zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku sobota, 27 listopada 2021

relacja: Paradise Lost, Sundown, Warszawa "Stodoła" 2.11.1997

16.02.1998  autor: orzech
wystąpili: Paradise Lost; Sundown
miejsce, data: Warszawa, Stodoła, 2.11.1997

2 listopad 1997r. miał być dla mnie szczególnym dniem. Wtedy bowiem, w warszawskiej "Stodole" zagrać miał zespół dla mnie bardzo ważny - Paradise Lost. Bo to właśnie dzięki nim zdecydowałem się parę lat temu zaglądnąć do świata muzyki nieco ostrzejszej - metalu. Świata pełnego osobliwości, nieco tajemniczego i chyba przez to tak interesującego. Między innymi właśnie dlatego bardzo chciałem być na tym koncercie.

Normalnym problemem okazało się zdobycie w Krakowie biletu - oczywiście nigdzie ich nie było. Sprawa spaliłaby na panewce, gdyby nie zupełnie nieoczekiwana pomoc kumpla z Warszawy - starego znajomego jeszcze z FIDO (wielkie dzięki, rick!).

Kiedy przyjechałem do Warszawy okazało się, że człowiek z biletem już czekał na mnie na dworcu. A ponieważ do koncertu zostało jeszcze trochę czasu, pojechaliśmy do niego do domu, aby o odpowiedniej porze udać się w stronę "Stodoły" na upragniony koncert (zaczynał się o 20:30).

Przed wejściem tłoczyła się jeszcze spora grupa fanów, usiłujących dostać się do środka. Po niezbędnych przy takich okazjach przepychankach, "Stodoła" stanęła otworem. Od razu spotkała mnie bardzo niemiła niespodzianka - support już grał. A przecież całkiem pokaźna grupka ludzi nie zdołała jeszcze wejść. Cóż, zostałem uświadomiony, że to normalne na tego typu imprezach, ale dla mnie normalnością jest raczej to, że człowieka, który przychodzi na koncert i na dodatek płaci za to pieniądze, się szanuje, a przynajmniej nie lekceważy. Ależ ja jestem staroświecki...

Wracając do muzyki - supportem była szwedzka grupa Sundown. Promowała swój pierwszy album zatytułowany, o ile dobrze zapamiętałem "Design 19". Kapela niby nowa, ale w jej składzie pojawiają się nazwiska jakby skądś znane, m.in. Mathias Lodmalm (eks Cemetary) i, zapewne dobrze znany fanom Tiamatu, Johny Hagel. Tak na boku: zastanawia mnie zbieżność nazwy zespołu i tytułu jednej z płyt Cemetary - ktoś wie może coś na ten temat? Kapela prezentowała się całkiem przyzwoicie. Co prawda muzyka jakby wtórna, ale rzemiosło solidne - bardzo przyjemnie się tego słuchało. Warto byłoby chyba zwrócić baczniejszą uwagę na ten zespół w przyszłości, ale obawiam się, że to kolejna efemeryda. Obym nie miał racji. Niestety, gdzieś po 15-20min. zeszli ze sceny (grali na pewno dłużej, ale nie dane mi było posłuchać wszystkiego od początku). Trochę szkoda, mogli jeszcze pograć, ale przecież miał jeszcze zagrać zespół, dla którego zapewne wszyscy tego wieczora zebrali się w tym właśnie miejscu - Paradise Lost.

Po obowiązkowo przedłużającej się przerwie, w końcu pojawili się na scenie. Nick Holmes, Gregor Mackintosh, Stephen Edmondson, Aaron Aedy i Lee Morris, po prostu - Paradise Lost. Zespół niewątpliwie zajrzał do fryzjera (nie wiem, czy to taka moda nastała, czy co?), ale ten widok nie był raczej dla nikogo niespodzianką. Na początek zagrali, cóż by innego, singlowe "Say Just Words". Publika pod sceną rozkręciła się na dobre, ale mnie, choć bardzo się starałem, ten nastrój zupełnie się nie udzielił. Otóż nagłośnienie zostało kompletnie skopane! Kolesie od dźwięku odwalili naprawdę kawał porządnej fuszerki. Nie było nic słychać! To znaczy było głośno, bardzo głośno, basy wciąż odbijały się czkawką, tylko co z tego skoro cały czas coś brzęczało, szumiało i trzeszczało - nie do wytrzymania. Marzenia o czystym, selektywnym brzmieni pozostały tylko marzeniami - do końca koncertu było już tak samo. Na moje nieszczęście nie dysponuję ani stalowymi nerwami, ani drewnianymi uszami, a byłyby bardzo potrzebne. Musiałem wyjść z sali, może i jestem nieco przewrażliwiony, ale w hallu spotkałem wiele osób myślących podobnie jak ja. Dużym plusem, jedynym chyba okazała się dla mnie możliwość osobistego poznania i porozmawiania ze znajomymi z sieci, których całkiem sporo przyszło na koncert. Jeden z nich podsumował cały koncert tyle krótko, co treściwie: "Boleję" ((c) by slz). Sam bym tego lepiej nie ujął. Niemniej jednak spora grupa ludzi bawiła się świetnie, przynajmniej tak mówili.

Jeśli kogoś to ciekawi: dźwięki wydobywające się z głośników momentami przypominały nieco następujące utwory: "Say Just Words", "One Second", "Disappear", "Blood Of Another", "Forever Failure", "Hallowed Land", "True Belief". Więcej nie pamiętam. Na ostani bis poszło jeszcze wiekowe "As I Die" - najstarszy kawałek jaki zagrali. A przecież, abstrahując od "Lost Paradise", była taka płyta "Gothic". Zapomnieli już?

Podsumowując: po pierwsze: chciałem zaliczyć cały koncert, po drugie: chciałem posłuchać muzyki, a nie tego czegoś; i po trzecie wreszcie: chciałem dobrze się bawić. Po trzykroć - chciałem. I po trzykroć okazałem się głupcem. Ale może ja nie jestem normalny, że mam az tak wysokie wymagania...

Komentarze
Dodaj komentarz »

Materiały dotyczące zespołów

Napisz relację

Piszesz ciekawe relacje z koncertów? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Po ilu nutkach rozpoznajesz 'Enter Sandman'?