zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku piątek, 3 grudnia 2021

relacja: "European Cynic Campaign" - Pain, Sirenia, Cemetery of Scream, Gloom of Doom, Diokhan, Kraków "Studio" 17.05.2009

21.05.2009  autor: lcx
wystąpili: Pain; Sirenia; Cemetery Of Scream; Gloom of Doom; Diokhan
miejsce, data: Kraków, Studio, 17.05.2009

Niedziela, 18:00, schodki przed krakowskim klubem "Studio" puste. Rzecz dziwna, kilka ostatnich imprez w tym miejscu cieszyło się naprawdę niezłą frekwencją - co widać było po kolejkach, ciągnących się aż pod sąsiadujący z klubem hipermarket. Tym razem jednak urocza pogoda, zalety krakowskiego powietrza sanatoryjnego oraz nadciągający poniedziałek odstraszyły fanów mrocznych dźwięków. Niezrażony niczym przedarłem się przez ochronę i napotkałem... stalowe drzwi, pod którymi przyszło mi czekać na opóźniający się coraz bardziej koncert. Okazało się również, że klub jest już pełen - parę setek ludzi okupowało bar lub zalegało w hallu.

Koncert, z godzinnym opóźnieniem, rozpoczął krakowski Diokhan. Zapowiedzieli trzy kawałki, zagrali dwa - "Unworthy" i "Break Up". Cóż mogę rzec? Widać, że zespół jest jeszcze bardzo młody, brak mu scenicznego obycia, charyzmy i charakteru. Gitarzyści owszem, grali. I w zasadzie niewiele poza tym. Śpiewające dziewczę wyglądało jak sympatyczna (stałem daleko od sceny, z takiego dystansu każde dziewczę może wydawać się sympatyczne) koleżanka z sąsiedztwa, w uroczych rybaczko-ogrodniczkach. Przeciętny wokal, a poza tym znowu wielkie nic. Wszystko odśpiewane na stojąco, prawie jak na szkolnej akademii.

Chciałbym zobaczyć Diokhan za dwa, trzy lata. Potrzeba im ogrania i dużo pracy na scenie, bo jakiś pomysł na siebie i swoją muzykę wydają się mieć. Czas pokaże, ja życzę powodzenia.

Gloom of Doom, Warszawa "Progresja" 2009, fot. W. Dobrogojski
Gloom of Doom, Warszawa "Progresja" 2009, fot. W. Dobrogojski

Dosłownie chwilę po Diokhan na scenie zagościła ekipa z Kijowa - Gloom of Doom. Zaprezentowali się co najmniej o trzy klasy lepiej niż poprzednicy, bez najmniejszych kompleksów i tremy. Krótki, półgodzinny set był niezwykle energetyczny i odświeżający, porządne, soczyste brzmienia spod znaku melodyjnego deathu, połączone z progresywnymi zagrywkami i zmianami tempa - czyli typowo i zgodnie z obecną normą. Wokalista świetnie sobie radził, przechodził od growlu do czystego wokalu, trochę (jak na mój gust) nawalał bębniarz - słychać było, że te naprawdę szybkie fragmenty utworów męczą go, raz czy dwa zgubił nawet tempo. Gdyby nie te drobne potknięcia, byłoby naprawdę dobrze. Ogólnie - porządny, poprawny występ, znośne kompozycje (trochę może od sztancy, ale to niekoniecznie źle), duża dawka energii, dobra sceniczna prezencja i zabawna polszczyzna wokalisty.

Cemetery of Scream, Warszawa "Progresja" 2009, fot. W. Dobrogojski
Cemetery of Scream, Warszawa "Progresja" 2009, fot. W. Dobrogojski

Ostatnim z supportów była coraz szerzej znana i rozpoznawalna krakowska formacja Cemetery of Scream. Miałem okazję zobaczyć ich we wrześniu 2007 roku przed legendarną formacją Candlemass - i zyskali wówczas moje szczere uznanie. Zrozumiałe jest zatem, że czekałem na ich występ z niekłamaną radością, licząc, że zespołowi uda się zrobić chociaż połowę klimatu z poprzedniego występu. Oczywiście gdzieś w pamięci miałem fakt, że poprzedniego wokalistę Sebastiana Góralika zastąpił Olaf Różański - no ale przecież jeśli formacja nastawia się na granie doom metalu, to przecież nie zatrudni nieodpowiedniej osoby, prawda?

Życie udowadnia człowiekowi, że jest głupi i codziennie przynajmniej raz musi się pomylić. Może to ja zaniedbałem sprawę i nie posłuchałem ostatniej płyty Cemetery of Scream? Nie miałbym teraz strzaskanych wspomnień i podeptanej pamięci. Zespół kompletnie stracił doomowy klimat, przesunął środek ciężkości swojego grania daleko, daleko na poletko gotyckich dziwadeł. Ja żałuję, fanom się podobało, więc może jest to dobra decyzja?

Większość numerów, jakie usłyszeliśmy tego wieczora, pochodziło z nowej płyty - "The Prince of the City Lights", "Black Flowers", ale oczywiście nie zabrakło największego chyba hiciora - "Cold Obsession in my Eyes". Obiektywnie - dobry gig, poprawnie zagrany, niezłe show na scenie. Subiektywnie - nie ma już chyba porządnego doommetalowego składu w Polsce.

Sirenia, Warszawa "Progresja" 2009, fot. W. Dobrogojski
Sirenia, Warszawa "Progresja" 2009, fot. W. Dobrogojski

Kilka minut po 21 na scenie zainstalowała się Sirenia, a liczba osób przy barierkach wyraźnie wzrosła. Niestety, występ pozostawiał wiele do życzenia - jedna gitara wyraźnie odstawała od reszty, mikrofony co chwila sprzęgały. Muzycznie też było przeciętnie - sample i klawisze z playbacku, a do tego bardzo słaby żeński wokal. Gwoli wyjaśnienia - Ailyn trafiła do Sirenii prosto z hiszpańskiego Idola (czy też innych pop-popłuczyn w tym stylu). Jasne, wygląda całkiem przyjemnie dla oka, o wiele milej patrzyć na nią, niż na Sarę Jezebel Devę, ale jeśli chodzi o możliwości wokalne, to ręce opadają. Pilar Gimenez Garcia (bo tak naprawdę nazywa się nasza bohaterka) ma posturę wątłego hobbita - i śpiewa słabiutko, jak to hobbity (czy Dani Filth).

Znów promocja świeżo wydanego albumu - "The Seventh Summer", "Path To Decay", "Lost in Life", "Led Astray" - ale nie brakło również starych i dobrych (jeśli akurat Ailyn nie śpiewała) kawałków - "Meridian" i "My Mind's Eye" wypadły naprawdę nieźle. Szkoda, wielka szkoda, że Sirenia tak daleko odeszła od tego, co prezentowała kilka lat temu. Poprawny koncert, średnie show, pół-playback - nie tego się spodziewałem.

Pain, Warszawa "Progresja" 2009, fot. W. Dobrogojski
Pain, Warszawa "Progresja" 2009, fot. W. Dobrogojski

Od razu zdradzę, że wszystkie złe wrażenia z imprezy kompletnie usunął mi ostatni performer - szwedzki Pain. Ściana dźwięków wprasowała mnie w tłum - i od początku wiadomo było, że będzie dobrze. Set otworzyło "I'm Going In" - pierwszy numer z najnowszej płyty projektu - "Cynic Paradise". Później "Monkey Business" i jedyne, co zostało, to patrzyć, jak toczą się głowy urwane falami dźwięków płynących ze sceny. Naprawdę, widać było, że goście podchodzą do sprawy profesjonalnie, rozwalając wszystko na najdrobniejsze kawałki. Potęgę muzycznego przekazu wzmacniały prezentacje wideo na dwóch ekranach ustawionych po bokach sceny. "Stay Away", później zadedykowany paniom "Bitch" - z tego, co mi wiadomo, setlista nie odbiegała od tego, co fani mieli szansę usłyszeć dzień wcześniej w Warszawie. Prawdziwą klasę kapela pokazała przy bisach - zmęczeni muzycy wyszli na scenę, Peter był tak skonany, że odłożył gitarę i tylko śpiewał - "Same Old Song", a później "Follow Me", po którym artyści zeszli ze sceny - ale tylko na chwilę, tłum nie ustępował, wreszcie skandowane "We Want Pain" odniosło skutek - i na dobranoc dostaliśmy świetnie zaaranżowane "Shut Your Mouth", po którym zaczął się festiwal przybijania piątek, rzucania fantów i czułych pożegnań. Bardzo fajna postawa - widać, że zespół ma szacunek do swoich fanów.

Niedzielny wieczór w klubie "Studio" uratował szwedzki side-project jednego z muzyków Hypocrisy. Dwa polskie i dwa zagraniczne składy nie dały rady, proponując ledwie poprawne wykonania i przeciętnie dobry show. Impreza zapadłaby mi w pamięć o wiele głębiej i lepiej, gdyby Pain zagrał jako jedyny artysta tego wieczoru, wspierany co najwyżej przez Gloom of Doom, bez zbędnych przeszkadzajek po drodze, które rozczarowywały, męczyły i wcale nie rozgrzewały.

Komentarze
Dodaj komentarz »

Materiały dotyczące zespołów

Napisz relację

Piszesz ciekawe relacje z koncertów? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Jak długa powinna być broda metalowca?