spiny można było od razu wykąpać się w tajemniczym kontenerze z natryskami.

Pyk. Stało się, że trafiłem na Afro Kolektyw. Niby wszystko spoko, pan akustyk też jakby nie na kacu, ale w chwili, w której z głośników dobiegło "hyc o podłogę", zastanowiłem się czy to już ten amok, kiedy razem z moim DJ-em na imprezach gram co popadnie, czy to kiepski żart z premedytacją. Po takim ataku na moje małżowiny uszne szybko zmieniłem lokalizację na scenę "mBank", gdzie Łona wespół z Webberem starali się przekonać fanów indie rocka do inteligentnego, krajowego hip-hopu. Wyszło im to nader dobrze i coś czuję, że prędzej czy później wybiorę się na klubowy koncert obu panów, a jeśli nie, to mile będę wspominał ten gig. W polskim rapie mało kto (a czasem również co) jest w stanie przyciągnąć moją uwagę, ale akurat ta dwójka, podobnież jak Tetris, Zeus, niekwestionowany lider O.S.T.R, Eldo, a z przeciwnego bieguna - Jan Wyga, mają coś sensownego do powiedzenia.

Kanał Audytywny mógł narobić smaku fanom polskiego rapu, jak i tym, którzy cenią sobie eksperymenty z pogranicza elektroniki, jazzu czy momentami muzyki okołorockowej. Niestety, bardzo nielubiany przeze mnie L.U.C (nadal czekam aż ktoś mi wyjaśni, dlaczego grał na wszystkich Juwenaliach rok temu?) - po ponad godzinnym ustawianiu brzmienia, soundchecku - w czasie występu obwieścił nie raz, a chyba z 10, że tyle lat marzył o tym gigu, na Śląsku, tym Śląsku, i że wyobrażał to sobie inaczej, ale padło im pasmo (elektronika) i nie będzie tego basu (a co to kurwa, dubstep do cholery?) i wspominał o tym fakcie przy każdej możliwej okazji, w trakcie zarówno tych kompozycji odgrywanych, jak i dziwnej improwizacji. Nie wiem, co na to "starsi fani kanału", ale nawet "Psotna Dorota" nie była w stanie zmieść z twarzy obrazu zażenowania. Rok temu Hervy z Blindead zmagał się z podobnym problemem - padł mu MacBook czy tam "pasmo" i pomorska bestia dokonała żywota po trzecim utworze, schodząc ze sceny z grymasem na twarzy, ale skromnie, bez stękania. Tego samego nie można powiedzieć o raperze, który w czasie podróży do Tybetu i Bóg wie gdzie jeszcze (wszak przecież, jak nie raz wspominał, ciągle podróżował, i koledzy z zespołu także) się pogubił. Swoją drogą, doceniam zarówno jego talent do beatboksu, jak i posiadanie naprawdę nietuzinkowego flow, ale gdy pojechał na "wolnym", nie wiedziałem, co o tym sądzić, a podkręcanie tempa w trakcie nawijki wychodzi tylko Ostrowskiemu i Duże Pe. A przynajmniej tak mi się wydaje. Gig normalnej kapeli(!) uratowali perkusista Michał Lasota oraz obdarzona dosłownie anielskim głosem, skromna i trzymająca się z boku wokalistka. Może jeszcze kiedyś się im uda. W taki sposób, jaki życzył sobie tego L.U.C, bo wierzę, że kanał w pełnej krasie zobaczyć trzeba.

Kolejna przerwa i o 23 ląduję w namiocie sceny eksperymentalnej. Henry Rollins wychodzi na deski, a sala dostaje spazmów radości. Wielu fanów Black Flag, którzy pojawili się na tym festiwalu, to właśnie ten punkt programu traktowało jako najważniejszy i nie przeczę, stand up Rollinsa był dla mnie jednym z ważniejszych przeżyć na tej imprezie. Głównie z racji tego, że zobaczyłem legendę, a zarazem zwykłego człowieka, który - w przeciwieństwie do wielu artystów na siłę starających się opowiedzieć intrygujące historie - mówił o swoim życiu. Prozaicznie, czasem z nutką ironii, ale szczerze. Nie kumam za to, dlaczego co chwilę koś rzucał "play a song", "let's do a pogo" albo - jakaś zaraza - co drugie zdanie podsumowywano brawami. Bez przesady. Owszem, było wiele momentów zasługujących na aplauz, ale żeby byle kwestię czy wspomnienie np. o The Beatles albo o tym, że nie miał telewizora? Henry gadał dłużej niż miał to zaplanowane, więc musiałem uciekać, bo na scenie meldowali się Swans...

Swans czyli rozczarowanie. Niestety, ale oczekiwałem czegoś innego. Znam charakter muzyki grupy, ale nie sądziłem, że zapowiedzi najgłośniejszego koncertu nie będą czczymi słowami. Swans rzeczywiście było najgłośniejsze i pewnie aż przy centrum handlowym było słychać ścianę dźwięku, a prawdę mówiąc to kakofonii. Mniej zorientowani na takie dźwięki uciekali w popłochu (autentyczne przypadki), ale ci - w tym i ja - którzy pragnęli zobaczyć coś spektakularnego, męczyli się z tragicznym, rażącym uszy brzmieniem, a koniec końców jednak dostąpili zaszczytu niebywałego widowiska. Albowiem ktoś nieładnie najpierw kazał muzykom kończyć (bo panowie trochę sobie koncert przedłużyli), a następnie odłączył grupie wzmacniacze. Szok. Zwłaszcza, że Swans właściwie było headlinerem całej imprezy. Ten "akt" zakończył moją muzyczną przygodę z "Off Festivalem" i zmusił do zastanowienia się nad powrotem w przyszłym roku.

A skoro tak narzekam, to życzę sobie, aby w ogóle zrezygnowano z kuponów (w tym roku 3 rodzaje na piwo lane, butelkowe i jedzenie), by Grolsch był lepszym piwem, które w ogóle da się pić, by oferta gastronomiczna (choć zróżnicowana) była tańsza, a porcje obfitsze, by te same osoby nie przesiadywały 24 godziny na dobę na leżakach (inni też chcą odpocząć), by w kawiarni literackiej dało się usłyszeć co Budyń z Bajzlem mają do zagrania, a przy okazji do powiedzenia...

Zobacz zdjęcia: Charles Bradley, Converge.

Komentarze
Dodaj komentarz »
Czad był, ale co z resztą składowych?
Selektywny (gość, IP: 87.239.216.*), 2012-08-14 18:32:05 | odpowiedz | zgłoś
Ja też się niemożebnie męczyłem na Swans, ponieważ coś było kompletnie zrąbane. Też znam ich repertuar i nie oczekiwałem, że nieselektywnie brzmiące gitary przygniotą wokal, a frontman zginie w ścianie i będzie musiał krzyczeć, by móc się przebić. Nie wiem, czyj to błąd. Thurston też grał noizzowe rzeczy, dużo z Psychic Hearts, ale jednak słyszałem dokładnie wokal i gitarę. Szkoda, że mało ludzi zwraca na to uwagę, a głupie dzieci jara, że uber-cool hipsterzy uciekali zdegustowani. Nie, nie tylko oni. Dopiero na kawie kilkaset metrów dalej słyszałem jako tako wokal.