zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku niedziela, 22 maja 2022

relacja: Opeth, Von Hertzen Brothers, Warszawa "Stodoła" 24.02.2012

25.02.2012  autor: Ania Oskierko
wystąpili: Opeth; Von Hertzen Brothers
miejsce, data: Warszawa, Stodoła, 24.02.2012

Wszyscy pamiętamy kontrowersje, jakie towarzyszyły wydaniu przez Opeth nowej płyty. Brak growli, delikatność i łagodność sprawiły, że w niektórych środowiskach album nie wzbudził szczególnego entuzjazmu. Choć od początku byłam w gronie obrońców "Heritage" - i we mnie pewien niepokój budziła wizja koncertu, na którym zabraknie ryków Akerfeldta i opethowskiej metalowej mocy. Na szczęście panowie również okazali się świadomi, że płyta płytą, ale koncerty rządzą się własnymi prawami, dlatego już kilka dni przed występem zespołu w Warszawie fani mocniejszego brzmienia mogli czuć się uspokojeni setlistami z poprzednich koncertów trasy, na których nie zabrakło starego dobrego Opeth.

Opeth, Warszawa 24.02.2012, fot. W. Dobrogojski
Opeth, Warszawa 24.02.2012, fot. W. Dobrogojski

Koncert Szwedów poprzedzony był występem progresywnej grupy Von Herzen Brothers, która nieźle poradziła sobie z zadaniem rozgrzania publiczności. Początkowo wystąpiły drobne problemy z mikrofonem basisty. Całe szczęście szybko je usunięto. Łamane rytmy, spokojne melodie przeplatane cięższymi uderzeniami i partie wokalne rozłożone na głosy przygotowały uszy zebranych na mające rozbrzmieć za chwilę dźwięki "Heritage".

Koncert gwiazdy wieczoru rozpoczął "The Devil's Orchard". Nie dało się nie zauważyć, że oświetleniowcy podzielają opinię większości, że Opeth = Mikael Akerfeldt i gdy reszta bandu skryta była w półmroku, lider jaśniał w świetle jaskrawego reflektora. Światło pozwoliło również na pierwszy w tym dniu akcent komiczny, gdy po fragmencie "God is dead" Mikael zastygł bez ruchu pokazując różki, a wszystkie światła skierowały się na niego. Pierwszy kawałek został przyjęty entuzjastycznie i odśpiewany przez tłum, choć nie obyło się bez kilku wokalnych falstartów.

Opeth, Warszawa 24.02.2012, fot. W. Dobrogojski
Opeth, Warszawa 24.02.2012, fot. W. Dobrogojski

Mikael zaczął przemawiać. Popisy konferansjerskie Akerfeldta zasługiwałyby na osobny artykuł, a nawet na całą książkę-poradnik pod tytułem "Jak sprawić, by ludzie śmiali się po każdym twoim zdaniu". Nie od dziś wiadomo, że Mikael, mimo krytykowanego przez niektórych nadużywania "fucków", jest fenomenalnym mówcą. Publiczność dowiedziała się od niego, że nie znajduje się wcale na koncercie Opeth, ale formacji Martin Mendez Band, na co biedny Martin - ciągły obiekt żartów Mikaela - zareagował pobłażliwym pokiwaniem głową. Chyba już się przyzwyczaił, że Akerfeldt ma specyficzne poczucie humoru.

Kolejny kawałek z nowej płyty - "I Feel The Dark" - utwierdził mnie w przekonaniu, że koncert został idealnie nagłośniony. Doskonale słychać było każdy instrument i każdy szczegół wokali Akerfeldta. Mikael chyba nigdy nie bywa w złej formie i na koncertach brzmi równie dobrze, jak na płytach, udowadniając, że plasuje się w czołówce stawki metalowych wokalistów. Po tej prezentacji niebywałych umiejętności całego składu, nastąpił ciąg dalszy show, tym razem opowieści o alkoholowo-ziołowych ekscesach młodego Mendeza, który znów przy każdej salwie śmiechów z sali kiwał głową, pogodzony z losem. Gdy ucichły wiwaty po tej wyjątkowo zabawnej przemowie, muzycznie cofnęliśmy się do "Still Life", by uspokoić się przy dźwiękach "Face of Melinda". Nie dało się ukryć, że ludzie czekali na starsze kawałki, które wzbudzały niepohamowaną euforię.

Opeth, Warszawa 24.02.2012, fot. W. Dobrogojski
Opeth, Warszawa 24.02.2012, fot. W. Dobrogojski

Kolejny odcinek konferansjerki poświęcony został upodobaniom muzycznym zespołu oraz publiczności. Mikael dopytywał, czego słuchają zebrani, prosił, aby nie wstydzić się i przyznawać do swoich gustów, po czym sam zaserwował publiczności "confession time", opowiadając o swojej hip-hopowej przeszłości. Na szczęście szybko powrócił do klimatów bliższych jego fanom i - tym razem już serio - wspomniał o inspiracji Ronniem Jamesem Dio, któremu poświęcił kolejny utwór z "Heritage", "Slither". Na tle poprzednich, delikatnych kawałków, ten zabrzmiał dużo mocniej, skłaniając publiczność do pierwszych tego wieczoru ruchów głów w górę i w dół. Szybko jednak nastąpiła część wyciszająco-spowalniająca z "To Rid the Disease", które dodało koncertowi szczyptę melancholijnej magii z "Damnation".

Jednak długo melancholijnie i nastrojowo być nie mogło, bo Mikael znów rozpoczął swoje szalone gadki. Tym razem, by opowiedzieć o Szwecji. A co ma Szwecja, poza statkami i samochodami? Oczywiście folklor. A nawet "Folklore", jak się po chwili okazało. Ostatni tej nocy kawałek z "Heritage" żegnany był owacjami. Perfekcja zespołu przechodziła najśmielsze oczekiwania. Naprawdę, musiałby się bardzo natrudzić ktoś, kto chciałby wskazać słabe punkty tego występu. Fredrik Akesson znęcał się nad gitarą, Mendez odetchnął z ulgą po zakończeniu żartów na swój temat i angażował się teraz podwójnie, w tle za garami migała jasna głowa Martina Axenrota, a Joakim Svalberg nawet się uśmiechnął.

Opeth, Warszawa 24.02.2012, fot. W. Dobrogojski
Opeth, Warszawa 24.02.2012, fot. W. Dobrogojski

Mikael zapowiedział coś "bardziej heavy". Przez publiczność przeszedł pomruk zadowolenia. Oczywiście, ludzie doceniają spokojne utwory Opeth, ale na koncercie metalowym, jak powszechnie wiadomo, przydaje się jednak czasem element pierdolnięcia... Zapewniło je "Heir Apparent" z "Watershed". Pod sceną zorganizował się młyn. Pojawił się oczekiwany przez niemal wszystkich growl. Szkoda byłoby, gdyby Mikael z niego zrezygnował, bowiem dźwięki, jakie ten facet wyrzuca z gardła, nie mają sobie równych. Znów zabrzmiał potężny, głęboki i niski ryk, znak firmowy Akerfeldta. W tej chwili większość zebranych poczuła się całkowicie usatysfakcjonowana doznaniami muzycznymi tego wieczoru. Na tym jednak nie koniec; po zmianie frontu na mocniejszy, panowie odegrali jeszcze "The Grand Conjuration", przy którym ciary chodziły po plecach. Mikael zapowiedział, że kolejny utwór będzie ostatnim. Publiczność protestowała, lecz momentalnie ucichła, gdy zabrzmiało "The Drapery Falls". Nieśmiertelne cudo z "Blackwater Park" zatrzęsło "Stodołą". Te gitary! I jeszcze, często występujące w starych kawałkach, przeciągłe dreszczotwórcze "aaaa!" Mikaela. Jeśli ktokolwiek mógł mieć jeszcze wątpliwości, że znajduje się na genialnym koncercie genialnego zespołu, w tej chwili rozwiały się one bezpowrotnie.

Opeth, Warszawa 24.02.2012, fot. W. Dobrogojski
Opeth, Warszawa 24.02.2012, fot. W. Dobrogojski

Opeth, wzywany gromkimi okrzykami (ach, to nasze polskie "Napierdalać!"), pojawił się raz jeszcze. Zanim jednak nastąpił grand finale, Mikael raz jeszcze musiał pobawić się w konferansjera. Znów powrócił motyw "Martin-fucking-Mendez Band", ale elementem, który rozłożył publiczność na łopatki, była zabawa kostkami. Mikael wyrzucił je wszystkie w tłum i poprosił technika, by ten przyniósł kolejny zestaw. Facet wszedł na scenę w takt specjalnie dobranego jingla, pomachał ludziom, powtykał kostki w statyw i nie byłoby w tym nic zabawnego, gdyby nie to, że ów motyw powtórzył się trzy razy. Przy ostatnim Mikael poklepał gościa po ramieniu, chyba zapewniając, że już kończy się nad nim znęcać. Ostatnia partia kostek, które spadły w tłum, była wyjątkowa. Akerfeld uniósł jedną z nich i ogłosił, że ta będzie szczególnie wartościowa, po czym... oblizał ją i rzucił publiczności.

Później nastąpiło klasyczne przedstawianie poszczególnych członków zespołu, które w przypadku Opetha całkiem klasyczne być nie mogło. Mendez - jako nowo mianowany lider -doczekał się należnych owacji, Akesson zagrał pożegnalne mini-solo, Svalberg w nimbie świateł szczerzył się i pokazywał różki, a Axe został wywołany zza perkusji, by wykazać różnice między nim a Legolasem (jak twierdzi Akerfeldt, Orlando Bloom wygląda jak baba, a Axenrot to stuprocentowy facet). I wreszcie po długiej przerwie konferansjerskiej nastąpił bis. "Deliverance". Moc zabrzmiała z taką potęgą, że nie dało się stać bez ruchu. Końcowy motyw rytmiczny skutecznie czepił się każdego. Już po koncercie wystukiwano go na poręczach, stołach i kubkach z piwem.

Opeth, Warszawa 24.02.2012, fot. W. Dobrogojski
Opeth, Warszawa 24.02.2012, fot. W. Dobrogojski

Koncert Opeth zadowolił wszystkich. W setliście znalazło się miejsce i dla nowości, i dla spokojnych, nastrojowych utworów, i dla ciężkich metalowych kawałków. Były i liryczne solówki, i mocarne riffy, i piękny czysty wokal, i growl, a wszystko na najwyższym poziomie, idealnie nagłośnione i przeplatane doskonałą, zabawną konferansjerką. Ci, którzy bojąc się, że zanudzi ich gig promujący "Heritage" nie wybrali się na ten występ, powinni żałować tej decyzji do końca swych dni.

Zobacz: zdjęcia z koncertu Opeth w Warszawie.
Przeczytaj: relacja z Pragi.

Komentarze
Dodaj komentarz »
.
the-cube (gość, IP: 130.226.178.*), 2012-02-28 11:47:58 | odpowiedz | zgłoś
Świetna recenzja, doskonale się czyta.
koncert roku
STRUTY (wyślij pw), 2012-02-28 09:24:44 | odpowiedz | zgłoś
Jak na razie to dla mnie koncert roku był \m/
Axe
mike_k (wyślij pw), 2012-02-27 09:28:00 | odpowiedz | zgłoś
Z tego co pamiętam to w 2009 obiektem żartów by Axe więc mnie nie dziwią żarty Mikaela. teraz byla zmiana obiektu do wyśmiewania na Martina :)
świetny
pik (gość, IP: 79.163.12.*), 2012-02-26 18:00:40 | odpowiedz | zgłoś
koncert ( w zasadzie wieczór- bo support także bardzo dobry) choć - jak dla mnie- troche lepiej było w roku 2009- przede wszystkim, zagrali wtedy ''the night...'' czy ''godhead's lament'' - a ten opeth, sprzed BP- najfajniejszy imo ;P teraz 'kredens' + 'melinda' - ale to jednak nie to samo.
re: świetny
sezmoth (gość, IP: 79.190.67.*), 2012-02-27 10:44:24 | odpowiedz | zgłoś
Totally agree! Choć D & D jeszcze dawały radę.

Widziałem ich pierwszy raz na Metalmanii 2000, stojąc jak sparaliżowany z rogalem na ryju, nie wierząc, że to się dzieje naprawdę, a utwory da się odtworzyć na żywo.
re: świetny
pik (gość, IP: 79.163.53.*), 2012-02-27 15:15:30 | odpowiedz | zgłoś
przed samą metalmanią, zagrali jeszcze pare gigow m.in w wawie (proxima) z katatonią- także mialem okazje widziec ich w 2000 r. dwa razy ;)
pozdrawiam.
Świetnie zagrane, ale...
Mahda (gość, IP: 178.181.246.*), 2012-02-25 21:36:11 | odpowiedz | zgłoś
To był czwarty koncert Opeth, na którym byłam, i znów zagrali rewelacyjnie. Chłopaki są nie o zdarcia i to, że wszyscy razem i każdy z osobna grają doskonale, a Akerfeldt śpiewa tak, że ciarki przechodzą, wszyscy wiedzą. Tym, co nie byli, donoszę, że nowy klawiszowiec dorasta do teamu i bardzo dobrze się go słucha. Na przykład w "To Rid the Disease" zmienił trochę zakończenie w sposób bardzo udany.

Nie mogę się jednak zgodzić z Anią Oskierko w sprawie oceny playlisty. Cała pierwsza godzina koncertu bez ani chwili growlu to gruba przesada. "Heritage" to świetny album, mam też wielki sentyment do wirtuozerskiego "Damnation", ale na koncercie trzeba przywalić. Spokojniejsze kawałki mogą się pojawić, ale nie na początku, nie pod rząd i nie w takiej liczbie. Oprócz kawałków, które autorka wymieniła, pojawił się także "Credence", który jest uroczą pościelówą i który uwielbiam, ale w jego naturalnym środowisku, czyli po i przed solidną młócką, a nie po "Melindzie". Po "Melindzie" niestety wychodzi cała jego kiczowatość (zastrzegam: nadal go uwielbiam). A zresztą jestem usprawiedliwiona, bo w 2009 roku w Stodole Akerfeldt zapowiadając ten kawałek sam przyznał, że pochodzi on z ich najbardziej pretensjonalnej płyty. To, że się z nim zgadzam, nie zmienia faktu, że słucham "My Arms, Your Hearse" zawsze z wielką przyjemnością, czasem ze wzruszeniem, ale to też pokazuje, że bywały czasy, kiedy Mikael miał trochę więcej dystansu do siebie. Koniec dygresji.

Najbardziej jednak mnie rozczarowało, kiedy Akerfeldt zapowiedział ostatni kawałek po 80 minutach koncertu. Miały być, motyla noga, 2 godziny! Jasne, że po całym tym cyrku z wywoływaniem do bisu, pożegnaniami, rzucaniem kostek, ostatnie dźwięki "Deliverance" wybrzmiały równo o 23.00, ale takie kalkulowanie co do minuty to więcej cynizmu niż moje zbolałe serce wiernej fanki może znieść. Tak jakby od tego, że zagrają solidny dwugodzinny koncert, a potem wrócą jeszcze na jeden bis, mieli zbiednieć albo się wykończyć. A to, że ostatnie dwa kawałki to były obłędne "The Drapery Falls" i właśnie "Deliverance", od których szyja będzie mnie bolała jeszcze przez tydzień, a pałeru wystarczy mi do lata, ratuje ich tylko trochę.
Nie wiem, za co za każdym razem tak się obrywa biednemu Mendezowi, ale jeżeli za to, że mówi Szefowi, że odstawia fuszerkę, to życzę mu, żeby był dzielny i trwał przy swoim.
re: Świetnie zagrane, ale...
an_o
an_o (wyślij pw), 2012-02-26 12:28:43 | odpowiedz | zgłoś
To oczywiste, że każdy chciałby, aby jego ukochany zespół grał jak najdłużej, ale chłopaki zagrali 11 utworów, więc nie było ich wcale mało - ot, taka koncertowa klasyka.
Ja także większym uczuciem darzę mocniejsze kawałki, ale weźmy pod uwagę, że to było jednak Heritage Tour, a nie koncert niezwiązany z promocją nowego albumu. Mogli więc równie dobrze zagrać całą nową płytę i jakiś jeden stary killer na koniec, dlatego mimo wszystko jestem im wdzięczna za taką a nie inną setlistę. Spokojniejsze kawałki pierwszej godziny były po prostu dobrane do Heritage'owego nastroju - gdyby przywalili np.Deliverance wcześniej, to w porównaniu z nim nowe kawałki brzmiałyby za słabo i mało porywająco, dlatego myślę, że takie a nie inne ułożenie utworów było bardzo dobrze przemyślane.
Biję się w pierś, że zapomniałam o Kredensie, ale Melinda skutecznie wyparła mi go z głowy. Moja wina.
A że niby Mikael nie ma dystansu do siebie? Ja odnoszę wręcz odwrotne wrażenie. Choć fakt, mógłby trochę mniej znęcać się nad Mendezem:)
re: Świetnie zagrane, ale...
Mahda (gość, IP: 46.205.103.*), 2012-02-26 21:16:15 | odpowiedz | zgłoś
Setlista, którą zagrali, wydaje się racjonalna z punktu widzenia promowania płyty. Może koledzy z Opeth mają rację, może Pani ma rację, nie jestem tu specjalistką. Mam po prostu inne zdanie, oparte na wieloletnim obserwowaniu dokonań zespołu, ale oczywiście naznaczone prywatnymi preferencjami.
Na przykład: "Damnation" to piękny album, czysta poezja. Akerfeldt powiedział kiedyś, że to jego najlepsza płyta, i cóż - rozumiem go. Ja nie podejmuję się wskazania, który album jest najlepszy, bo w różnych momentach mam różne typy. Ale pierwsza część koncertu "Lamentations", na której zagrali całe "Damnation" bez żadnych przerywników, nie była zbyt udana. Mikael w pewnym momencie zaczął się denerwować i nawet tłumaczyć, więc chyba on też tak uważał. Po prostu to, co sprawdza się na płycie, którą słucha się spokojnie w słuchawkach, nie sprawdza się na koncercie. I nie chodzi o to, że to był wciąż ten sam album - w Royal Albert Hall zagrali cały "Blackwater Park" i słuchało się tego świetnie - moim zdaniem dlatego, że na tej płycie fragmenty spokojne i łomot są w takich proporcjach, które odpowiadają dynamice występów na żywo. Dlatego gdyby przeplatali utwory z "Heritage" solidnym growlem, wydobyliby tym kontrastem ich urok. A tak, narazili nie tylko mnie, sądząc po okrzykach z sali ("czadu!"), na zniecierpliwienie. Tym bardziej przykre, że wywołane utworami, które przecież tak bardzo kocham (naprawdę!).
re: Świetnie zagrane, ale...
sdwdw (gość, IP: 78.8.11.*), 2012-02-26 15:45:32 | odpowiedz | zgłoś
Świetne zagrane, ale czepiasz się jakbyś nie lubiła Opeth...
« Nowsze
1

Materiały dotyczące zespołów

Napisz relację

Piszesz ciekawe relacje z koncertów? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Czy jesteś w stanie naprawiać swój sprzęt muzyczny?