- Koncerty
- terminy koncertów
- galeria zdjęć
- relacje z koncertów
- Wieści
- wieści muzyczne
- kocioł
- dodaj wieść
- Płyty
- recenzje płyt
- zapowiedzi premier
- Wywiady
- wywiady
- Ogłoszenia
- ogłoszenia drobne
- dodaj ogłoszenie
- Zobacz
- wywiady
- forum
- linki
- rekomenduj muzykę
- korozja
- sondy - archiwum
- Redakcja
- o nas
- szukamy pomocników
- reklama
- polityka cookies
- kontakt
- Konto
- zaloguj się
- załóż konto
- po co?
wywiad: Krisiun
| Wykonawca: | Moyses Kolesne - Krisiun (gitara) |
strona: 2 z 2

Krisiun, Warszawa 7.05.2025, fot. Dominika Kudła
Chcę teraz zapytać o najstarszą część historii Krisiun. Jak zaczęła się twoja przygoda z muzyką?
Pamiętam, że babcia od strony ojca miała w swojej kolekcji płytę Black Sabbath, a dziadek grał na trąbce w grupie jazzowej. Myślę, że to od nich tata zaraził się miłością do muzyki. W swoim pierwszym małżeństwie ojciec doczekał się syna. Potem poznał naszą matkę, poślubił ją i z tego związku narodziliśmy się Alex, ja i Max. Później dorobił się jeszcze czwórki dzieci z następną partnerką. Nasz starszy, przyrodni brat - Acelio - uwielbiał AC/DC i Black Sabbath. Za jego sprawą - gdzieś pomiędzy siódmym a dziewiątym rokiem życia - zetknąłem się z cięższymi brzmieniami. Acelio pokazał mi AC/DC, Van Halen i wiele innych klasyków.
Kilka lat później Alex na poważnie zainteresował się muzyką. Razem z kolegami ze szkoły postanowili założyć zespół. Oznajmił, że będzie perkusistą, chociaż nie miał w tym żadnego doświadczenia. Poprosił ojca o zakup garów, a ten spełnił jego życzenie. Alex miał wtedy trzynaście czy czternaście lat, ja jedenaście albo dwanaście. Patrzyłem na to wszystko i myślałem: "ja też chcę grać". Początkowo marzył mi się bas. Pojechaliśmy z tatą do sklepu muzycznego, ale jedyny egzemplarz właśnie się sprzedał. Na miejscu dostępna była tylko gitara. Uznałem więc: "skoro nie ma basu, to biorę gitarę". Jako trzynastolatek zacząłem ćwiczyć i już po paru miesiącach opanowałem riffy Metalliki. Koledzy Alexa usłyszeli mnie podczas próby i stwierdzili: "Ten dzieciak naprawdę daje radę. Weźmy go do zespołu". W ten sposób trafiłem do swojej pierwszej kapeli. Graliśmy drobne koncerty w szkołach i tego typu miejscach. Max zawsze przychodził na nasze występy, mimo że miał zaledwie dziesięć lat. W pewnym momencie Alex musiał wyjechać do pobliskiego miasta, by kontynuować naukę. Nie mógł zabrać ze sobą bębnów, więc zostawił je w domu. Max skwapliwie skorzystał z tej okazji. W tym okresie fascynowała nas zdecydowanie ostrzejsza muza: wczesna Metallica, Slayer i Venom. Max bezustannie się rozwijał i pod kątem techniki szybko przerósł Alexa. Kiedy Alex wrócił, formację tworzyliśmy już właściwie we dwóch - ja i Max. Zapytał: "a co ze mną?". Odparłem, że powinien chwycić za bas i tak też się stało. Na tym etapie mieliśmy jeszcze wokalistę, Carlosa Eduarda, ale praktycznie nigdy nie pojawiał się na próbach. Za każdym razem Alex zastępował go przy mikrofonie, choć nie było mu to w smak. Ciągle powtarzał, że nie jest frontmanem i nie chce śpiewać. W końcu wywaliliśmy Carlosa z zespołu i siłą rzeczy Alex przejął jego rolę. Potem do składu dołączył drugi gitarzysta (Altemir Souza - przyp. red) i Krisiun przeistoczył się w kwartet.

Krisiun, Warszawa 7.05.2025, fot. Dominika Kudła
Altemir Souza zarejestrował z wami pierwsze demówki. Jak się poznaliście i jak wspominasz współpracę z nim? Wy byliście ekipą braci, a on kimś z zewnątrz.
Altemir to niezwykle ważna postać w historii zespołu. Był od nas mniej więcej dziesięć lat starszy i bardziej doświadczony, zarówno jeśli chodzi o grę na instrumencie, jak i znajomość sprzętu. Któregoś razu skomplementował nasze brzmienie i spytał, czy nie potrzebujemy drugiego gitarzysty. Odpowiedzieliśmy, że to świetny pomysł. Naprawdę wiele się od niego nauczyłem. Robił wszystko, by popchnąć Krisiun do przodu. Mieszkaliśmy wtedy na południu Brazylii, ale w pewnym momencie postanowiliśmy przeprowadzić się do Sao Paulo. To tam znajdowały się wytwórnie, organizatorzy koncertów, media - słowem możliwości rozwoju. Altemir miał już rodzinę i nie był gotów na taki krok. Musiałby zbyt dużo poświęcić, dlatego oznajmił, że odchodzi. Uszanowaliśmy jego decyzję. Do tego czasu zdążył nam jednak przekazać ogrom wiedzy. Był fantastycznym człowiekiem. Niestety kilka lat później zginął w wypadku motocyklowym. Nigdy nie zobaczył, jak daleko zaszliśmy. Nie doczekał kontraktu z Century Media ani światowych tras koncertowych.
W 1990 roku - z Altemirem w składzie - zarejestrowaliście swoją debiutancką demówkę, pod tytułem "Curse of the Evil One". Czy ta sesja odbyła się w profesjonalnych warunkach?
Nagrywaliśmy na ośmiokanałowym stole mikserskim. Ten sprzęt nadawał się jedynie na złom, ale takie były realia w Brazylii na początku lat dziewięćdziesiątych - brakowało odpowiedniego wyposażenia i funduszy. Całość powstała w ciągu kilku godzin, trochę jak z pierwszym demo Metalliki, "Power Metal", które zrobili na czterośladowym Tascamie. Dzisiaj każdy jest w stanie zrealizować przyzwoity album we własnym domu, wtedy wyglądało to zupełnie inaczej. Wykonanie masteringu leżało poza zasięgiem naszych możliwości. Wyszło surowo, brutalnie i dość prymitywnie, ale przynajmniej udało nam się uchwycić ten materiał.

Krisiun, Bielsko-Biała 23.07.2017, fot. Verghityax
Jeszcze na etapie demówek Alex używał nazwiska Kolesne. Na EP-ce "Unmerciful Order" z 1994 roku podpisuje się już jako Alex Camargo. Dlaczego?
Ludzie często nas o to pytają, ale nie kryje się za tym żadna szczególna historia. Zawsze uważałem, że moje imię brzmi lepiej w połączeniu z nazwiskiem matki, Alex z kolei uznał, że do niego bardziej pasuje nazwisko ojca. Gdybyśmy zakładali Krisiun obecnie, pewnie wymyślilibyśmy sobie jakieś pseudonimy. Wówczas, będąc nastolatkami, kompletnie się nad tym nie zastanawialiśmy.
"Unmerciful Order", podobnie jak później "Black Force Domain" i "Apocalyptic Revelation", wydaliście pod banderą brazylijskiej Dynamo Records. To był dla was duży krok naprzód?
Owszem. To była wytwórnia związana z klubem "Dynamo" w holenderskim Eindhoven. Jej właściciel (Eric de Haas - przyp. red.) przeniósł się do Brazylii. Usłyszał nasze demówki i spodobały mu się na tyle, że zaproponował nam kontrakt. Dla takich gówniarzy jak my, to było spełnienie marzeń. Gość zabukował nam tanie, podrzędne studio, gdzie w cztery albo pięć dni nagraliśmy cały "Black Force Domain". Płyta ukazała się w 1995 roku. Jakiś czas po premierze odezwał się do nas Roadrunner Records, który miał wtedy oddział w Brazylii dzięki ogromnemu sukcesowi Sepultury. Chcieli wydać "Black Force Domain" na licencji. Potem zaczęły spływać kolejne oferty - od Metal Blade, Nuclear Blast i innych sporych wytwórni - lecz to Dynamo Records odegrała istotną rolę w naszej karierze.

Krisiun, Kraków 21.11.2023, fot. Justyna Kamińska
Jak bardzo zmieniła się brazylijska scena metalowa od czasów, gdy byliście nastolatkami? Podobno w latach 80. i 90. wyjście na koncert wiązało się z niemałym ryzykiem.
W latach 80. przemoc rzeczywiście była dość powszechnym zjawiskiem. Dochodziło do wojen gangów i ulicznych starć. Gdy Max Cavalera mieszkał w centrum Sao Paulo, regularnie wdawał się w bójki. My przeprowadziliśmy się tam nieco później, lecz wciąż dało się wyczuć pozostałości poprzedniej epoki. Zdarzały się konflikty pomiędzy skinheadami, punkami, metalowcami i przedstawicielami innych subkultur. Nie było jednak tak źle, jak dekadę wcześniej. Obecnie to wszystko wygląda zupełnie inaczej. Wszędzie odbywają się koncerty, a infrastruktura uległa znacznej poprawie. Gangi praktycznie zniknęły, zmienili się też sami metalowcy. W tamtych latach kupowaliśmy najtańszy alkohol, piliśmy go na ulicy, a potem kończyliśmy wieczór wymiotując przy krawężniku. Po koncertach nie raz czekało się do rana na pociąg czy autobus. Teraz młodzi ludzie zamawiają Ubera albo odbierają ich rodzice. Nie ma bijatyk ani większych problemów. Kluby są dobrze wyposażone, nagłośnienie stoi na wysokim poziomie, porządku pilnuje ochrona. Każdy ma telefon komórkowy i dużo łatwiej zadbać o własne bezpieczeństwo. Dzisiejsza publiczność jest bardziej ułożona, bardziej cywilizowana, jeśli można tak to określić. Nasi rówieśnicy byli dzikusami. Chodziło o bunt, o robienie hałasu, pogo i totalne szaleństwo. Często brakowało im nawet kasy na jedzenie, więc łatwo wpadali w gniew. Na szczęście ogólna jakość życia poszła w górę i to mnie cieszy. Nie chciałbym, żeby ktoś ryzykował zdrowie tylko dlatego, że wybrał się na nasz występ.

Krisiun, Warszawa 7.05.2025, fot. Dominika Kudła
Czy death metal nadal jest w Brazylii popularny?
Szczerze mówiąc death metal nigdy nie był tu fenomenem na wielką skalę. Znacznie większą popularnością cieszył się klasyczny heavy metal, a później także nu metal. A my, cóż, my po prostu robimy swoje. Działamy od ponad trzydziestu lat. Co chwilę pojawiają się jakieś nowe zespoły. Jestem ciekaw, czy będziemy o nich pamiętać. Osobiście bardzo cenię pod tym względem lata 80. Powstało wtedy mnóstwo znakomitych kapel: Sepultura, Dorsal Atlantica, Mutilator, Ratos de Porao... Mało kto wie, że to właśnie Dorsal Atlantica jako pierwsza w Brazylii grała coś, co można by nazwać death metalem. Jeżeli ktoś nie zna ich dyskografii, koniecznie powinien posłuchać albumu "Antes do Fim". To płyta z 1986 roku i brzmi niesamowicie brutalnie. Wcześnie zaczęli stosować blasty, jeszcze przed Sarcófago i Sepulturą.
Bardzo ci dziękuję za rozmowę.
Materiały dotyczące zespołu
- Krisiun


