zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku piątek, 22 listopada 2019

relacja: Roskilde Festival '99, 1 - 4.07.1999, Dania

14.07.1999  autor: Filip Malinowski
wystąpili: Metallica; R.E.M.; Marilyn Manson; Skunk Anansie; Ministry; The Chemical Brothers; Blondie; Suede; Blur; Jello Biafra; HammerFall; Guano Apes; Monster Magnet; Manic Street Preachers; Robbie Willams; The Creatures; Echo & The Bunnymen; Stereophonics; The Residents; Orbital; Carlinhos Brown
miejsce, data: Roskilde, 4.07.1999

70 tys. ludzi, las namiotów, 4 dni wielkiej biby z niewyobrażalnymi ilościami piwa (dominował Carlsberg, główny sponsor tegorocznego festiwalu), spożywanego zresztą nie tylko na ukoronowanie dnia, ale często zastępującego śniadanie, obiad... przynajmniej takie można było odnieść wrażenie, przechadzając się po którymkolwiek z kilku ogromnych pól namiotowych (nie wiem tylko, jak było na tym dla dziennikarzy...). No i główna przyczyna całego zamieszania: 170 zespołów na siedmiu scenach. Sześć "mniejszych" scen, znajdujących się w namiotach (każdy wielkości naszego Spodka...) i główna, pomarańczowa scena na otwartym powietrzu - tu zwykle grają największe gwiazdy. Tak w skrócie przedstawia się Roskilde, największy z europejskich festiwali. Co roku zresztą bardzo podobnie... zmieniają się tylko sponsorzy i (częściowo) zespoły. Nic dziwnego, że starzy bywalcy (niektórzy nawet z dwudziestokilkuletnim stażem) czują się tu jak w domu.

Wrażeń pozamuzycznych nie sposób opisać, nawet nie będę się podejmował, jeśli natomiast chodzi o same koncerty - nie mam zamiaru trzymać się chronologii; kogo obchodzi, co kiedy grało. Tak naprawdę miało to znaczenie dopiero wtedy, gdy pokrywały się w czasie koncerty np. Metalliki i Marilyn Manson albo R.E.M. i Robbiego Williamsa...

Co najbardziej mi się podobało?

Muszę zacząć od Metalliki - to chyba ich obecność najbardziej mnie do Roskilde przyciągała. No i z radością stwierdzam, że ten trzeci raz smakował mi najlepiej. Zdecydowanie lepiej niż miesiąc wcześniej na stadionie Gwardii (tym razem nie było mowy o niedosycie), no i chyba lepiej niż trzy lata temu w Spodku. W porównaniu z warszawskim koncertem, set list różnił się dwoma utworami. Tak... zagrali "Seek & Destroy" i "Whiskey", którego popularność w Europie jeszcze dwa tygodnie wcześniej tak ich dziwiła. Teraz ten kawałek chyba na dobre zadomowił się w set liście, grają go też na pozostałych koncertach trasy. Nie było za to "The Four Horsemen" i "Of Wolf And Man", w 2,5 godz. nie sposób zagrać wszystkiego - to był i tak najdłuższy koncert całego festiwalu. Ale to nie dobór utworów był tego dnia najważniejszy. Jakaś taka ogólna wesołość emanowała z muzyków, poza tym jeszcze lepsze wykorzystanie świateł, no i świetne przyjęcie urodzonego w Kopenhadze Larsa Urlicha przez rodaków. To on był absolutnym hero of the day, przynajmniej w okolicy pomarańczowej sceny wszystko na to wskazywało. Były po koncercie specjalne podziękowania od Larsa, po duńsku rzecz jasna, no i jeszcze coś, czego przeoczyć nie mogę. Polski akcent w postaci flagi (Metallica - Poland, Poznań), którą (jako jedyną) chwycili Lars z Kirkiem pod koniec koncertu. Zgadnijcie czyja to flaga... właściwie to nie flaga, tylko moje stare prześcieradło, cośmy je pierwszego dnia festiwalu na flagę przerobili. Zresztą zobaczcie sobie sami... No i to chyba Metallica zgromadziła największą ze wszystkich zespołów ilość ludzi pod sceną (nie pytajcie ilu, bo nie byłem w stanie tego stwierdzić). ... i mógłbym tak jeszcze długo o samej Metallice, a grało jeszcze 169 innych kapel, z czego ok. 1/4 (a może mniej?) byłem w stanie obejrzeć i usłyszeć.

Od razu na otwarcie festiwalu coś, co trzeba było zobaczyć: metalowo-industrialny wypierd w postaci koncertu Ministry. Bardzo dobry koncert. Sporo nowych utworów (trzeba będzie posłuchać "Dark Side Of The Spoon") i Al Jourgensen przez cały czas popijający wino. Jeżeli można się do czegoś przyczepić - to chyba tylko do brzmienia. Sample (btw: w nowych kawałkach jest ich stosunkowo mało) nie zawsze wychodziły jak trzeba, wiadomo, industrialna muzyka zawsze na płycie będzie brzmiała lepiej.

Tego samego dnia czekanie na Metallikę umilały mi jeszcze Stereophonics, Manic Street Preachers i Monster Magnet, na którym pojawiłem się tylko na chwilę - akurat grali "See You In Hell" z ostatniej płyty, wszystko wskazywało na to, że koncert niewiele różnił się od tego w Warszawie przed Metalliką.

Kolejny dzień i kolejna gwiazda: Skunk Anansie. Skin robiła, co chciała ze swoim głosem, z pozostałymi członkami zespołu (musielibyście widzieć, jak gryzła gitarzystę w ucho i nie tylko tam), no i przede wszystkim z publicznością. Na przykład "Weak" odśpiewała w większości niesiona przez publikę (w tym i mnie) na rękach, co ani trochę nie odbiło się na sposobie wykonania. Perfekcja w każdym calu, a do tego osobowość sceniczna Skin... no i ta szczęka!

Zaraz po Skunk Anansie, na tej samej (pomarańczowej) scenie, największa - obok Metalliki - gwiazda festiwalu, R.E.M. No i naprawdę dobry koncert. Szkoda, że jakoś nie mogą dotrzeć do Polski. Zaczęło się od intro ("Airportman") z ostatniej płyty, a potem przez dwie godziny wiązanka utworów z różnych albumów, z naciskiem na te z lat dziewięćdziesiątych. I tak, z ostatniego, promowanego "Up" usłyszeliśmy: "Daysleeper", "Lotus", "At My Most Beautiful" (niestety bez wiolonczeli na końcu); z "Automatic For The People" - "Man On The Moon" i oczywiście "Everybody Hurts"; "Losing My Religion" z "Out Of Time" - w dwóch ostatnich zresztą Stipe'a wyręczała publiczność; było też "Wake Up Bomb" z "New Adventures In Hi-Fi", no i wiele, wiele innych. Wszystko idealnie zagrane, z odpowiednią oprawą (wystrój sceny + kolorowe światła), no i świetne przyjęcie publiczności. Ich piosenki znają chyba wszyscy. Także ja sam, chociaż do fanów R.E.M. nigdy się nie zaliczałem. W każdym razie koncert obejrzałem z przyjemnością i następnej okazji zobaczenia ich na żywo zapewne też nie przepuszczę.

Tego samego dnia festiwalu, przed R.E.M. i Skunk Anansie występowali jeszcze:

Hammerfall - ogólna wesołość, sporo dymu i ruchu na scenie, no a przede wszystkim świetny heavy-metalowy koncert. Zaraz po nim Guano Apes. Po koncercie w Warszawie, na który zresztą nie udało mi się dostać biletu, słyszałem właściwie same negatywne opinie. A to, że brzmiało nie tak jak trzeba, a to, że wypadają (wokale zwłaszcza) znacznie gorzej niż na płycie. A tu proszę, miłe rozczarowanie. Okazało się, że Sandra potrafi nie tylko wyginać się we wszystkie strony (chociaż do Skin i tak jej daleko), ale i śpiewać całkiem nieźle. Fakt, że na przykład wysokie partie w "Lords Of The Boards" są na koncercie odpowiednio przearanżowane (wyręczają je chórki), pewnie nie byłaby w stanie ich wyśpiewać. Ale koncert na pewno co najmniej wart zobaczenia. Co tam jeszcze? No tak... byłbym zapomniał o koncercie Covenant. Spragniony metalowych wrażeń, stawiłem się o wynikającej z programu porze pod wyznaczoną sceną, podobnie zresztą, jak spora grupka pióraczy w koszulkach Covenant. Na scenie pełno dymu, no i zaczyna się.... umcy, umcy, umcy, jakiego w życiu nie słyszałem. Myślę sobie - pewnie pomyliłem scenę albo godzinę, spoglądam jeszcze raz w program festiwalu, a tam czytam mniej więcej coś takiego: Covenant (S) - szwedzkie objawienie muzyki elektronicznej itp. itd. No cóż... zdarza się i tak.

No a skoro już o klimatach techno mowa (wybaczcie, ze wrzucam wszystko do jednego worka, ale w tych sprawach jestem zupełnym lajkonikiem i nie potrafię odróżnić techno od tekkno czy rave, ani dance od EBM), wypadałoby wspomnieć o koncercie Chemical Brothers. W końcu jako jedna z gwiazd również wystąpili na głównej pomarańczowej scenie. No i jak dla mnie, wyglądało to tak, że dwóch facetów bardzo starało się pokazać, że są na tej scenie niezbędni. A tymczasem zasłonięci byli kupą oprzyrządowania, a uwaga publiczności i tak zwrócona była na wielki ekran, na którym wyświetlane były bezsensowne obrazki (fragmenty matematycznych wzorów, zlepki przypadkowych słów itd.) Mnie akurat Chemical Bros. nie przekonało ani do swojej muzyki, ani do tego, że w przypadku tego typu zespołów koncerty mają jakikolwiek sens. Didżej i muzyk to dla mnie dwie różne profesje i tyle.

Żebyście nie mówili, że mam jakieś uprzedzenia do techno (chociaż to prawda :), wspomnę jeszcze o koncercie Orbital, który, przyznaję, zrobił na mnie spore wrażenie. Może dlatego, że bardziej kameralny - w mniejszym namiocie, no i z grą świateł, ciekawym show, jakimś ruchem na scenie.

Jednak Roskilde to głównie rockowy festiwal, wiec co jeszcze... Robbie Williams... widziałem tylko fragment jego rockowego(!), no może trochę pop-rockowego koncertu (wolałem być w tym czasie na R.E.M. i Skunk Anansie), no i akurat trafiłem najpierw na cover Blur ("Song 2"), a później na rockową wersję "Back For Good" nieodżałowanego Take That...

Tego samego dnia jeszcze m.in. Placebo, Faithless, Heather Nova, The Divine Comedy, Nashville Pussy, Nomads i uwaga: Jello Biafra. I tu kolejne rozczarowanie. Przynajmniej dla tych, którzy nie wiedzieli, że były muzyk Dead Kannedys obecnie, wzorem Henry'ego Rollinsa, para się jeżdżeniem po świecie i opowiadaniem dowcipów... tyle, że nie sprośnych (jak Henio), a raczej politycznych. ...a może to Jello Biafra pierwszy wpadł na ten pomyśl i Rollins spapugował? Tak pewnie było, bo przecież Biafra jeszcze w latach osiemdziesiątych nagrywał nawet całe albumy typu "spoken word", a Rollins "przerzucił się" stosunkowo niedawno. Ale mniejsza o to. Miało być o muzyce.

Następnego dnia pierwszy z trzech(!) koncertów Suede na tym festiwalu - sporo ludzi na nich tu przyjechało, no i chyba nie mogło być mowy o niedosycie. Mniej więcej pięciogodzinny w sumie spektakl w trzech częściach, przez 3 kolejne dni festiwalu, za każdym razem na innej scenie. Koncerty na szczęście dosyć się różniły, szczególnie ostatni z nich, w którym o doborze repertuaru decydowało coś na kształt koła fortuny.

Oprócz tego bardzo dobry koncert The Creatures - podobali mi się bardziej niż parę miesięcy wcześniej w Poznaniu, no i The Residents - raczej wielki teatr niż koncert, ciężko było stwierdzić, czy to muzyka jest tu najważniejsza, czy też jest tylko dodatkiem do kolorowego show z aktorami (muzykami w maskach), grą świateł, itd. Tego samego dnia widziałem jeszcze (niestety tylko przez parę minut) Echo & The Bunnymen i chyba najlepszy z (bardzo) wielu duńskich zespołów na tym festiwalu, Kashmir. No i zdecydowanie wolałem ich autorski repertuar niż interpretację nie pierwszy raz już kaleczonego hitu Led Zeppelin.

Ostatniego, najuboższego w ciekawe koncerty, dnia festiwalu nie zachwycili mnie kolejno: Blondie (to też rock!), Blur, Everlast (gość z House Of Pain - nie zachwycił mnie, bo w ogóle nie widziałem), podobało mi się Mercury Rev i Whithering Surface (duński metal), za to zupełnie powalił mnie koncert Carlinhosa Browna (to ten od "Ratamahatty"). Plemienne rytmy, ok. 20 ludzi na scenie, wliczając dwie bardziej niż skąpo ubrane tancerki - razem niezapomniany spektakl, który chciałoby się oglądać bez końca. Szkoda, że nie zagrali nic Sepultury.... ;) W każdym razie dla mnie idealne zakończenie festiwalu. Później miało być jeszcze Culture Club... Właśnie: miało być. I tak, z tego co twierdzili starzy bywalcy festiwalu (sam się do nich jeszcze nie zaliczam ;), należało się cieszyć, że w tym roku tylko jedna gwiazda odwołała koncert. Fakt, mogło paść na coś lepszego.

No i jeszcze coś (ktoś?)... Grało wprawdzie toto pierwszego dnia festiwalu, ale jakoś dziwnym trafem zostało mi do opisania na sam koniec. Mowa o Marilyn Manson. Uznałem, że warto zobaczyć, choćby dlatego, że pewno prędko do Polski nie przyjedzie. I tu od razu dobra wiadomość dla fanek, które jeszcze go na żywo nie widziały: wygląda na to, że MM jest jednak facetem - pokazał swoje(?) klejnoty, ja mogę się jedynie cieszyć, że nie musiałem już na to patrzeć - byłem wtedy na koncercie Metalliki, na pomarańczowej scenie, no i z koncertu MM umknęła mi druga połowa, czego bynajmniej nie żałuję (chociaż jego show jakieś tam wrażenie na pewno robi). Dla mnie to, co ma do zaoferowania (muzycznie) MM, nie jest ani ciekawe, ani tym bardziej nowe. A gdybym miał wskazać najciekawszy moment części koncertu, którą widziałem, pewnie padłoby na cover Eurytmics, zresztą chyba najlepiej przyjęty przez publiczność.

To tyle o muzyce na festiwalu; reszta (atmosfera!), jak mówiłem, jest właściwie nie do opisania, za to trzeba wspomnieć o świetnej organizacji (niespotykana w Polsce punktualność!), no i o panach i paniach(!) ochroniarzach, których do polskich odpowiedników upodabniały chyba tylko pomarańczowe kamizelki, a i te zresztą dużo ładniejsze, z logo festiwalu. Zero chamstwa, zamiast tego w czasie koncertów podawanie kubków z wodą ludziom w pierwszych rzędach (właściwie non-stop) czy tańce w fosie pod sceną (panowie ochroniarze proszą panie ochroniaraki...) przy spokojniejszych utworach. Właściwie trudno się dziwić, większość pracujących przy obsłudze festiwalu to wolontariusze-studenci, chyba naprawdę cieszyła ich sama obecność na Roskilde. A jeden taki w czasie koncertu Metalliki, to nawet dzielnie dotrzymywał mi kroku, jeśli chodzi o znajomość tekstów - wymiękał dopiero przy niektórych coverach... Miałem nie pisać więcej o Metallice, ale skoro już temat powrócił, to jeszcze coś na zakończenie. Już w drodze powrotnej do Polski spotkaliśmy wracającego z festiwalu Duńczyka, który nie dość, że całkiem dobrze mówił po naszemu, to jeszcze okazał się szkolnym kolegą Larsa Urlicha.

No i jeszcze jedno... Na przyszłoroczne Roskilde 2000 (trzydziesta rocznica festiwalu) organizatorzy zapowiadają jeszcze więcej atrakcji + ekstra niespodzianki. Grzechem będzie się nie pojawić.

Komentarze
Dodaj komentarz »

Napisz relację

Piszesz ciekawe relacje z koncertów? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Czy lubisz horrory?