zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku poniedziałek, 15 czerwca 2026

wywiad: Paleface Swiss

15.06.2026  autor: Verghityax

Wykonawca:  Marc "Zelli" Zellweger - Paleface Swiss (wokal)

strona: 2 z 2

Paleface Swiss, materiały prasowe
Paleface Swiss, materiały prasowe

EP-ka "The Wilted", która ukazała się rok po "Cursed", brzmi jak przedłużenie tego longplaya. Czy materiał na oba wydawnictwa zrealizowaliście podczas tej samej sesji?

Nie, choć towarzyszyła nam ta sama filozofia. Przy "Cursed" goniły nas terminy, a nie chcieliśmy pisać dodatkowych utworów na chybcika. Stwierdziliśmy "pieprzyć to!" i wrzuciliśmy na album wszystko, co zdążyliśmy przygotować. Czuliśmy jednak, że wciąż mamy coś do powiedzenia. "Cursed" spotkał się z pozytywnym odzewem i raptem dwa tygodnie po premierze płyty zaczęliśmy komponować pierwszy numer na "The Wilted". Całą EP-kę stworzyliśmy w trakcie trasy koncertowej.

Na okładce "Cursed" leżycie wśród kwiatów. Kolorystyka i oświetlenie nadają temu zdjęciu bardzo pogrzebowy nastrój.

To dosyć ciekawa interpretacja. Co zabawne, pierwotnie na okładkę trafić miało zdjęcie z tyłu obwoluty - to przedstawiające bukiet w wisielczej pętli. Identyczny kadr możesz zobaczyć w finałowej scenie naszego teledysku do "River of Sorrows". Byliśmy naprawdę zadowoleni z tego obrazka. A potem przyszła pora na wykonanie fotografii zespołowych. Przez dobre pół godziny leżeliśmy na podłodze w całkowitym bezruchu, a ekipa techniczna układała wokół nas kwiaty. Za obiektywem stanął Kriss (Jakob - przyp. red.), nasz menedżer. Perfekcyjnie uchwycił to, jak zżyci ze sobą jesteśmy. Kiedy pokazał nam rezultat swojej pracy, od razu wiedzieliśmy, że mamy nową okładkę.

Motyw kwiatów w pętli wisielca powraca na okładce "The Wilted".

Owszem. Potrzebowaliśmy jeszcze kogoś, kto wypełni dolną część kadru. Nie miało dla nas znaczenia, czy to będzie kobieta, czy mężczyzna, byle wykrzesać określone emocje. Tak się złożyło, że do zdjęcia zapozowała wieloletnia przyjaciółka Krissa.

Zarówno "Cursed", jak i "The Wilted" wyprodukował Florent Salfati, wokalista Landmvrks. Wcześniej współpracowaliście już przy "Fear & Dagger". Jak się właściwie poznaliście?

Yannick był wielkim fanem Landmvrks. Próbował mnie wyciągnąć na ich pierwszy koncert w Szwajcarii, ale nie chciało mi się iść (śmiech). Jakiś czas później odkryłem francuską załogę o nazwie Parjure. Mieli rewelacyjne brzmienie, naprawdę ciężkie. Postanowiłem sprawdzić, kto im robił miksy. Dość szybko trafiłem na informację, że korzystali z usług Homeless Records Studio. Zagadnąłem Homeless Records na Facebooku, czy wyprodukowaliby nasz kolejny album. Gość odpisał, że nie ma problemu, musimy tylko dopasować termin do trasy jego zespołu. Spytałem, co to za zespół? Okazało się, że Landmvkrs (śmiech). Następnym razem już poszedłem na ich koncert. Wtedy poznałem Florenta osobiście i zostaliśmy przyjaciółmi.

Paleface Swiss, materiały prasowe
Paleface Swiss, materiały prasowe

"Fear & Dagger" oraz poprzednie wydawnictwa opublikowaliście jako Paleface. Na "Cursed" wasze logo pojawia się w nieco zmodyfikowanej formie, mianowicie z dopiskiem Swiss pod spodem. Kiedy dokładnie i dlaczego zmieniliście nazwę?

Było to niewiarygodnie głupie. To zdarzyło się w połowie 2023 roku, gdy ogłosiliśmy naszą pierwszą trasę po Stanach Zjednoczonych. Nagle dostaliśmy wiadomość od tamtejszego muzyka, który posługuje się ksywą Paleface i gra muzykę folkową. Nie mieliśmy bladego pojęcia, kim on, kurwa, jest, ale od razu zaczął straszyć nas pozwem. Nie omieszkał też zaznaczyć swojej wysokiej pozycji w branży i zagroził, że w razie czego chętnie puści nas z torbami. Uznaliśmy, że nie ma sensu kopać się z koniem i przemianowaliśmy się na Paleface Swiss. Jebać tego typa.

Jeżeli to nie problem, chciałbym teraz porozmawiać o początku twojej przygody z muzyką. Pamiętasz, jak złapałeś bakcyla?

Oczywiście. To zasługa karnawału. W Szwajcarii jest on obchodzony nadzwyczaj hucznie. Ludzie przebierają się, malują sobie twarze, a potem idą ulicami, grając na instrumentach - coś jak w Rio de Janeiro, tylko na mniejszą skalę. Moja mama zawsze uczestniczyła w tym wydarzeniu, przygrywając na puzonie. Gdy byliśmy mali, zabierała mnie i moją siostrę ze sobą. Na szyi wieszała mi miniaturowy werbel, żebym mógł wybijać rytm. Zakochałem się w tym. Zapragnąłem zostać perkusistą. Niestety nie było pieniędzy na zakup zestawu perkusyjnego ani posłanie mnie do szkoły muzycznej. Do tego mieszkaliśmy w bloku. Musiałem więc opanować jedyną rzecz, jaką faktycznie dysponowałem, czyli mój głos.

Paleface Swiss, materiały prasowe
Paleface Swiss, materiały prasowe

Byli jacyś wokaliści, na których się wzorowałeś? Muszę powiedzieć, że w utworze "Love Burns" brzmisz trochę jak Corey Taylor ze Slipknot.

Przyznaję bez bicia (śmiech), pod względem wokalnym Corey Taylor to moja największa inspiracja. Na drugim miejscu wymieniłbym Chada Kroegera z Nickelback. Za to gościem, dzięki któremu na serio zająłem się tworzeniem muzyki, jest Skrillex. Tak często słuchałem jego dokonań, że postanowiłem spróbować swoich sił w dubstepie. Kupiłem nawet laptopa i oprogramowanie producenckie, lecz pokonała mnie technologia. Jezu, jakie to było skomplikowane (śmiech). W końcu doszedłem do wniosku, że będę się bezceremonialnie wydzierał za mikrofonem.

Wspomniałeś, że założyliście Paleface z CJ-em. Czy Yannick Lehmann był z wami od początku?

Tak, chociaż - zupełnie jak Cassi - on nigdy nie chciał być w zespole (śmiech). Ani ja, ani CJ nie potrafiliśmy grać na gitarze, więc potrzebowaliśmy kogoś, kto przełoży nasze pomysły na konkretne dźwięki. Poprosiłem Yannicka, by zrobił z nami jeden utwór jako wizytówkę kapeli, bo wtedy łatwiej nam będzie znaleźć gitarzystę. Na szczęście się zgodził. Potem zaczęliśmy majstrować nad naszą pierwszą EP-ką ("Chapter 1: From the Gallows" - przyp. red.) i znów zwróciliśmy się do Yannicka o pomoc. Następnie pojawiła się opcja zagrania debiutanckiego koncertu. Z przyczyn, które dziś wydają mi się kompletnie niezrozumiałe, ubzduraliśmy sobie, że w tłumie zjawi się jakiś gitarzysta i zechce do nas dołączyć (śmiech). A przecież nikt o zdrowych zmysłach nie pomyśli, że szukamy gitarzysty, skoro mamy już jednego na scenie (śmiech). Później był kolejny koncert i tak już zostało.

Paleface Swiss, fot. Adam Chandler
Paleface Swiss, fot. Adam Chandler

Czy basista Tommy-Lee Abt też był wówczas częścią grupy?

Tak.

Zatem pomijając CJ-a, macie bardzo stabilny skład.

To prawda. Cieszę się, że współpracuję z ludźmi, którym mogę ufać. Oczywiście czas nie stoi w miejscu. Wszyscy się starzejemy i zmieniają się nam priorytety. To normalne. Jeżeli kiedyś nasze drogi się rozejdą, to najważniejsze, byśmy rozstali się w przyjaźni.

I tego wam życzę. Dziękuję ci bardzo za rozmowę.

2
Następna »
Komentarze
Dodaj komentarz »

Materiały dotyczące zespołu