zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku czwartek, 6 sierpnia 2020

relacja: Red Hot Chili Peppers, Chorzów "Stadion Śląski" 3.07.2007

5.07.2007  autor: RJF
wystąpili: Red Hot Chili Peppers; Jet; Mickey Avalon
miejsce, data: Chorzów, Stadion Śląski, 3.07.2007

W końcu przyjechali! Chociaż, jak powiedzieli ze sceny, bywali wcześniej "blisko, a nawet bardzo blisko" naszego kraju. Stadion Śląski został wypełniony po brzegi. Falujący tłum na płycie, trybuny też zajęte. Dopisała także pogoda. Nie było upalnie, ale też nie spadła ani kropla deszczu, dzięki czemu nie musieliśmy się obawiać powtórki potopu z Genesis.

Najpierw na scenę wyszedł Mickey Avalon, którego występ nie pozostawił raczej pozytywnych wrażeń. Mickey udaje, że jest hip-hopowcem. Udaje tylko, bo choć nie jestem miłośnikiem takiego grania, potrafię jednak odróżnić dobry hip-hop od popeliny. A ten koncert dobry na pewno nie był. Od fatalnie "nawijającego" wokalu, poprzez banalne beaty wypuszczane z samplera, aż po dwie podstarzałe tancerki, które miały urozmaicić przedstawienie. Nic więc dziwnego, że nie spotkał się z przychylną reakcją publiczności, choć nic nie jest w stanie usprawiedliwić chamskiego wręcz zachowania część publiki, która go wygwizdywała i pokazywała mu środkowe palce. Na szczęście znaleźli się też i tacy, którzy bawili się przy jego muzyce.

Ale zostawmy nieszczęsnego Avalona w spokoju, bo po nim na scenie pojawili się Australijczycy z Jet. Zagrali nieco dłużej niż tradycyjny support i porwali swoją muzyką coraz liczniej zapełniającą stadion publiczność. Proste, rockowe granie na pograniczu The Stooges, AC/DC czy The Ramones zawładnęło Chorzowem. Choć dyskografia młodziaków z Jet jeszcze nie jest imponująca, to już dorobili się pierwszych prawdziwych przebojów jak "Are You Gonna Be My Girl" i "Cold Hard Bitch", których nie zabrakło na koncercie. Zespół został ciepło przyjęty przez publiczność.

Wszyscy czekali jednak na Red Hot Chili Peppers. Ludzie cały czas napływali na stadion i nie było widać końca tej powodzi ciał, chociaż na płytę z trudem można było wcisnąć choćby szpilkę. Wreszcie na scenę wbiegli Flea, John Frusciante i Chad Smith i tradycyjne zaczęli jamować. Najpierw spokojnie, aby po kilku minutach energicznie przyłożyć. Prawdziwe show zaczęło się jednak w chwili, gdy dołączył do nich Anthony Kiedis i zaczęli "Can't Stop". Dziesiątki tysięcy gardeł śpiewało z nim refren. Gdy jako następny utwór wybrzmiał "Dani California" z promowanego albumu "Stadium Arcadium", reakcja publiczności była dziesięciokrotnie bardziej entuzjastyczna. Mimo że z miejsca, w którym stałem, twarze muzyków mogłem oglądać tylko na telebimach, dało się zauważyć, że aż tak gorącego przyjęcia chyba się nie spodziewali. Do zabawy włączyli się wszyscy: i płyta, i trybuny.

Jak można się było spodziewać Red Hot Chili Peppers skoncentrowali się na nowszych kompozycjach. Ze "Stadium Arcadium" były między innymi "Snow (Hey Oh)" (poprzedzony krótkim solowym wystąpieniem Johna), "She's Only 18" i "So Much I". Sięgnęli też po "Don't Forget Me" (poprzedzonego dla zmyłki wstępem z "Around the World") i "Throw Away Your Television" z "By the Way". Podstawowy set zamknął utwór tytułowy z tego albumu. To, co wydarzyło się na płycie, gdy wolniejsza część przerodziła się w szybką, można określić tylko jako czyste szaleństwo. Chyba na całym stadionie nie było ani jednej osoby, która by stała (lub siedziała) spokojnie.

Na bis najpierw usłyszeliśmy solówki na perkusji (oprócz Chada grał też Josh Klinghoffer, który udzielał się także w innych utworach na gitarze i w chórkach) oraz na trąbce (oczywiście Flea). Potem zagrali cudowne "Soul to Squeeze" i energiczne "The Power of Equality". Na koniec jeszcze tradycyjny jam i zeszli ze sceny.

Można by narzekać, że grali za krótko (półtorej godziny jak na taki koncert to jednak troszkę za mało), że kontakt z fanami był oszczędny - Anthony prawie wcale nie zagadywał publiczności, trochę odzywali się za to Flea i John. Ale z drugiej strony nie potrzeba było żadnych słów, bo po ich twarzach widać było, że wyraźnie byli wzruszeni przyjęciem. Można by się też przyczepić, że zabrakło kilku utworów (nikt chyba nie spodziewał się piosenek z pierwszych płyt, ani z "One Hot Minute", ale "Under the Bridge" lub "Give It Away" mogli jednak zagrać). Z drugiej strony zaserwowali nam większą liczbę mniej znanych, a też znakomitych kompozycji jak "Emit Remmus", "This Velvet Glove", "Havana Affair" i "Soul to Squeeze", co traktuję jako ukłon w stronę polskich fanów. Szkoda tylko, że nie potrafili docenić tego gestu "niedzielni fani", którzy chyba nie do końca wiedzieli na czyj koncert przyszli. O ile utwory w rodzaju "Scar Tissue" czy "Californication" były rozpoznawane momentalnie przez wszystkich, to przy wspomnianych wyżej nieco mniej znanych piosenkach część publiczności sprawiała wrażenie znudzonej, przez co momentami siadała atmosfera. Mimo wszystko koncert należy zaliczyć do udanych i mieć nadzieję, że Red Hot Chili Peppers zagrają u nas ponownie przy najbliższej możliwej okazji.

Komentarze
Dodaj komentarz »
re: Red Hot Chili Peppers, Chorzów "Stadion Śląski" 3.07.2007
Boomhauer
Boomhauer (wyślij pw), 2018-07-29 22:58:46 | odpowiedz | zgłoś
To był mój koncert życia. Red Hot Chili Peppers to prawdopodobnie pierwszy zespół, który świadomie pokochałem i zacząłem poznawać. Zgłębiać dyskografię, biografię, itp. Dlatego ten gig, to było spełnienie nastoletnich marzeń. Zgadzam się w zasadzie ze wszystkim co napisał autor. Będę musiał się zdublować trochę ze swoim komentarzem jaki zostawiłem pod relacją z Iron Maiden, ale trudno.

Jak wiadomo ten koncert mocno oberwał do różnych internetowych pseudo znawców. Tylko prawdziwi fani zrozumieli jego kult. Jak wiadomo RHCP jako jeden z najpopularniejszych zespołów naszych czasów są nie tylko mainstreamem rockowym, ale mainstreamem ogólnym. A wszystko co popularne i modne, ściąga przypadkowych ludzi oraz - jak to zostało tu ładnie nazwane - niedzielnych fanów. Przybyło wielu ludzi, którzy nie słuchają na co dzień rocka i nie wiedzą z czym się je koncert rockowy. Przybyli gdyż chcieli posłuchać kilku hitów znanych im z radia czy które mają na mp3. Dla wielu ludzi w ogóle chyba historia zespołu zaczęła się od "Stadium Arcadium".

Też zgodzę się z autorem, że może powinni zagrać "UTB" czy "GIA", ale dla prawdziwego fana to byl super gig, bo zamiast grać oczywiste best of, RHCP na pierwsze spotkanie z Polską przyszykowali set pełen rzadko granych numerów, ciekawych kowerów, jamów i improwizacji, czyli to co u RHCP najlepsze w ich organicznej muzyce. "Havana Affair" to kower Ramonesów, nie wiem czy autor o tym wie, ale nie wspomniał o tym. No i mi koncert wydawał się dłuższy niż półtorej godziny.

Najbardziej znamiennym dla przypadkowości publiki momentem był ten, gdy zaczęli grać "The Power Of Equality", a ludzie wokół mnie nie wiedzieli co to jest. A byli to czasem gimnazjaliści i gimnazjalistki z aparatami na zębach i w trampkach z różowymi czaszkami. Niestety tak to już jest, że na tak masowych zespołach jak ten czy Metallica nie zawsze przychodzą sami trve ludzie, ale co zrobić. Gdyby zagrali coś z lat 80., to jeszcze mniej ludzi by to znało. Były też narzekania na "kontakt z publiką". Rzekomo za mały. Bo oczywiście w Polsce możesz zagrać epicki koncert, ale jak między utworami zagraniczny artysta nie podlizuje się Polakom, nie mówi jaka Polska jest piękna, a publiczność wspaniała i nie próbuje mówić po polsku, to media uważają taki koncert za nieudany. To takie idiotyczne niedopieszczenie i szukanie poklasku na Zachodzie. Powinniśmy przecież jakoś zdobyć się, żeby być ponad to. Ale i tak suma summarum koncert życia ;)

Materiały dotyczące zespołów

Napisz relację

Piszesz ciekawe relacje z koncertów? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Czy słuchając rocka i metalu jesteś w stanie odróżnić partie poszczególnych instrumentów?