zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku niedziela, 29 marca 2020

relacja: Virgin Snatch, Thy Disease, Armagedon, Nammoth, Heart Attack, Zabrze "CK Wiatrak" 23.01.2010

25.01.2010  autor: Verghityax
wystąpili: Virgin Snatch; Thy Disease; Armagedon; Nammoth; Heart Attack
miejsce, data: Zabrze, CK Wiatrak, 23.01.2010

Nie lubię zimy i wątpię, bym kiedykolwiek ją polubił. Nigdy nie potafiłem załapać, czemu ludzie tak bardzo podniecają się perspektywą przebijania się pługiem do pobliskiego spożywczaka. Do tego dochodzi jeszcze wątpliwy walor tej pory roku w postaci temperatur tak niskich, że można używać balkonu w charakterze lodówki, akumulatory w samochodach padają jak muchy, a Norwegowie nagrywają więcej black metalu niż zazwyczaj, gdyż nawet dla nich jest za zimno na hasanie po lesie. Gdyby Ruscy, zamiast dotować zbrojenia i Jaśnie Panującego Putina, zainwestowali trochę kasy i wyekspediowali Syberię w kosmos, może teraz na zachód nie ciągnęłyby od nich wyże atmosferyczne wywołujące opisany stan rzeczy. Dlatego też, biorąc pod uwagę warunki pogodowe, uważam, że organizator "Creative Act of Music Tour 2010" wykazał się nie lada odwagą, montując w styczniu tak długą, bo obejmującą aż dwanaście miast, trasę.

Sobotnia impreza w zabrzańskim "Wiatraku" to ostatnia z całego tournee, jeśli nie liczyć niedzielnego jubileuszu dziesiątych urodzin Thy Disease w Krakowie. Jako headlinerzy wystąpili: Virgin Snatch, Thy Disease oraz Armagedon. W roli otwieraczy wspomagały ich: relatywnie młody Nammoth i już nie tak nowicjuszowski Heart Attack. Pomimo atrakcyjnej ceny w wysokości 20 zł za bilet w przedsprzedaży, na śląski gig nie zwaliły się jakieś wielkie tłumy. Nie orientuję się, jak sytuacja wyglądała na poprzednich koncertach, ale 23 stycznia zabytkowe mury "Wiatraka" gościły raptem setkę osób.

Heart Attack, Wrocław 22.01.2010, fot. K. Zatycki
Heart Attack, Wrocław 22.01.2010, fot. K. Zatycki

Wszystko ruszyło punktualnie o godzinie 19, a na "dzień dobry" atmosferę rozgrzała buchająca energią grupa z Wieliczki, której dzieje (grupy, nie Wieliczki) sięgają roku 2001 - Heart Attack. Chłopaki określają swój styl jako łączący dokonania jednego z najlepszych wirtuozów rock and rolla, Johnnyego Casha, oraz amerykańskiej legendy z teksańskiego Arlington - Pantery. Obecnie muzycy promują swój debiutancki album, pt. "Polaris", i trzeba im przyznać, że na żywo konkretnie kopią dupsko. Z najnowszego materiału zaprezentowali m.in. tytułowy "Polaris", "Red Revolution", "Freedom" i fantazyjny, kipiący mocą "Babilon", który cholernie wpada w ucho. Prócz tego, Heart Attack uraczył zebranych całkiem zgrabnym coverem nad wyraz rozpoznawalnego numeru Dimebaga i spółki, a mianowicie nieśmiertelnego "Walk". Małopolanie odznaczają się sporym potencjałem i mam szczerą nadzieję, że tak naprawdę, to dopiero początek ich kariery.

Nammoth, Wrocław 22.01.2010, fot. K. Zatycki
Nammoth, Wrocław 22.01.2010, fot. K. Zatycki

Drudzy w kolejności na scenę wkroczyli ełccy deathmetalowcy z Nammoth. Jak dotąd posiadają oni w repertuarze jedynie demówkę, ale podobno już wkrótce wejdą do studia, aby nagrać swego pierwszego długograja. Co ciekawe, chłopaki jadą na dwa basy, lecz niestety w Zabrzu efekt ten był słabo słyszalny, choć to akurat zrzuciłbym na karb nagłośnienia, z którym borykały się tego wieczoru także pozostałe kapele. Z zagranych utworów największym wzięciem cieszyło się chyba "Pain of Mankind", aczkolwiek takie "Last Moments of God", "Inner Daemon" czy "Curse All" też dawało radę. Sądzę, że niektórym wałkom przydałoby się dodatkowe zróżnicowanie, aby nie brzmiały wtórnie. Na plus natomiast zaliczam solidny, brutalny wokal Mateusza Grygo oraz ogólny entuzjazm, bo tego muzykom nie brakuje.

Armagedon, Wrocław 22.01.2010, fot. K. Zatycki
Armagedon, Wrocław 22.01.2010, fot. K. Zatycki

Około godziny 20 nadeszła chwila, na którą czekało wielu przybyłych. Ba, niektórzy dotaszczyli się do "Wiatraka" jedynie po to, by usłyszeć następny zespół. Mowa, rzecz jasna, o deathowej legendzie, która pewnie teraz święciłaby triumfy na zagranicznych festiwalach, gdyby nie nieszczęsny kontrakt z Peaceville Records. Po dwunastu latach nieobecności na rynku muzycznym i szesnastu od czasów wydania "Invisible Circle", Armagedon powrócił z nowym, dojrzałym wydawnictwem - "Death Then Nothing". Od kilku dni krążyły plotki, że grupa może nie wystąpić z powodu infekcji gardła wokalisty. Na szczęście tak się nie stało i deathmetalowcy zaserwowali niemal 40 minut bezpretensjonalnego, rewelacyjnego łojenia. Kiedy bracia Slavo i Krizz przypuścili szturm na scenę razem ze swą ekipą, nie było zmiłuj. Nie licząc około połowy publiczności, która to połowa w sumie przez całą imprezę tylko okupowała tyły sali i nie poruszała się, najwyraźniej w trosce o ściany klubu, fani zgotowali muzykom gorące powitanie. Z nowego krążka Armagedon zagrał "Death Then Nothing", "Dead Code", "Betrayed", "Enemy", "Seeing Is Believing" i "F... End", przeplatając to dwoma numerami z "Invisible Circle" - "Inside the Soul" i "Death Liberates". Niestety, momentami nagłośnienie tak szwankowało, jakby co parę minut za konsoletą, zamiast dźwiękowca, stawał troskliwy tato z wąsem, chcący oznajmić, że "nie ma takiego grania". Wisienką na czubku tego wybuchowego tortu był nadprogramowy bis w postaci "Bed of Thorns". Reasumując, pozamiatane.

Thy Disease, Wrocław 22.01.2010, fot. K. Zatycki
Thy Disease, Wrocław 22.01.2010, fot. K. Zatycki

Mniej więcej o 21 przyszła pora na Thy Disease, bodaj najbardziej pechowych wykonawców na tej trasie. Po pierwsze, wbrew temu, co niektórzy sądzili, Psycho wcale nie poddał się terapii odchudzającej i nie zapuścił srogiego brodziska od czasu zdjęć do "Anshur-Za". Jak się okazało, oryginalny wokalista siedzi w Barcelonie, skąd nie był w stanie przyjechać na potrzeby tournee i w efekcie zastąpił go Syrus z Anal Stench. Dziwi tylko, że ani organizator, ani zespół nie umieścił na swojej stronie stosownego oświadczenia w tej sprawie. Po drugie, zabrakło Cube'a - speca od syntetyzatorów. Jak wieść gminna niesie, ma on się pojawić dopiero na jubileuszowym występie w Kraku. W rezultacie wszelakie efekty dźwiękowe leciały z sampli i tutaj ponownie dały o sobie znać problemy z dźwiękowcem, bowiem przy początkowych wałkach zupełnie nie było ich słychać. Cloud i Yanuary robili, co mogli, żeby ich koncert miał ręce i nogi. Syrus też nie zawiódł, dając niezły popis swoich możliwości za mikrofonem i widać, że świetnie się przy tym bawił. Mimo to, nie mogłem pozbyć się wrażenia, że ten gig został sklecony na ostatni moment. Na osiem utworów, pięć pochodziło z promowanego obecnie albumu, "Anshur-Za" - "Blame", "Fog of War", "Collateral Damage", "Nightmare Scenario" i "Salah-Dhin"; dwa z "Rat Age" ("Antidote" i "Life Form") i jeden z "Neurotic World of Guilt" ("Mean, Holy Species"). Przy finałowym "Salah-Dhin" na pudło wparował Mateusz Grygo z Nammoth, by wspomóc kolegów jako backing vocals. Thy Disease nie wypadło źle, ale liczyłem na coś więcej.

Virgin Snatch, Wrocław 22.01.2010, fot. K. Zatycki
Virgin Snatch, Wrocław 22.01.2010, fot. K. Zatycki

Główna gwiazda "Creative Act of Music Tour" wbiła się na scenę parę minut po 22, by w akcie łaski zmiażdżyć słuchaczy niczym wielki, dobrze naoliwiony, thrashowy walec. Podobnie, jak to miało miejsce w przypadku Thy Disease, tak i w Virgin Snatch również zaszły zmiany personalne, choć nie aż tak drastyczne. Novy odszedł i stanowisko basisty po raz kolejny objął Anioł z Corruption. Bez zbędnej gadaniny, na pierwszy ogień poszła sprawdzona petarda, czyli "State of Fear". Ku mojemu zaskoczeniu, to właśnie kawałki z "In the Name of Blood" zdominowały ten koncert, a nie, jak się wcześniej spodziewałem, z "Act of Grace". Z trzeciego długograja muzycy zaprezentowali jeszcze "Purge My Stain!", "Bred to Kill", "IV - Vote of No Confidence" i obowiązkowe "In the Name of Blood". Bardziej znane numery zdecydowanie zdały egzamin, publika wykazywała znacznie więcej oznak życia, niż dotychczas. Z pewnością wpływ na to miała także fantastyczna forma kapeli. Aż miło się patrzy, kiedy każdy trybik chodzi jak należy, a cała muzyczna machina działa sprawnie i precyzyjnie niby szwajcarski zegarek. Z "Act of Grace" chłopaki poczęstowali nas "Horn of Plenty", "Walk the Line" i "Through Fight We Grow", zaś z "Art of Lying" poleciały tytułowy utwór oraz "Stop the Madness". W ramach bisu Virgin Snatch wtarabanili się na pudło z niemal wszystkimi artystami tej trasy, aby odegrać radosną interpretację "Creeping Death" Metalliki z Syrusem i Grygo na wokalu. Trzeba przyznać, że widok około dwudziestu muzyków wykonujących wspólnie jedną piosenkę jest rozbrajający - ot, taki wesoły akcent na zakończenie. Koniec imprezy. Dziękuję. Dobranoc.

Komentarze
Dodaj komentarz »
malutikie sprostowanie
metal rulez (gość, IP: 77.253.242.*), 2010-02-10 22:17:21 | odpowiedz | zgłoś
Inside the Soul pochodzi z dema dead condemnation a nie z invisible circle
Byłem, widziałem
wiatrakZ (gość, IP: 88.220.170.*), 2010-01-26 14:11:17 | odpowiedz | zgłoś
największy czad, ekspresja - armagedon i nammoth (chociaż to młody band); VS też dali radę
re: Byłem, widziałem
carpenoctem (gość, IP: 178.36.126.*), 2010-07-08 00:45:26 | odpowiedz | zgłoś
A ja też byłam i widziałam, w Bydgoszczy też dali czadu. Mateusz z Nammoth- mocny, dobry wokal, atmosfera rewelacyjna!

Materiały dotyczące zespołów

Napisz relację

Piszesz ciekawe relacje z koncertów? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Czy jakiś muzyk uczył Cię gry na instrumencie lub śpiewu?