zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku czwartek, 20 lutego 2020

relacja: Roger Waters, Toronto "Molson Amphiteatre" 1.08.1999

4.08.1999  autor: Juliusz Chroscicki
wystąpili: Roger Waters
miejsce, data: Toronto, Molson Amphiteatre, 1.08.1999

In The Flesh Tour

Bardzo ladnie polozony, na sztucznej wysepce przy brzegu jeziora Ontario, amfiteatr nosi nazwe jednego z dwoch najwiekszych producentow piwa w Kanadzie. Jest czesciowo zadaszony i moze pomiescic 16 tysiecy ludzi, wliczajac tych, ktorzy sie rozlozyli na trawiastym pagorku, ktory zaczyna sie tam, gdzie koncza sie numerowane miejsca. Mozna sie tam wygodnie rozlozyc (jesli sie odpowiednio wczesnie przyjdzie) i sluchac muzyki wpatrujac sie w gwiazdy.

Scenografia bardzo prosta: gigantyczny ekran jako tlo, niewielkie podwyzszenie u jego podstawy, gaszcz instrumentow. Miejsca mielismy nie najgorsze, posrodku, ale daleko. Sytuacje ratowaly podwieszone pod dachem niewielkie ekrany, na ktorych byly wyswietlane zblizenia sceny i poszczegolnych muzykow. Zaczeli punktualnie o osmej trzydziesci, gdy slonce mialo sie juz ku zachodowi. Gromada czarno ubranych postaci wyszla na estrade przy ogluszjacym wrzasku widowni. Waters wzial ze soba w trase calkiem niezla ekipe - trzech gitarzystow: Andy Fairweather Low (znany z plyt Watersa i wystepow z Claptonem) na rytmicznej plus spiew, Snowy White (gral m.in. z Peterem Greenem, Thin Lizzy i na berlinskim przedstawieniu The Wall) na solowej, Doyle Bramhall II (teksanczyk grajacy ze Steve Ray Vaughnem i zespolem jego brata Jimmiego - The Fabulous Thunderbirds) na solowej plus spiew. Na perkusji byly czlonek Procol Harum Graham Broad. Andy Wallace (Dawid Bowie, Daryl Hall, Whitney Houston) na organach Hammonda, Jon Cairn (The Who, Pete Townsend, Brian Ferry, Eddie Vedder) - klawisze, programowanie, gitara, bas. Chorek zenski stanowily Kate Kissoon oraz P.P. Arnold, ktore wspolpracowaly z tak wieloma muzykami, ze nie sposob ich wszystkich wymienic.

Przy pierwszych dzwiekach "In The Flesh", Waters wstapil na podwyzszenie pod ekranem i zaraz odnalazl go tam punktowy reflektor. Na ekraniku pod dachem pojawila sie jego opalona twarz z dlugimi, lekko siwiejacymi wlosami. Gdy sie usmiechnal, przezylem chwile grozy, bo pomyslalem, ze to Richard Gere tam stoi. Za chwile jednak zaczal spiewac i wszystko wrocilo do normy. Kiedy doszedl do "There's one smoking a joint", wskazujac przy tym na publicznosc, palacze trawki zgotowali mu goraca owacje. Potem poszli dalej z "The Wall", jakby mieli zamiar odegrac te plyte w calosci: "The Thin Ice" z Bramhallem spiewjacym wstep, "Another Brick in the Wall Part 1", "The Happiest Days of Our Lives", "Another Brick in the Wall Part 2" z ladnymi solowkami Bramhalla i Lowa. Na ekranie przewinal sie caly szereg scen i postaci (nauczyciel) namalowanych w konwencji filmu "The Wall". Potem przyszla kolej na utwor "Mother", zaspiewany z uczuciem przez Watersa, ktory akompaniowal sobie na gitarze akustycznej. Nie rozstajac sie z tym instrumentem, Waters zabral nas w podroz w czasie. Nastepne dwa utwory, ilustrowane zdjeciami z berlinskiego koncertu, to "Get Your Filthy Hands Off My Desert" i "Southampton Docks" z "The Final Cut". Po tym refleksyjnym interludium na ekranie pojawila sie swinia, lecaca ponad fabrycznymi kominami z okladki najbardziej moim zdaniem niedocenianego albumu Pink Floyd i Waters, nadal przygrywajac sobie na gitarze zaspiewal "If you don't care what happened to me", pierwsze slowa "Pigs on the Wings, part 1". Potem gitare akustyczna przejal Bramhall i przyszla kolej na "Dogs". Jak oni to zagrali!!! Bramhall zaspiewal pierwsza czesc, po czym pieknie zagral solowke, na zmiane z Lowem. Gdy nadszedl moment, w ktorym na pierwszy plan wychodzi elektronika, panowie gitarzysci udali sie do kacika rekreacyjnego, umieszczonego w glebi sceny: niewileki stolik, jakies siedzenia, dwie stojace lampy, telewizor. W czasie, kiedy klawiszowcy i bebniarz zalewali nas potokiem dzwiekow, pozostala czworka rozrzucila karty i oddala sie hazardowi.

Pozniej role wokalisty znowu przejal Waters, a Bramhall odegral nastepne swietne solo. Cofajac sie dalej w przeszlosc doszlismy do "Wish You Were Here", z ktorego uslyszelismi "Welcome To The Machine", zaspiewany przez Watersa z ladnymi wstawkami chorku, kawalek tytulowy z Watersem na gitarze akustycznej i pieknym solem White'a oraz wspaniala wersje "Shine On You Crazy Diamond". Kiedy rozpoczynal sie ten ostatni, scene zalala fioletowo-niebieska poswiata, a po ekranie splywaly w dol biale plamy. Wprowadzajace solo zostalo niesamowicie odegrane przez White'a, a gdy Waters zaczal spiewac "Remember when you were young, you shone like the sun" na ekranie pojawila sie postac Syda Barretta, ktora przyblizala sie powoli i w pewnym momencie caly ekran zajmowaly wpatrujace sie w nas nic nie widzace oczy. Druga czesc instrumentalna bardziej przypominala improwizacje na temat, ale gitara White'a brzmiala wspaniale, a biale krople na ekranie (lzy?) mieszaly sie z czerwonymi plamami (krwi?). Po drugim wokalu Watersa nad estrada pojawila sie slynna, obracajaca sie szklana kula, rozsypujaca grad "zajaczkow" po calej okolicy, a Bramhall wraz z chorkiem wyspiewywali "Shine, Shine" na funkowa nute, ktora wyciszyla sie po chwili, ustepujac miejsca glebokiemu Floydowskiemu brzmieniu, powracajacej pierwszej czesci utworu, ktora zakonczyla pierwsza czesc koncertu, jako ze Waters zapowiedzial przerwe.

Wszyscy wiedzieli, co bedzie dalej, gdy po dwudziestu minutach na ekranie pojawilo sie rozgwiezdzone niebo i Ziemia widziana znad ksiezycowego krateru. "Breathe" zostal zaspiewany przez Bramhalla, a potem przyszedl czas na "Time" ze wstepnym, znanym wszystkim, rytmem kapitalnie zagranym przez Broada na elektronicznej perkusji. W tle pojawil sie rysunek pryzmatu, rozszczepiajacego biale swiatlo, a zielone pasmo zamienilo sie w pewnym momencie w drgajacy wykres EKG. Powrot do "Breathe" przemienil sie gladko w organowy wstep do nastepnego kawalka i gdy juz bylem pewien, ze uslysze wokalize z "The Great Gig in the Sky", zakonczyli utwor. Nastepnie byl popisowo zagrany "Money", gdzie znowu blyszczeli White i Bramhall.

Warkot silnika ruszajacej ciezarowki zapowiedzial zmiane repertuaru na solowe dokonania Watersa. Waters powrocil do gitary akustycznej, aby zaprezentowac najbardziej nastrojowy utwor koncertu: "5:05 Every Stranger's Eyes" z "Pros & Cons"... Potem byl "The Powers That Be" z Radio KAOS, ktoremu nic nie mozna zarzucic, a jednak wypadl nijako w porownaniu z innymi kawalkami. Nastepnie przyszla kolej na "Amused to Death" - "What God Wants", "Perfect Sense", "It's a Miracle" oraz tytulowy. Zmieniajace sie jak w kalejdoskopie obrazy - z rysunkiem sympatycznej malpy, siedzacej w fotelu przed telewizorem, jako motywem przewodnim - wymownie uzupelnialy muzyke. Po wysluchaniu i obejrzeniu tych ostatnich czterech utworow nie mozna miec zadnych watpliwosci, ze Waters nie jest zachwycony ludzkim gatunkiem. Jako final zagrali wspaniala wersje "Brian Damage", a na bis nie gorsza "Comfortably Numb" z porywajacymi solami i duetami w wykonaniu White'a i Bramhalla. Ani sie czlowiek obejrzal, a zrobilo sie wpol do dwunastej.

No coz, czegos takiego nie doznaje sie codziennie, ani prawdopodobnie nawet raz do roku. Bylo to przezycie artystyczne najwyzszej klasy i wielkie poklony naleza sie Watersowi za wybor materialu i dobor muzykow. Jestem wielkim wielbicielem Davida Gilmoura, ale tego, co zaprezentowali Bramhall i White nie da sie pominac milczeniem: nie kopiowali oni jego gry, przedstawili wlasne podejscie, nie gubiac przy tym nastroju muzyki. To samo zreszta mozna powiedziec o klawiszowcach, a szczegolnie o Cairnie. Sam Waters tez wygladal na faceta, ktory sie dobrze przy tym wszystkim bawi, a jego glos nie stracil nic ze swojej barwy. Inna sprawa to jakosc dzwieku plynacego z kwadrofonicznej aparatury. Byl krystalicznie czysty, docieral wszedzie i brzmial, jakby zostal nagrany w studiu.

Jezeli powrot Watersa na trase koncertowa nie jest najwiekszym wydarzeniem rockowym tego roku, to ja nie wiem co nim moze byc.

Komentarze
Dodaj komentarz »

Materiały dotyczące zespołu

Napisz relację

Piszesz ciekawe relacje z koncertów? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Czy lubisz kobiecy growl?