- Koncerty
- terminy koncertów
- galeria zdjęć
- relacje z koncertów
- Wieści
- wieści muzyczne
- kocioł
- dodaj wieść
- Płyty
- recenzje płyt
- zapowiedzi premier
- Wywiady
- wywiady
- Ogłoszenia
- ogłoszenia drobne
- dodaj ogłoszenie
- Zobacz
- wywiady
- forum
- linki
- rekomenduj muzykę
- korozja
- sondy - archiwum
- Redakcja
- o nas
- szukamy pomocników
- reklama
- polityka cookies
- kontakt
- Konto
- zaloguj się
- załóż konto
- po co?
wywiad: Cryptopsy
| Wykonawca: | Matt McGachy - Cryptopsy (wokal) |
strona: 2 z 2

Cryptopsy, Warszawa 24.05.2025, fot. Dominika Kudła
Jak doszło do tego, że zaproponowano ci miejsce w Cryptopsy?
Propozycja wyszła od Flo. Chris Donaldson - producent i gitarzysta Cryptopsy - miał zwyczaj chwalić się płytami, przy których pracował. Był bardzo dumny ze swojej roboty. Chłopaki były wtedy w trasie. Chris prawdopodobnie prowadził vana, bo w tamtych czasach zwykle był kierowcą. No i puścił Flo "A Glimpse of Hope". Flo zawsze chciał przesuwać granice tego, czym Cryptopsy mogłoby być. Jest ogromnym fanem Mike'a Pattona - podobnie zresztą jak ja - i najwyraźniej dostrzegł w moim głosie coś interesującego, jakiś potencjał.
Gdy dołączyłeś do Cryptopsy, poza Flo i Chrisem w skład grupy wchodzili Alex (Auburn - przyp. red.) na gitarze oraz Eric (Langlois - przyp. red.) na basie. Jakie wrażenie wywarła na tobie cała ekipa? Zakładam, że zaprosili cię na przesłuchanie?
Tak, ale wyglądało ono zupełnie inaczej niż standardowy casting. Nie spotkaliśmy się w sali prób. Zamiast tego dali mi demo piosenki z "The Unspoken King" i musiałem napisać do niej własne linie wokalne. Potem ja i jeszcze jeden kandydat weszliśmy z Chrisem do studia, gdzie każdy z nas nagrał swoją wersję. Ja zostałem wybrany. Resztę zespołu poznałem dopiero wtedy, gdy oficjalnie przyjęto mnie do Cryptopsy.
Pamiętam, że któregoś dnia siedzieliśmy w salce i dyskutowaliśmy na temat "The Unspoken King". Oni chcieli nadać tej muzyce bardziej wzniosłego tonu, więc postanowili dodać klawisze. Jedyny efekt, jaki w ten sposób osiągnęliśmy, to wielkie wzburzenie fanów.

Cryptopsy, Kraków 29.02.2024, fot. Justyna Kamińska
Nieco uprzedziłeś moje kolejne pytanie, bo Maggie Durand to chyba najbardziej tajemnicza postać w całej historii grupy.
Tak, Maggie. Była z nami przez chwilę, ale szczerze mówiąc... niczego właściwie nie wniosła. Nie chcę zabrzmieć złośliwie, lecz taka jest prawda. Pojawiła się na jednej sesji zdjęciowej i nagrała partie klawiszy na "The Unspoken King", choć w rzeczywistości to chłopaki mówiły jej, co ma grać.
Nie po drodze było jej z tego rodzaju muzyką?
Nie sądzę, że o to chodziło. Po prostu nie pasowała do kierunku, w którym zespół miał później podążyć. Jeśli mnie pamięć nie myli, zmagała się też z problemami zdrowotnymi, które raz się nasilały, raz ustępowały. Nie jestem pewien, czy w ogóle byłaby w stanie regularnie koncertować.
Czyli nigdy nie zagrała z wami żadnego koncertu?
Nie. Nigdy nie wystąpiłem z Maggie na scenie. W zasadzie nawet nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek odwiedziła salę prób. Kojarzę tylko jakieś spotkanie zespołu, podczas którego starała się nas zintegrować.
"The Unspoken King" ukazał się 26 maja 2008 roku, pod egidą Century Media Records. To był twój debiutancki album z Cryptopsy. Wydaje mi się, że bardziej niż sam materiał, fanów rozdrażniło to, co działo się dookoła niego.
Tak, wiem, co masz na myśli. Największym problemem "The Unspoken King" wcale nie był jego eksperymentalny charakter. Owszem, muzyka odbiegała od oczekiwań fanów. Mimo to jestem przekonany, że gdybyśmy nie zareagowali na krytykę tak agresywnie, sytuacja uspokoiłaby się dużo szybciej. Sami wykopaliśmy sobie dół, z którego potem przez lata próbowaliśmy się wygrzebać. Po fali negatywnych komentarzy strzeliliśmy sobie fotkę w nowojorskiej siedzibie któregoś z ważniejszych magazynów branżowych, bodajże "Metal Hammera". Pokazaliśmy środkowy palec do obiektywu, a następnie ustawiliśmy to zdjęcie jako profilowe na MySpace. Później jeszcze dolaliśmy oliwy do ognia, nagrywając specjalne intro na potrzeby naszych koncertów. Ochrzciliśmy je "Dinner Time, Johnny" i każdorazowo włączaliśmy przed wejściem na scenę. Otwarcie szydziliśmy w nim z ludzi, którzy pisali, że nowe Cryptopsy jest do dupy. Przekaz był jasny: ci wszyscy internetowi napinacze mieszkają w piwnicy u starych i nie mają własnego życia. Uznaliśmy to za zabawne, ale dla kariery zespołu okazało się fatalnym posunięciem. Po raz pierwszy wykorzystaliśmy to intro na trasie "The Summer Slaughter Tour" w 2008 roku. Pamiętam, że pozostałe kapele obserwowały nasz występ zza kulis. Whitechapel, Born of Osiris, The Faceless, Despised Icon, Aborted, Psycroptic, Vader, Kataklysm, The Black Dahlia Murder... absolutnie kultowa obsada. Wszyscy dosłownie pękali ze śmiechu. Cóż, wszyscy oprócz fanów. Długo zajęło nam odzyskanie ich zaufania. Powinniśmy byli zachować się dojrzalej. Z drugiej strony ich reakcja nie zawsze była współmierna. Niektórzy życzyli nam, by nasz autobus rozbił się gdzieś po drodze. Ktoś przerobił słynną scenę z Hitlerem z filmu "Upadek". Podłożyli nowe napisy i przedstawili Flo jako Fuhrera. Wylano na nas wiadro pomyj.
Chciałbym teraz powrócić do wątku, który poruszyliśmy na początku rozmowy, czyli do waszej obecnej trasy. Czy dobrze rozumiem, że w jej ramach wykonujecie całą zawartość albumu "None So Vile"?
Nie do końca. Jak zauważyłeś, w zeszłym roku wydaliśmy "An Insatiable Violence". To dla nas niezmiernie ważna płyta, dlatego nie mogliśmy poświęcić lwiej części setu na "None So Vile". Gramy z niego sześć spośród ośmiu utworów.
Musiałeś się ich uczyć od podstaw?
Nie, miałem ułatwione zadanie. W 2017 roku graliśmy już "None So Vile" w całości, więc tym razem wystarczyło odświeżyć sobie pamięć.
Czy myśleliście może o gościnnym udziale Lorda Worma w tym przedsięwzięciu?
Tak. To byłoby fantastyczne, ale nie udało nam się doprowadzić tego pomysłu do skutku. W 2025 roku podczas trasy z Nile dołączył do nas Mike DiSalvo. Łączą nas z nim świetne relacje, podobnie jak z Lordem Wormem i przedtem z Martinem Lacroix (Martin Lacroix zmarł w 2024 roku - przyp. red.). Obawiam się jednak, że stan zdrowia Lorda Worma nie pozwoliłby mu na uczestnictwo w pełnej trasie. Prędzej w pojedynczym występie.

Cryptopsy, Warszawa 24.05.2025, fot. Dominika Kudła
Moje ostatnie pytanie będzie z kategorii tych niezbyt mądrych. Cryptopsy po raz pierwszy widziałem w 2013 roku na "Metalfest Open Air" w Jaworznie...
Ach, tak! To ten festiwal, na którym grał między innymi Down.
Dokładnie. Kiedy zobaczyłem cię na scenie, byłem przekonany, że pochodzisz z Finlandii. Wiem, że twoje nazwisko zupełnie na to nie wskazuje, ale masz może jakichś fińskich przodków?
To zabawne, bo nigdy wcześniej nie odwiedziłem Finlandii. Wystąpię tam po raz pierwszy w sierpniu tego roku. Przez większość życia byłem pewien, że mam szkockie korzenie, ponieważ mój ojciec urodził się w Szkocji. Niedawno nawiązałem kontakt z jego siostrzeńcem i okazało się, że zdecydowana większość naszej rodziny pochodzi z Irlandii. To tłumaczyłoby moje zamiłowanie do piwa (śmiech). Wychodzi więc na to, że jestem w głównej mierze Irlandczykiem z niewielką domieszką brytyjskiej krwi od strony mamy.
Dziękuję ci bardzo za rozmowę.


